Przegląd Polski
24 października 2008

Tajemnica teczki gen. Sikorskiego

TEOFIL LACHOWICZ

Generał Władysław Sikorski z prezydentem Franklinem Delano Rooseveltem, 2 grudnia 1942 r.

Polscy historycy od pewnego czasu spekulują na temat zawartości teczki, którą gen. Władysław Sikorski miał przy sobie w czasie podróży na Bliski Wschód w 1943 r.

12 czerwca 2004 r. w Nowym Jorku rozmawiałem z byłą sekretarką gen. Sikorskiego, p. Walentyną Pacewicz, która w czasie wojny pracowała w Prezydium Rady Ministrów w Londynie. Padło i to pytanie:

Czy wie Pani coś na temat osobistej teczki gen. Władysława Sikorskiego?

Tak. Teczka ta została kupiona generałowi podczas jego pobytu w Ameryce w grudniu 1942 r. Wyglądała jak mała walizeczka z wieczkiem [na reprodukowanym zdjęciu gen. Sikorski trzyma w ręce jeszcze swoją starą teczkę przywiezioną z Londynu - przyp. T.L.]. Wykonana była z pięknej skóry i miała bardzo nowoczesny, metalowy zamek cyfrowy. Żeby ją otworzyć, trzeba było znać szyfr złożony z kilku cyfr. Z tego powodu były z tą teczką ciągle problemy. W końcu mnie też udostępniono ten szyfr. Na wszelki wypadek zapisałam go w tylko sobie znanym miejscu. W tej teczce generał przechowywał swoje osobiste, odręczne notatki, jakie sporządzał po rozmowach z najważniejszymi przywódcami obcych państw, np. ze Stalinem po spotkaniu na Kremlu w grudniu 1941 r. Ani ja, ani nikt inny nigdy nie przepisywał tych notatek na maszynie. Przed samym wyjazdem generała na Bliski Wschód w 1943 r. skończyłam właśnie pisać na maszynie bardzo ważny dokument - relację kuriera z Polski Jana Karskiego. Gdy Karski przyjechał do Londynu, gen. Sikorski właśnie mnie odkomenderował do tego zadania. W odosobnionym pomieszczeniu miałam przez kilka godzin dziennie spisywać na maszynie to wszystko, co Karski "zanotował w głowie". Miał on rewelacyjną pamięć, podawał np. szczegółowe dane o dziesiątkach najważniejszych osób z konspiracji w kraju, włącznie z ich prawdziwymi nazwiskami, pseudonimami i dokładnymi adresami zamieszkania; były to głównie adresy warszawskie. Na szczęście dla mnie, Karski mógł tak pracować maksymalnie trzy godziny dziennie. Musiał to być dla niego ogromny wysiłek. Dokument ten pisałam jednocześnie w kilku kopiach. Nie wiem, dokąd później je przekazano, prawdopodobnie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Oryginał tego ściśle tajnego dokumentu dałam generałowi, gdy ten szykował się do podróży, mówiąc mu, że zawiera on niezmiernie ważne informacje, z którymi powinien się osobiście zapoznać. Generał odpowiedział: "I co ja teraz z tym zrobię?". Po chwili zastanowienia włożył raport Karskiego do swojej teczki i powiedział: "A, wyrzucę to do morza". Być może ze względu na ściśle tajny charakter tego dokumentu chciał się z nim zapoznać, a potem zniszczyć, wyrzucając do morza w czasie lotu. Wydawało mi się to dziwne i dlatego zapamiętałam tę scenę.

Nie wiem, czy tę teczkę znaleziono po katastrofie w Gibraltarze, czy też nie. Ponoć przez trzy dni od dnia katastrofy nie było w Gibraltarze nurków; przebywali na Majorce, gdzie przeszukiwali jakiś zatopiony w pobliżu wyspy statek. Gdy wreszcie wrócili, okazało się, że leżący na dnie samolot, którym leciał gen. Sikorski, na skutek silnych prądów znacznie przesunął się od miejsca, gdzie spadł do morza. Mogło to mieć wpływ na połowiczne powodzenie akcji poszukiwawczej. Wyłowiono jednak np. parę walizek z rzeczami należącymi do generała.

Co się stało z tymi walizkami?

Anglicy oddali je Polakom. Zostały przywiezione do Londynu i złożone w obszernej piwnicy w budynku Prezydium Rady Ministrów. Razem z urzędnikiem gospodarczym p. Olszewskim przeglądaliśmy te walizki. Cuchnęło z nich niemiłosiernie, ponieważ wszystko przesiąknięte było morską wodą. W piwnicy, gdzie stała duża kasa pancerna należąca do Rothschildów (poprzednich właścicieli budynku), porozwieszaliśmy na sznurkach prawie wszystkie rzeczy wyciągnięte z walizek, aby się wysuszyły. W ten sam sposób, za pomocą klamerek, suszyliśmy również przemoczone dokumenty. Niestety, nie były to dokumenty pochodzące z teczki gen. Sikorskiego. Samej teczki też nie było. Wśród rzeczy wyciągniętych przez nas z walizek było też wiele wzruszających pamiątek pochodzących przeważnie z Rosji i ofiarowanych generałowi przez polskich żołnierzy na Bliskim Wschodzie.

Jak śmierć gen. Sikorskiego wpłynęła na pracę sekretariatu Prezydium Rady Ministrów w Londynie?

W pierwszym okresie byliśmy w szoku i bardzo przygnębieni. Zginął przecież nasz szef, z którym pracowaliśmy prawie trzy lata. Zginął też jego sekretarz Adam Kułakowski, który pracował razem z nami. Bardzo go lubiliśmy. Generał traktował go jak syna, ponieważ był zaprzyjaźniony z jego ojcem, dyrektorem zakładów wapienniczych Solvay w Krakowie. We wrześniu 1939 roku młody Adam Kułakowski, student politechniki, wywiózł z Warszawy swoim samochodem gen. Sikorskiego i jego politycznych przyjaciół, m.in. płk. Izydora Modelskiego. Gen. Sikorski próbował odnaleźć miejsce postoju naczelnego wodza marszałka Rydza-Śmigłego, aby uzyskać od niego przydział wojskowy w toczącej się wojnie. W poszukiwaniu marszałka Rydza-Śmigłego Adam Kułakowski, jako szofer gen. Sikorskiego, pokonał trasę od Warszawy przez Lublin i Brześć do przygranicznych Kut. Po przekroczeniu granicy polsko-rumuńskiej we wczesnych godzinach rannych 18 września ruszyli dalej do Bukaresztu, gdzie zakończył się ten pełen emocji i dramatycznych chwil samochodowy rajd. Po paru dniach wyjechali z Bukaresztu pociągiem ekspresowym przez Jugosławię i Włochy do Paryża. Gen. Sikorski zatrzymał przy sobie Adama Kułakowskiego, czyniąc go swoim osobistym sekretarzem. Tak więc Adaś towarzyszył generałowi od tragicznych chwil września 1939 r. aż do katastrofy w Gibraltarze w lipcu 1943 r. [Wspominając przygotowania gen. Sikorskiego i towarzyszących mu osób do wyprawy na Bliski Wschód w 1943 roku, Walentyna Pacewicz ze smutkiem w głosie mówi: - Biedny Adaś, tak się cieszył na tę podróż].

Po śmierci generała w naszym biurze zapanował pewien chaos, ponieważ w zaistniałej sytuacji nie wiedzieliśmy, co mamy robić, nie otrzymaliśmy od nikogo żadnych instrukcji. Zaczęli nas nachodzić różni notable, wysoko postawieni wojskowi i cywile, którzy wcześniej pisywali różne listy do generała, a teraz domagali się ich zwrotu. Ich wizyty były coraz częstsze, a żądania stawały się coraz bardziej kategoryczne. Dotyczyło to zwłaszcza gen. Sosnkowskiego, który miał zwyczaj zasypywać gen. Sikorskiego swoimi pismami, bowiem w taki oryginalny sposób prowadził polityczny dialog z premierem i naczelnym wodzem. Naprawdę nie wiedziałam, co mam robić w takiej sytuacji, ale żądanych listów nie wydawałam. W końcu poprosiłam o radę naszego prawnika, który urzędował piętro wyżej. Doradził nam, aby w sytuacji, gdy interesanci domagają się zwrotu nadesłanej wcześniej przez siebie korespondencji, zażądać od nich sformułowania tego polecenia na piśmie. Podziałało to nadzwyczaj skutecznie, bowiem wizyty owych notabli natychmiast się skończyły.

***

Tyle relacja p. Walentyny Pacewicz. A wracając do sprawy teczki gen. Sikorskiego, okazuje się, że po katastrofie gibraltarskiej Brytyjczycy wyłowili ją z morza, jednak nie oddali stronie polskiej. Z teczki tej przekazano Polakom jedynie kilka niewiele znaczących dokumentów. Było to ewidentne, bezprawne przywłaszczenie polskiej własności państwowej i to nie byle jakiej, bo zawierającej dokumenty o najtajniejszej klauzuli i osobiste notatki polskiego premiera i naczelnego wodza. Zwrotu tej teczki wraz z jej pozostałą zawartością powinny kategorycznie domagać się polskie władze państwowe w oficjalnych rozmowach z władzami brytyjskimi.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail