Przegląd Polski
3 października 2008

Baronowa perkusji
i kompozycji

EWA USZPOLEWICZ

Umawiam się z Martą Ptaszyńską na spotkanie w holu chicagowskiej filharmonii. Niewysoka, drobna. Mocny uścisk dłoni. A w oczach - jak mawiała moja babcia - figliki. Decydujemy się na kawiarnię nieopodal filharmonii. Wieje. Jak to w Chicago.

- Nie lubię wiatru. Kiedy nadciąga zimno, mam ochotę schować się, najchętniej w Nowym Meksyku. I tęsknię za Kalifornią. To był piękny czas w naszym życiu. University of California w Berkeley, a w moim ogrodzie kwitły róże. San Francisco ma dla mnie najlepszy klimat, najlepszą temperaturę.

Urodziła się w Warszawie, brat we Wrocławiu, dokąd zaraz po wojnie oddelegowano ich ojca, inżyniera, z zadaniem projektowania mostów.

- Cały Dolny Śląsk leżał wówczas w gruzach. Tata piechotą szedł z Katowic do Wrocławia! Kolejarze bali się chodzić, bo wszystko było zaminowane, a on szedł. Kiedyś zabrał mnie na przegląd jakiegoś mostu, jechaliśmy samochodem, nagle krzyknął, żebym się położyła na podłodze - Sowieci do nas strzelali! Brat skończył warszawską Akademię Sztuk Pięknych, później zajął się scenografią, a jeszcze później musiał odejść z zawodu, bo groziła mu śmierć od zatrucia farbami. Takie to były czasy.

Zamawiamy herbatę. I ciastka.

- Tata grał na fortepianie, skrzypcach, komponował, robił aranżacje kolęd dla wrocławskiego, świeżo założonego, chóru. Ale dziadek nie chciał, żeby jego syn został muzykiem. Uważało się wtedy, że muzyk to nie zawód.

Uśmiecham się. Zresztą, rozmawiając z Martą Ptaszyńską nie daje się nie uśmiechać. Tyle w niej radości, w oczach filuterne ogniki przeradzające się - kiedy zaczyna mówić o muzyce - w fontanny iskier.

- Pewien profesor muzyki przychodził do rodziców na brydża, ja, kilkulatka, siadałam wówczas do pianina i grałam swoje kompozycje, lubiłam improwizować. Profesor powiedział rodzicom, że powinnam grać. Pojawiła się nauczycielka muzyki, która uczyła mnie grania z nut, co bardzo mi się nie podobało. Poprosiłam ją, żeby coś zagrała. Zapamiętałam zagrany utwór i bezbłędnie odtworzyłam. Ale na drugi dzień już go nie pamiętałam.

Na poważnie zaczęła pobierać nauki w tej materii, mając osiem lat. Skończyła liceum muzyczne w klasie fortepianu i perkusji.

- Wybór dodatkowego instrumentu w postaci perkusji zawdzięczam profesorowi Mikołajowi Stasiniewiczowi. To była indywidualność!

Uciekł z Rosji w czasie rewolucji. Był perkusistą w Sankt Petersburgu, grał pod batutą samego Czajkowskiego i Rimskiego-Korsakowa. Do tego posiadał niesamowitą wiedzę i doświadczenie życiowe. Miał fenomenalnego, tak zwanego, czuja. Każdy, kto wyszedł spod jego skrzydeł, zrobił karierę.
Kiedy w 1956 roku zespół Filharmonii Narodowej przyjechał na koncerty do Nowego Jorku, do Stasiniewicza przyszli wszyscy ówcześni perkusiści nowojorskiej filharmonii, prosząc, żeby pokazał, jak gra na talerzach, bo nikt, dosłownie nikt nie potrafił zagrać tak jak on.

- A kiedy ja go pytałam, jak to robi, odpowiadał z tym swoim wschodnim zaciąganiem: "Nuuuu, Marteczka, eta tak prosto!". I bum! - w talerze. Wspaniały człowiek. Wspaniały muzyk. Uwielbiałam jego lekcje. Nie ja jedna zresztą. To były bardzo popularne zajęcia, bo on wszystkich uczył od razu. Każda lekcja była jak koncert. Każdy z nas siedział i słuchał, jak inny gra. To nam dało odwagę i siłę do późniejszego grania prawdziwych koncertów. Taka zaprawa, trening przed właściwą rozgrywką. To był mądry człowiek. Pamiętam lekcję, podczas której jeden z uczniów ciągle przerywał granie, wstrzymując w ten sposób nas wszystkich. Profesor zapytał, co się dzieje? Uczeń odpowiedział, że nie widzi nut. Stasiniewicz, niewiele myśląc, wyjął z kieszeni banknot i - stając w pewnej odległości - kazał mu podać nominał, co ten oczywiście natychmiast uczynił. W odpowiedzi usłyszał gromkie: "A, to pieniądze widzisz, a nut niet?!". Życiowy był z niego człowiek. Pytany, w jaki sposób zagrać, odpowiadał, że nieważne jak, ważne, żeby zagrać dobrze, znaleźć sposób na wydobycie najlepszego dźwięku.

Ciekawa jestem, czy ta relacja mistrz-uczeń została przełożona przez Martę Ptaszyńską na kontakty z jej późniejszymi studentami, doktorantami w najlepszym w Stanach Zjednoczonych departamencie kompozycji. A ma doktorantów z różnych stron świata. Polak, Chińczyk, Koreanka, Turczynka, Kanadyjczyk, Amerykanin z Kalifornii.

- Staram się... Chyba z dobrym skutkiem. Przyjmuję niewielu doktorantów - sześciu, siedmiu, choć był rok, kiedy miałam dziesięciu. Zżywam się z nimi i duma mnie rozpiera, kiedy koszą kolejne wielkie nagrody. Na przykład David Gordon dostał Grammy Award w muzyce klasycznej, kolejny mój student otrzymał II nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim w Amsterdamie i został wybrany, jako jeden z trzech z całej Ameryki, do udziału w Aspen Music Festival, rok wcześniej dostał się tam mój poprzedni student, Chińczyk Chen Yao. Prowadzę z nimi indywidualne zajęcia. To takie ekskluzywne uczenie: jeden do jednego.

Profesor Ptaszyńska czytając nuty słyszy dźwięki. Słyszy muzykę. Przed oczami partytura przygotowana przez doktoranta, i od razu płynie informacja, co jest do poprawienia. Zadziwiająca umiejętność. A może wrodzona właściwość?

- Nie, nie urodziłam się z tym - śmieje się. - To nabyte, wyćwiczone.

Na przełomie lat 60. i 70. dzięki stypendium rządu francuskiego dostałam się do Paryża na studia kompozytorskie u wielkiej Nadii Boulanger, która twierdziła, że kompozytor powinien słyszeć zapis nutowy podczas czytania.

I nauczyła mnie tego. Długie i mozolne to ćwiczenia. Rzecz polega na tym, że bierze się dość znaną partyturę, czyta się ją starając jednocześnie usłyszeć dźwięki, następnie włącza się płytę i sprawdza, nuta po nucie, czy czytając dobrze usłyszeliśmy. Jeżeli jest różnica, powtarzamy ćwiczenie raz jeszcze i jeszcze, aż do skutku. Takie ćwiczenia robione latami procentują. Moi studenci też ćwiczą - podkreśla z dumą.

Marta Ptaszyńska mówi dużo i szybko. Mam wrażenie, że jej myśli są o dobre trzy zdania z przodu niż te, które właśnie wypowiada. Gdybym miała określić ją którymś z muzycznych terminów, to pierwsze przychodzi mi do głowy staccato... Ale ponieważ tak bliska jest jej perkusja, więc może bardziej właściwe byłoby tremolo... Sama nie wiem.

Ale kiedy zapytałam, gdzie czuje muzykę - zamilkła, zamyśliła się, popatrzyła przeze mnie, przez kawiarnianych gości siedzących za mną, i wolno, legato, odpowiedziała: - Muzykę czuje się w głowie i w emocjach. W duszy najbardziej się czuje, wewnątrz siebie. Taaak, to moja dusza słyszy i czuje muzykę. Właściwie nie wiem, gdzie ona, ta dusza, jest...

I z powrotem staccato: - Ale to przecież nieważne, gdzie dokładnie dusza jest. Ważne, że jest!

Najczęściej komponuje z powodu... fascynacji czymś. Tekstem, fabułą, malarstwem, wydarzeniem. Jeżeli dostaje zlecenie na napisanie konkretnego utworu, sama szuka fascynacji, bo bez tego ani rusz.

- Myślę dźwiękiem. Widzę obraz i słyszę go dźwiękowo. Mnóstwo rzeczy przekłada mi się na dźwięk.

- Ludzie też? - pytam.

- Nie, ludzie nie. Nie są dla mnie durowi bądź molowi.

Marta Ptaszyńska poprosiła kiedyś Agnieszkę Osiecką o napisanie libretta do opery dla dzieci, był rok 1998. W ten sposób powstał Pan Marimba - grany do dzisiaj. W tym roku Opera Krakowska otwiera sezon tą właśnie sztuką.

Po sukcesie Pana Marimby Opera Narodowa zamówiła u kompozytorki kolejny utwór operowy dla dzieci. W tym przypadku inspiracją stała się powieść Gianniego Rodari, według której Marta Ptaszyńska sama opracowała libretto.

- Pewien chłopiec o wielkim głosie trafia do kraju rządzonego przez pirata, który wprowadza prawo o powszechnie obowiązującym kłamstwie. Głównym bohaterem tej opery jest muzyka, która potrafi przywrócić prawdę. To idealistyczne, ale przecież coś w tym jest. Muzyka nie kłamie. Nie mogłabym bez niej żyć.

Kiedy komponuje - nie słucha niczego, bo nie chce się rozpraszać. Poza tym ciągle żyją w niej jakieś dźwięki. Sam proces zapisania nut na pięciolinii trwa niedługo - operę potrafiła napisać w dziesięć tygodni!

- Nie mogłam spać, bo ciągle słyszałam muzykę. Wstawałam w nocy, usiłując te dźwięki z siebie wydobyć. Czekałam, aż całość ułoży się w mojej głowie, aż usłyszę brzmienie całości, i kiedy skończyłam pisać - przestałam słyszeć, jak gdybym odłączyła się.

Hmm, może kiedyś ktoś zbada mózg w takiej fazie.

Marta Ptaszyńska czuje się obywatelką świata, ale ciągle jeździ do Polski, bo tam ładuje akumulatory potrzebne do życia.

- Czasami mam wrażenie, że jestem jak wtyczka, a kontakt, z którego płynie prąd, jest w Polsce.

Po liceum muzycznym studiowała w warszawskiej Wyższej Szkole Muzycznej (dzisiejsza Akademia Muzyczna) teorię muzyki i kompozycję, w Poznaniu zaś perkusję. Doktorat zrobiła w USA w ciągu zaledwie dwóch lat.

Jeden z jej wykładowców, prof. Śledziński, powiedział, że przed wojną dostałaby w Austrii za te trzy magisteria tytuł baronowej.

 

Wybrane fakty z artystycznego życiorysu Marty Ptaszyńskiej

1972 Nagroda Telewizji Polskiej za operę telewizyjną Oskar z Alwy, zrealizowaną w 1988 roku przez ośrodek krakowski, 22 września wyjazd do USA na studia doktorskie na zaproszenie Cleveland Institute of Music.
1973 Prawykonanie Spectri Sonori przez Cleveland Orchestra w Cleveland.
1974 Nagroda Percussive Arts Society za utwór Siderals napisany na zamówienie zespołu perkusyjnego University of Illinois w Urbana-Champaign.
1979 Prawykonanie Un grand sommeil noir na festiwalu Warszawska Jesień.
1985 Prawykonanie La novella d'inverno przez Polską Orkiestrę Kameralną pod dyrekcją Jerzego Maksymiuka na Festiwalu Fundacji Gulbenkiana w Lizbonie.
1986 I nagroda za utwór La novella d'inverno na Międzynarodowej Trybunie Kompozytorskiej UNESCO w Paryżu, prawykonanie Koncertu na marimbę przez Keiko Abe oraz Radiową Orkiestrę Symfoniczną pod dyrekcją Szymona Kawalii w Krakowie.
1987 Nagroda za Koncert na marimbę w Międzynarodowym Konkursie Kompozytorskim w Nowym Jorku.
1988 Medal Związku Kompozytorów Polskich za promowanie polskiej muzyki współczesnej w USA.
1989 Prawykonanie kantaty Listy polskie w Zamku Królewskim w Warszawie podczas obrad Kongresu Polonii, opera telewizyjna Oskar z Alvy prezentowana w Salzburgu, koncerty kompozytorskie w Filharmonii Narodowej w Warszawie, prawykonanie Pieśni rozpaczy i samotności przez Ewę Podleś i Jerzego Marchwińskiego w Filharmonii Narodowej w Warszawie.
1993 Prawykonanie Holocaust Memorial Cantata na festiwalu Schleswig-Holstein we Flensburgu, wykonanie na festiwalu Wratislavia Cantans we Wrocławiu oraz na festiwalu Shalom w Filharmonii Narodowej w Warszawie.
1996 Współorganizacja festiwalu muzyki polskiej w Lincoln Center w Nowym Jorku, prawykonanie Liquid Light na festiwalu muzyki współczesnej w Huddersfield w Anglii.
1997 Prawykonanie Concerto grosso w Warszawie z udziałem Sinfonii Varsovii pod batutą lorda Yehudi Menuhina, nagroda Fundacji im. Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku za całokształt twórczości kompozytorskiej, prawykonanie Saxophone Concerto na festiwalu European Cultural Month w Lublanie.
1997-2000 Juror Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie.
1998 27 września prawykonanie opery dla dzieci Pan Marimba w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w Warszawie.
1999 Wykonanie kwartetu smyczkowego Cztery portrety w ramach nowojorskiego festiwalu Focus! Toward the Millennium w Juilliard School of Music.
2000 Koncert kompozytorski w Brooklyn Conservatory of Music w Nowym Jorku.
2004 Setny spektakl opery Pan Marimba w Operze Narodowej w Warszawie.
2008 Prapremiera opery dla dzieci Magiczny Doremik w Operze Narodowej w Warszawie.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail