Przegląd Polski
3 października 2008
- Baronowa perkusji i kompozycji - Ewa Uszpolewicz
- Polacy w kolonii w Jamestown - Peter Obst
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Polacy w kolonii w Jamestown
Tablica ufundowana przez Polskie Sokolstwo
Jeśli można powiedzieć, że jedna osoba była odpowiedzialna za umacnianie chwiejnych początków angielskiej kolonii w Jamestown w stanie Wirginia, to dotyczyłoby to kapitana Johna Smitha.
W wieku 26 lat był on uosobieniem tego, co później zwykło się nazywać "elżbietańskim poszukiwaczem przygód". Jeszcze zanim począł organizować angielską kolonię w Ameryce, jego udziałem stały się wojna i podróże. Doświadczył ich w takim stopniu, że wydarzeń w jego życiu starczyło by jeszcze na dwa żywoty. Walcząc jako żołnierz austriackiej armii przeciwko Turkom, został raniony. Schwytany i sprzedany jako niewolnik, Smith uciekł i okrężną drogą powrócił do ojczyzny, przemierzając przy tym Rosję i Polskę. Właśnie w Polsce spotkał się z pracowitymi i gościnnymi ludźmi. Było to doświadczenie, którego nigdy nie zapomniał.
W 1607 roku, kiedy znajdował się na pokładzie statku płynącego do Nowego Świata, tak rywalizował o pozycję lidera, że współpasażerowie zakuli go w kajdany i trzymali aresztowanego przez całą podróż. Na szczęście po przybiciu do Ameryki puszczono go wolno, kiedy otwarto zapieczętowane rozkazy Virginia Company. Ujawniono wówczas, że jeszcze w Anglii Smith został mianowany na członka rady rządzącej kolonią.
Smith opisał swoje przygody w The True Travels, Adventures, and Observations of Captaine John Smith, in Europe, Asia, Africa, and America (Prawdziwe podróże, przygody i obserwacje kapitana Johna Smitha w Europie, Azji, Afryce i Ameryce). Z pewnością spisując własne dzieje nieco upiększył i podniósł wagę opisywanych wydarzeń. Niemniej jednak zawarł w nich podstawowe fakty. Dziś jego zapiski są obok bardziej oficjalnego, a mniej ekscytującego dzieła Records of the Virginia Company of London (Akta Virginia Company z Londynu) jednym ze źródeł historii kolonii w Jamestown.
Ogólny plan rozwoju kolonii przewidywał poszukiwanie bogactw i wymianę z Indianami, którzy za świecidełka mieli dostarczać pożywienie. Plan ten zakończył się fiaskiem. Szybko stało się oczywiste, że w Wirginii złota nie było. Indianie okazali się nieprzyjaźnie nastawieni do osadników, co można przypisać brakowi umiejętności nawiązywania kontaktu ze strony przybyszów, których duża część była (jak napisał Smith) "panami, kupcami, służącymi, libertynami i im podobnymi, dziesięć razy bardziej władnymi zepsuć wspólnotę, niż ją założyć lub pomóc w utrzymaniu". By zbudować fort, Smith był zmuszony polegać na dwóch cieślach i jednym kowalu.
W obliczu nieładu Smith stanął na wysokości zadania jako dowódca i ogłosił, że "kto nie będzie pracował, nie będzie jadł". Osadnicy, którzy przetrwali mimo skromnych racji, a których można by nazwać zbieraniną obiboków i szumowin, zabrali się do pracy. Smith posłał do Anglii po rzemieślników, którzy, wykorzystując bogactwa naturalne Nowego Świata, potrafiliby zapoczątkować przedsięwzięcia i uczynić inwestycję Virginia Company opłacalną.
Tymczasem poszukiwacze przygód i zubożała szlachta padali jak muchy. Wreszcie 1 października 1608 roku na horyzoncie pojawił się statek "Mary and Margaret", wioząc na pokładzie zapasy i 70 nowych osadników, w tym "ośmiu Niemców i Polaków". Ich zadaniem było wytwarzanie "próbek smoły, szkła, żywicy, potażu, oszalowania i boazerii" i wysyłanie ich do Anglii.
Już niebawem Polacy dowiedli swojej wartości jako rzemieślnicy i otrzymali pochwały od Smitha za swoją pracę. Co więcej, przyszli oni z pomocą kapitanowi Smithowi, który wracając samotnie z huty szkła, znajdującej się poza obrębem fortu Jamestown, został napadnięty przez "silnego [i] tęgiego Dzikiego" i musiał walczyć o życie. Na szczęście dwóch z Polaków przypadkiem znajdowało się w pobliżu i włączyło się do walki. Krwiożerczy Indianin został wzięty do niewoli.
Pomyślny los opuścił jednak Smitha. Niebawem po tym zajściu został ciężko ranny, po tym jak torba prochu strzelniczego, którą nosił na pasku, zajęła się ogniem. Powrócił do Anglii w październiku 1609 roku i nigdy więcej nie było mu dane zobaczyć Nowego Świata. Ten fakt nie zatrzymał jednak strumienia polskich osadników. Akta Virginia Company podają, że "Polackers", "Polonians" i "Polanders" przybywali do Ameryki. Niemniej jednak jedynie trzech z nich zostało wymienionych z nazwiska. Byli to Matthew, Robert i Molasco.
Wiemy także, że w 1619 roku Polacy ci zaprzestali pracy, domagając się równych praw jak te, którymi cieszyli się inni osadnicy. Przedstawiana przez Polaków wartość była tak wielka dla społeczności kolonii, że prawa wyborcze nadano im bez większych dyskusji. To wydarzenie stanowi godny uwagi akt żądania równości prawnej, jeden z wielu, które miały mieć miejsce w Nowym Świecie. Nie mogli oni wiedzieć o tym, że przygotowywany był grunt pod "amerykański eksperyment" pod postacią samostanowienia i tworzenia wielkiego narodu.
Uczczenie pamięci Polaków
Ci, którzy odwiedzają dzisiejsze Jamestown, łatwo zauważą, iż przybycie Polaków do Jamestown w 1608 roku zostało upamiętnione na tablicy z brązu umieszczonej w pobliżu Centrum Informacji Turystycznej. Jednak widniejących na tablicy polskich nazwisk nie podaje żadne z wyżej wymienionych źródeł. Jak jest to możliwe?
Tablica z brązu została umieszczona w tym miejscu w 1958 roku przez Sokolstwo Polskie w Ameryce na wniosek publicysty polonijnego i promotora kwestii polsko-amerykańskich Artura Waldo, by uczcić 350. rocznicę przybycia Polaków do Jamestown.
Źródłem owych nazwisk jest Pamiętnik Handlowca lub Memorialium Commercatoris. W 1947 r. zaproponowano kupno tej książki ówczesnemu kuratorowi Muzeum Polskiego w Ameryce - Mieczysławowi Haimanowi. Tu też Waldo przestudiował dzieło napisane przez Zbigniewa Stefańskiego i wydane drukiem w Amsterdamie w 1625 roku. Waldo skopiował część książki, zanim wróciła ona do właściciela, albowiem nie zdołano zebrać żądanej kwoty pięciu tysięcy dolarów. Książka niebawem zaginęła. Żaden inny egzemplarz nie został odnaleziony, mimo wielokrotnych prób.
Waldo wykorzystał swoje notatki w kilku publikacjach na temat Polaków z Jamestown, których kulminację stanowiła książka Jamestown True Heroes (Prawdziwi bohaterowie Jamestown). Zgodnie z tym, co napisał Stefański w swoim pamiętniku, Polacy nie tylko wytwarzali produkty szklane i drewniane, wysyłane potem do Anglii, ale ćwiczyli też szermierkę i wprowadzili grę w palanta, prekursora bejsebolu.
Innym źródłem owych nazwisk, wymienionych także przez Karola Wachtla w jego książce pt. Polonja w Ameryce, była gazeta Wieści Polskie, wydawana w Londynie w 1831 roku. Także i to pismo okazało się nieosiągalne dla badaczy.
Jeszcze większe zamieszanie wokół tej kwestii wprowadził Olgierd Puciata, ceniony polski badacz historii polonijnej. W artykule opublikowanym w magazynie Poland (sierpień 1967) wymienił całkiem inne nazwiska niż podane przez Waldo. Puciata zmarł, zanim zdołano spytać go o źródło owych informacji.
Bez możliwości dotarcia do oryginalnych dzieł historycy nie są w stanie potwierdzić, że doprawdy są to nazwiska Polaków, którzy przybyli do Jamestown w 1608 roku. Jednakże, nawet mimo braku pewności co do nazwisk, dysponujemy wieloma dowodami na to, że kilku śmiałych i pracowitych Polaków znajdowało się pośród pasażerów "Mary and Margaret", a dzięki zapiskom kapitana Smitha i Virginia Company wiemy, że zarówno oni, jak i ich rodacy, którzy przybyli do Ameryki po nich, w znacznym stopniu przyczynili się do ostatecznego sukcesu kolonii.
Bądźmy więc dumni w 400. rocznicę ich przybycia do Nowego Świata z osiągnięć owych polskich pionierów.
Więcej szczegółów na temat badań Artura Waldo i nieosiągalnych Pamiętników Handlowca znajduje się w książce pt. The Polish Pioneers in Virginia (Polscy pionierzy Wirginii), napisanej przez Sigmunda H. Uminskiego (1974).
