Przegląd Polski
26 września 2008

Żabką przez Atlantyk

Aquapark w Licheniu

Marek Kusiba

Polska nadal pełna jest tajemnic do odkrycia i fascynuje, nie tak jak inne, bardziej odkryte, a przez to jakby mniej ciekawe kraje. Złote Lwy Biennale Architektury w Wenecji zdobyli Jarosław Trybuś i Grzegorz Piątek. Polski pawilon narodowy zachwycił włoskie jury i jednogłośnie pokonał ponad 50 innych z całego świata. Polska prezentacja była bardzo, ale to bardzo oryginalną - mówiąc językiem dyplomacji watykańskiej - odpowiedzią na hasło przewodnie biennale "Architektura poza budynkiem". Nasi krajanie postanowili pokazać, jak budynki mogą zmieniać swoje funkcje.

Bazylikę w Licheniu artyści przerobili na aquapark, ale są, chwalić Boga, tylko na etapie projektowania. Bibliotekę Uniwersytetu Warszawskiego przeprojektowali na centrum sklepowe, Terminal 2 na Okęciu na stajnię, biurowiec Normana Fostera na placu Piłsudskiego w Warszawie stał się w ich wizji więzieniem - moim zdaniem jak najbardziej słusznie i trafnie - a drapacz chmur Rondo I uzyskał nowe przeznaczenie: kolumbarium, gdzie przechowuje się prochy zmarłych. W drapaczu leżeć, czemu nie? Zawszeć to bliżej nieba. Warszawa w ogóle jest jednym wielkim kolumbarium, ale nie czepiajmy się detali. Pochwalam też przerobienie odciętego od świata osiedla Marina Mokotów na wysypisko śmieci.

Ten ostatni projekt nie budzi moich zastrzeżeń z uwagi na skład socjalny części towarzystwa, gotującego się tam, niczym mieszkańcy Babilonu, na długie oblężenie przez konkurujące gangi. Muszę się też zgodzić z trafną diagnozą sytuacji w godzinach szczytu na Okęciu, gdy przylatują naraz aż dwa samoloty i słychać dzikie wrzaski, wycia i piski. Biblioteka UW i tak zawsze była targowiskiem nie tylko autorskiej próżności: każdy student wie, gdzie najłatwiej kupić pracę licencjacką, magisterską czy doktorską. Transakcje odbywają się często na dachu biblioteki, zamienionym w ogródek jordanowski, z ławeczkami i ruczajem, szumiącym co najmniej kilka przykazań dekalogu.

To miejsce od biedy można nazwać aquaparkiem, ale w żadnym przypadku nie nadaje się do tej funkcji bazylika w Licheniu. Mało tam wody, chyba że święconej, ale to nie moje poletko. Ja wolę Poletko Pana Boga Erskina Caldwella: nieco inni poszukiwacze złota i nieco inne, równie piękne kobiety, tyle że bez nakryć głowy, ale z dość podobnymi namiętnościami i archaizmami myślowymi.

Polska prezentacja nosiła bardzo wiele mówiący tytuł Hotel Polonia. Aby nie było wątpliwości, że o hotel chodzi, do pawilonu wstawiono dwa łóżka, na których chętni a zmęczeni (nadmiarem wrażeń) zwiedzający mogli się za darmo przekimać. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że budynki mogą zmieniać swoje funkcje, co zresztą kuratorzy chcieli pokazać, ale zapomnieli o historii, a raczej prehistorii, czym jest dla młodszych pokoleń II wojna światowa.

Hotel Polski źle się warszawiakom kojarzy. Otwarto go 200 lat temu, w 1808 r. W 1943 r. zmienił swoją funkcję na miejsce internowania Żydów ocalałych z likwidacji getta. Niemcy zwabiali do hotelu ukrywających się po aryjskiej stronie pod pretekstem wymiany na niemieckich jeńców więzionych przez Anglików czy Amerykanów. Żydzi mieli kupować paszporty państw neutralnych i jako ich obywatele opuszczać Generalne Gubernatorstwo; Niemcy obiecywali, że zawiozą ich do Ameryki Południowej. Organizacje żydowskie w Szwajcarii zobaczyły w tym szansę ratunku współbraci i zaczęły przysyłać odpowiednio spreparowane paszporty. Wielu ich przyszłych posiadaczy już jednak nie żyło. W maju 1943 r. zaczęto więc te paszporty sprzedawać ukrywającym się, a potrzebującym. Handlem nadzieją trudnili się także żydowscy kolaboranci gestapo.

Targi o przetrwanie kosztowały kilka tysięcy istnień. Hotel Polski zmienił swoją funkcję z miejsca wypoczynku na miejsce spoczynku, i to wiecznego... A przynajmniej miejsce oczekiwania na swoją kolejkę do gazu lub pod ścianę, z biletem opłaconym w złocie. Około 2,5 tysiąca Żydów dało się Niemcom nabrać i wywabić z kryjówek na Długą 29. W lipcu 1943 r. ponad 2 tysiące trafiło do obozów Vittel i Bergen-Belsen, tyle samo lub więcej pojechało w październiku do Oświęcimia. 15 lipca 1943 r. 420 osób, pozostających w hotelu bez paszportów, zostało rozstrzelanych na Pawiaku. Przetrwało tylko kilka setek, wymienionych na Niemców więzionych w Palestynie.

Z tą historią związane jest jedno z najbardziej znanych zdjęć z holokaustu. Wszystko wskazuje na to, że wykonano je przed Hotelem Polskim. Mały, może 7-letni chłopczyk z rękami podniesionymi do góry, trzymany pod bronią przez esesmana, zidentyfikowanego później jako Josef Blösche. Brał udział w wymordowaniu ponad tysiąca Żydów. Został skazany i stracony w Lipsku w ćwierć wieku po zrobieniu słynnego zdjęcia. Do dzisiaj wszak nie udało się jednoznacznie ustalić personaliów chłopca. Jeśli żyje, ma 72 lata.

Polska nadal pełna jest tajemnic do odkrycia...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail