Przegląd Polski
19 września 2008

Żabką przez Atlantyk

Życie jest na jeden błąd

Marek Kusiba

Dokładnie przed rokiem zastanawiałem się na tych łamach, czy prezydent Polski nakaże ścigać i karać młodego internautę z Cieszyna, który był na tyle nierozważny, że potraktował jego czcigodną nad wyraz osobę wyrazem wyjętym żywcem z Dożywocia Aleksandra Fredry, cytuję: "Ale kutas, kutas bratku...". Gazety podawały sensacyjną wiadomość: "Gdy internauci wpisywali w wyszukiwarkę słowo ´kutasª, wyskakiwała im na ekranach komputerów oficjalna strona prezydenta Polski".

Nie wiem, czy Zbigniew Ziobro zdążył z wyrokiem przed dymisją i eksmisją z urzędu i czy dowcipniś pęka dożywocie za cytat z Dożywocia, ale Ziobro, ta zapomniana już osoba bardzo publiczna, usiłował uczynić z młodego internauty osobę równie publiczną, bo publikowaną, przynajmniej w rejestrach skazanych. I to za czyn nie byle jaki; o publicznym, a przeto skutecznym, bo zapewniającym nieśmiertelność znieważeniu głowy państwa marzą zastępy domorosłych kontestatorów.

Nie kwapią się jednak z wyborem drogi Ryszarda Siwca, księgowego z nadgranicznego Przemyśla, który oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił na Stadionie Dziesięciolecia; niedawno minęło drugie dziesięciolecie tego dramatu. Siwiec płonął na oczach Gomułki i Jaroszewicza, powiewając polską flagą i wykrzykując hasła antypaństwowe w rodzaju: "Niech żyje wolna Polska!". Uczynienie z siebie żywej pochodni uzasadniał w liście pożegnalnym do żony, napisanym w pociągu relacji Przemyśl - Warszawa. Podróżowałem tym środkiem, za przeproszeniem, lokomocji i też miałem myśli samobójcze. Siwcowi wszak chodziło o ratowanie zbiorowej twarzy Polaków po inwazji na Czechosłowację, niestety kosztem swego życia. Czyn ten, ze wszech miar bohaterski, nie za bardzo poruszył obywateli, rozpalonych dożynkami. Śmiertelnie poparzony Siwiec trafił do szpitala, gdzie po czterech dniach zmarł, a stadionowych swawoli nie przerwano nawet na minutę, niekoniecznie ciszy. List pożegnalny, przechwycony przez SB, dotarł do żony dopiero po dwóch dekadach z okładem.

Gdy Siwiec płonął na stadionie, a potem dogorywał w warszawskim szpitalu, o czym nikt, łącznie z Radiem Wolna Europa, nie wiedział i nie mówił, ja rozpalałem ogniska i pędziłem beztroskie dni na bieszczadzkich połoninach, bardzo niedaleko od jego rodzinnego Przemyśla. Jesień tamtego pamiętnego roku 1968 była wyjątkowo piękna i szpetna jednocześnie. Ociągałem się z powrotem do szkoły, a może do codzienności szarej jak papier, w który pakowano kiełbasę. Nie mniej urodziwa i wstrętna była wiosna, a zwłaszcza marzec. To samo mogę powiedzieć o sierpniu, gdy czołgi szły na naszych południowych sąsiadów, zwanych pogardliwie pepikami, a Polskę zaczynali tłumnie opuszczać nasi starsi bracia w wierze, zwani pogardliwie pejsami.

W mojej niespełna 17-letniej głowie panowało niezłe pomieszanie z poplątaniem. Minęło następnych 40 lat i sytuacja zmieniła się o tyle, że dzisiaj już dużo wiem o Marcu i żydowskim exodusie, Praskiej Wiośnie i "bratniej pomocy", paryskim Maju, samospaleniu Ryszarda Siwca i kilku innych sprawach. I dobrze pamiętam, że tamtego pamiętnego roku, pod wpływem tych pamiętnych wydarzeń popełniłem największy błąd w życiu: postanowiłem zostać dziennikarzem...

Tymczasem największy z dziennikarzy, a przywoływany tu często przeze mnie Ryszard Kapuściński zapisał w Lapidariach: "Życie człowieka jest na jeden błąd. Jeden błąd wystarczy, aby przekreślić całe życie. Wystarczy, aby potem, aż do ostatnich dni dźwigać krzyż. Błąd to tyle, co popełnić samobójstwo, z tym że rozłożone w czasie". Mocno powiedziane, choć Kapuściński nie miał na pewno na myśli siebie i swego ukochanego zawodu. Poświęcił mu wszystkie siły i całą wiedzę, którą gromadził z pasją, pamiętając wszak o uwadze Koheleta: "Kto gromadzi wiedzę, gromadzi ból". Z podziwu godnym poświęceniem niestrudzenie poznawał losy innych ludzi, ani na chwilę nie zapominając też o zdaniu Saint-Exupery'ego: "Cudze życie - to tak daleko". Uważny czytelnik tych felietonów mógłby mi zarzucić kokieterię w nazywaniu wyboru dziennikarstwa życiowym błędem. Zawód jak każdy inny, poza zawodem miłosnym. A jednak...

W tym miejscu muszę wrócić do Cieszyna i młodego internauty, uprawiającego antyprezydencką partyzantkę, jak myślą jego adwersarze, albo bezpłatną i bardzo skuteczną reklamę prezydenta, jak myśli wyżej podpisany. Internauta posłużył się pojęciem oznaczającym w staropolszczyźnie pompon. I choć zdaniem niejakiego Świderka, rzecznika bielskiej prokuratury, "nie trzeba zasięgać opinii językoznawców", aby komuś zrobić dziurkę w życiorysie, jasno widzę przyszłość młodego entuzjasty pisarstwa, nie tylko Fredry.

Oto w Cieszynie zakończyła w czwartek obrady konferencja badaczy pism naszych "Literatura polska w Kanadzie", będąca dla mnie prostą konsekwencją i zarazem potwierdzeniem genialnego stwierdzenia: życie człowieka jest na jeden błąd...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail