Przegląd Polski
10 października 2008
- Tutaj się wszystko zaczęło - Teresa Bętkowska
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Październik skończył się w listopadzie. - Z Januszem Krasiński rozmawia Edward Zyman
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Pamiętam go z pierwszego zjazdu Solidarności w gdańskiej Oliwi; doradca i przyjaciel Tadeusza Mazowieckiego, politolog; obecnie przedstawia się jako "emeryt z Czerniakowa". Waldemar Kuczyński, mój sąsiad, mówi: "Nie wyobrażam sobie, bym mógł ´stać z bronią u nogiª słysząc, co mówią, i widząc, co robią bracia Kaczyńscy i ich partia. I będzie tak, dopóki istnieje we mnie lęk, że pewnego dnia obudzę się w IV RP, którą postrzegam, a jeszcze bardziej odczuwam w sposób zbliżony do tego, jak odczuwałem PRL. Nie chcę żyć w państwie powszechnej podejrzliwości i domniemania winy - a tak odbieram wizję Kaczyńskich. Nie mogę mych odczuć ignorować, ufam im i muszę z nich wyciągnąć wnioski odnośnie do tego, co piszę o braciach i ich partii. Nie sądzę, by się zmienili, choć bardzo bym chciał.
Nie może więc być politycznego zawieszenia broni między nimi a mną. Nie może być, bo ta część debaty publicznej to zarazem front walki, której głównej stawką jest władza... Nie chcę, by kiedykolwiek ci dwaj politycy i ich partia ponownie zaczęli rządzić Polską i zrobię wszystko, co w mej mocy, by temu zapobiec. Sądzę, że podobnie myślą ci, którzy do żadnej partii nie należą i nie pełnią ról politycznych. Ja i podobnie myślący nie przestaniemy walczyć z Kaczyńskimi i z PiS-em, mając nawet dystans do Platformy Obywatelskiej...".
Nic odjąć, nic ująć. Myślę tak samo jak Waldemar Kuczyński, co nie zwalnia mnie od strachu, że jednak PiS może wrócić i znów nami rządzić. Sondaże sondażami, ale zadziwiająca liczba obywateli ich chce, jak popytać na wsi. Gdy się im mówi o pisowskich błędach, które i ich dotknęły, mają jedyną odpowiedź: "Bo nie starczyło im czasu; nie zdążyli. Dajcie im czas...". "A nas urządzą" - kończę. Przyjmują na serio moje szyderstwo.
Boże, nie dopuść!
KIEDY NA EKRANIE TELEWIZORA pojawiły się schody kuluarów Sejmu, a na nich potężna grupa parlamentarzystów otaczająca swego wodza Jarosława Kaczyńskiego, nikt nie mógł przypuszczać, że ten banalny obrazek zapisze się w historii polskiego parlamentaryzmu. Ot, jedna z wielu partyjnych konferencji prasowych, na które większość telewidzów przestała już zwracać uwagę.
Afera wybuchła po kilkunastu dniach, kiedy to na ręce marszałka Sejmu, odpowiedzialnego za dyscyplinę posłów, zaczęły napływać usprawiedliwienia nieobecności na posiedzeniach i głosowaniach. Rzecz w tym, że wedle sejmowego regulaminu poseł, który nie usprawiedliwi nieobecności na głosowaniu, traci wynoszącą 300 zł dietę. W tym przypadku usprawiedliwienia były różne. A to jakiś poseł miał akurat pogrzeb krewnego, inny chorą matkę, innego wreszcie nie było w Warszawie, gdyż w terenie zatrzymały go ważne dla jego wyborców sprawy. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie zdjęcie na sejmowych schodach.
Sprawa wyglądała tak: prowadzący obrady marszałek Sejmu, nie chcąc dopuścić do sytuacji, w której zgodnie z ustalonym przez Konwent Seniorów porządku dziennym punkt "informacja" przekształciłby się w "debatę", nie zezwolił na dyskusję. Obrażeni tym posłowie Prawa i Sprawiedliwości, chociaż ich przedstawiciele uczestniczyli w Konwencie Seniorów i nie zgłosili sprzeciwu wobec ustaleń, które tam zapadły, gremialnie opuścili salę, nie biorąc udziału w dalszych pracach parlamentu.
No, ale 300 zł piechotą nie chodzi, więc napisało się usprawiedliwionko o niemożności bycia tego dnia w Warszawie. Usprawiedliwionko, że: "mamusia", "babcia", "paluszek". I zrobili to nie "szaraczkowie", ale same tuzy. Np. widocznemu na zdjęciu prezesowi PiS rzekomo przeszkodziły w głosowaniu "ważne, nieprzewidziane okoliczności". Kolejny szermierz niedawnej rewolucji moralnej, Zbigniew Ziobro, widoczny na zdjęciu w Sejmie tuż obok prezesa, "nie był obecny w Warszawie". Inny czołowy autorytet moralny, Przemysław Gosiewski, załatwiał w tym czasie "ważne sprawy klubowe". I tak dalej, i tak dalej. "Pousprawiedliwiało" się trzydziestu obecnych na zdjęciu wojowników o "czystość i moralność IV Rzeczypospolitej". Przy miesięcznych poborach kilkunastu tysięcy dla trzystu złotych warto było? Pazerność pomieszała im rozum.
MIASTO, MOJE MIASTO, CÓŻEŚ MI ZROBIŁO?!
Jestem warszawianką z dziada pradziada. Tu się urodziłam, tu przetrwałam okupację niemiecką, cudem zachowując palce u rąk i nóg, którym groziła amputacja z powodu odmrożeń (brak rękawiczek i butów); tu w powstaniu warszawskim zginął mój ojciec.
W styczniu 1944 r. uciekłam matce ze wsi na gruzy miasta, bo bez Warszawy nie mogłam żyć.
Stolicę odbudowywano najpierw w stylu: "podaj cegłę", potem nastąpiła epoka blokowisk z wielkiej płyty. Rozrastające się przestrzennie miasto wyglądało jak gigantyczna ściana płaczu. Ciemne o zmroku. Żarówki w rzadko rozstawionych latarniach dawały kaprawe, wrogie światło. Komunikacja miejska była w powijakach. "Winogrona" ludzkie przyczepione do drzwi tramwajów i autobusów weszły w krajobraz miasta. Zdarzało mi się za młodu jeździć na zderzakach. Kobiety ciężarne mogły wsiadać przednimi drzwiami, okazując odpowiednią kartkę. Nadużywałam jej długo po urodzeniu dzieci. Bez wstydu. Bo był to jedyny sposób, żeby się dostać do wnętrza. Na szczęście, motorniczy i kierowcy, obijani niemiłosiernie przez natłok pasażerów, wykazywali zdumiewającą cierpliwość.
Wszyscy przecież cierpieliśmy.
Aż przyszła wolność i miasto ożyło. Zrobił się niebywały ruch w handlu prywatnym, począwszy od łóżeczek polowych stawianych wzdłuż ulic, na których sprzedawano, co popadnie, aż po wielkie domy towarowe i ekskluzywne światowe firmy. Bez ładu i składu, ale w wielkim pośpiechu budowano wieżowce - gdzie się dało, gdzie skibka wolnej ziemi, nie licząc się z żadną urbanistyczną estetyką i porządkiem. Miasto obrosło billboardami, na których gigantyczne kobiety reklamowały i nadal reklamują mydło, perfumy i dekolty. Nieliczne zachowane drzewa wycinano w pień. Dzielnica Stegny skutecznie podmyła prastare królewskie topole przy drodze prowadzącej do Wilanowa. Wyschły.
Patrzyłam na to wszystko ze wstrętem i grozą. Skoro mamy wolność, dlaczego budujemy Warszawę tak brzydką?
Cierpiałam.
Znalazł się wszakże wspaniały kwiat na tym paskudnym ściernisku. Stała się nią komunikacja miejska. Kto by się spodziewał! Nowoczesny tabor i punktualność. Tak, komunikacja miejska to nasza perła w koronie. Odpoczywam w autobusach. Chwalę je wniebogłosy wśród swoich i obcych. Ufnie korzystałam z jej usług. Do czasu.
Pewnego dnia zaledwie wsiadłam do autobusu nr 119, zrelaksowana, z głową od fryzjera, usłyszałam potężny huk; autobus jakby uniósł się w powietrze, by zaraz walnąć o asfalt z niesamowitą siłą. Nie przypominało to bynajmniej gwałtownego hamowania, które przecież każdy z nas zna. Ludzie z krzykiem powypadali z siedzeń, a ja, runąwszy na podłogę, zemdlałam.
Skracając sprawę, powiem, że w rezultacie tego zdarzenia mogę na zawsze pozostać kaleką. To moja sprawa. Ale sprawą nas wszystkich jest zachowanie kierowcy: trwał bez ruchu zamknięty w swojej szklanej eleganckiej kabinie. Nie zareagował na to wszystko, co się stało. Ani głowy nie odwrócił w stronę nas, poszkodowanych. On, gospodarz tego miejsca. Mnie pomogli bardzo młodzi, świetni ludzie.
Czy u nas wolność tym się charakteryzuje, że przynosi zobojętnienie na drugiego człowieka?
MAŁGORZATA SZEJNERT, ŚWIETNA REPORTERKA, napisała znakomitą książkę. Nic w tym dziwnego. Zawsze pisała dobrze. Czarny ogród (recenzja Andrzeja Zwanieckiego, zatytułowana "Biblia śląskich losów", ukazała się w Przeglądzie Polskim z 18 kwietnia br. - przyp. red.) traktuje o Śląsku, a ściślej o miasteczku Jaszowiec i zanikającej już na świecie architekturze familoków. Książka jest reportażem o stuletniej historii tego miejsca i jego mieszkańców. Mnie przy lekturze uderzył fakt, że my tu, w Kongresówce, czyli w środkowej Polsce, tak mało wiemy i tak mało się interesujemy Śląskiem. Śląsk to węgiel. I kropka. A przecież były trzy powstania śląskie. Do jednego z nich uciekł mój stryj z grupką kadetów ze Lwowa. Śląsk chciał należeć do Polski, ale nigdy nie przełożyło się to na bliskość i wymianę kulturalną. Książka Małgorzaty Szejnert przełamuje ten stan.
Warszawa, 24 września 2008 r.
