Przegląd Polski
3 października 2008
- Baronowa perkusji i kompozycji - Ewa Uszpolewicz
- Polacy w kolonii w Jamestown - Peter Obst
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Rajska dziedzina obłudy
Jestem niepoprawnym optymistą, tudzież pochodzę z lotniczej rodziny i uparcie twierdzę, że ludzie sterujący narodami winni zachowywać się z taką samą uważnością, kulturą, szacunkiem dla drugiego człowieka, troską o bezpieczeństwo pasażerów, czyli w tym przypadku całego narodu, i działać w tak wielkim, nieomal poetyckim uniesieniu, jak piloci. Na ogół jest odwrotnie, choć niektórzy z nich mają za sobą kursy pilotażu.
Pilot rządowego samolotu, który odmówił prezydentowi wykonania rozkazu lądowania w Tbilisi i popadł z powodu dość gwałtownej i chyba mało zabawnej reakcji prezydenta w depresję - wyobrażam sobie Lecha Kaczyńskiego tłukącego pięściami w drzwi do kabiny i wrzeszczącego: spieprzaj dziadu, dawaj ten ster, ja sam polecę! - dostał medal od ministra obrony narodowej za niewykonanie tego polecenia, czyli oparcie się zapędom prezydenta. Minister Klich wyraźnie nie lubi prezydenta, a wojenka PO-PiSowa weszła, jak widać, na inny poziom, wzleciała nad martwym Nowym Światem w rajską dziedzinę obłudy politycznej, kędy zapał tworzy cudaków i obleka w beznadzieję. Cytuję niezbyt dokładnie i mało precyzyjnie, ale wieszcz mi wybaczy, bo o rzecz świętą, narodową idzie.
W kwestii wzlotów skrzydlatych całkowicie popieram stanowisko pana prezydenta, dziwię się tylko, dlaczego nie uprowadził swego, czyli rządowego samolotu, i nie zmusił krnąbrnego pilota do lądowania w stolicy Gruzji. Była wielka szansa na dostanie się w rosyjski ostrzał, a kto wie, może nawet zestrzelenie rosyjską rakietą? Wtedy pokazalibyśmy światu, z jakim monstrum ma do czynienia, co to zestrzeliwuje nie tylko samoloty z setkami ludzi na pokładzie, jak swego czasu w pobliżu Sachalinu, ale waży się nawet podnieść rękę na głowę państwa, a raczej na kilka głów naraz. Byłby też poważny pretekst do wzięcia odwetu za 17 września, przynajmniej moralnego, skoro na otwartą wojnę jeszcze nas nie za bardzo stać.
Złośliwa polska prasa przedrukowała zdjęcie prezydenta w pustej kabinie pasażerskiego samolotu. Wszyscy zwrócili uwagę na zegarek na ręce prezydenta, założony do góry nogami, a raczej do góry wskazówkami. Nikt nie odczytał przewrotnego przesłania, jakie zawarte było w tym odwróceniu. Chodzi przecież o postawienie na głowie całej spolegliwej wobec Rosji polityki europejskiej. Nie będzie nas rosyjski niedźwiedź straszył i szantażował atakiem rakietowym na Słupsk i wyrzutnię antyrakiet. Tym bardziej że w mediach podano wiadomość, iż na ziemskim zegarze zostało nam niecałe pięć minut do apokalipsy. Uważny prezydent, zwracając uwagę na swój zegarek, chciał nam dać do zrozumienia, że czasu zostało niewiele...
Maria Dąbrowska narzekała kiedyś na jakość stosunków międzyludzkich, pisząc, że "niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem jest jedną z największych mąk życia na ziemi". Utkwiło mi zwłaszcza w pamięci to "życie na ziemi". Pomyślałem, jak życie mogłoby być piękne, gdybyśmy nie musieli żyć na ziemi, a na przykład w stacji orbitalnej? Czy ludzie skazani na wspólną wędrówkę przez lata (świetlne) mieliby łatwiej, czy tak samo trudno z porozumiewaniem się? Doświadczenie trzech dekad własnego małżeństwa nie jest tu żadnym probierzem, znam ludzi żyjących pół wieku i więcej w całkowitej zgodzie, albo rezygnacji, jak kto woli. Po zobaczeniu odwróconego zegarka na szlachetnej ręce prezydenta zacząłem przeliczać minuty na lata oraz szukać sposobu ocalenia.
Wyszło mi, że w latach zostało nam jakieś dwanaście wiosen i zim, zanim nie ogarnie Ziemi mieszanka wybuchowa ocieplenia klimatu i atomówek, zamrażających wszelkie klimaty. Reporterska dociekliwość kazała mi jednak przeprowadzić sondę. Zapytałem pilota Stanisława Błasiaka, latającego od 40 lat, ile czasu spędził w sumie poza ziemią, po prostu w powietrzu. Wyszło, że bez przerwy pozostawał w trzecim wymiarze około dwóch lat. Wystarczyłoby na przebycie drogi na Marsa. Zacząłem mu się uważniej przyglądać i wyszło mi na to, że to człowiek łagodny, uczynny, uważny, zawsze uśmiechnięty i życzliwy ludziom. Podobne cechy dostrzegłem u emerytowanego dziś pilota Kazimierza Szrajera, który łącznie przesiedział nad ziemią, za sterami niezliczonych samolotów, całe trzy lata. Identyczne cechy znajdowałem u mojego śp. ojca, który spędził w lazurowej przestrzeni ponad 2,5 roku, czy jego przyjaciela, pilota doświadczalnego i instruktora Józka Meneta, zwanego "Robaczkiem", gdyż z takim ciepłym słówkiem zwracał się zawsze do swoich uczniów i przyjaciół. Równie ciepłymi, życzliwymi i dowcipnymi ludźmi byli Janusz Żurakowski i Bolesław Orliński.
Mógłbym wymienić dziesiątki nazwisk pilotów, zaprzeczających własnym życiem tezie Marii Dąbrowskiej. Co powoduje, że ludzie przebywający kilka godzin dziennie w bezpiecznej odległości od powierzchni ziemi, są bardziej łagodni i zgodni niż pozostali? Choć nie są żadnymi nadludźmi, a depresje i kryzysy (i krezusy polityczne) dopadają ich nawet w ich własnej kabinie...
