Przegląd Polski
24 października 2008

Jaruzelski
i czołgi z kiełbasą

JACEK FEDOROWICZ

Trwa proces generała Jaruzelskiego. IPN pewnie chciałby zdążyć przed 13 grudnia, bo u nas wszystko musi być związane z jakąś rocznicą, ale tu z wycelowaniem we właściwą datę mogą być kłopoty, ponieważ szybkość działania polskich sądów jest jaka jest. W grę może wchodzić ewentualnie przyszłoroczna rocznica wprowadzenia stanu wojennego, jeżeli sąd weźmie się w garść.

Jednocześnie w prasie trwa dyskusja zapoczątkowana przez Stefana Chwina, który w Gazecie Wyborczej zadał pytanie, jak zachowałby się każdy z nas, gdyby 13 grudnia znalazł się w sytuacji generała. Pierwsza nasuwająca się odpowiedź to wzruszenie ramionami, że przede wszystkim większość z nas by się w tej sytuacji nie znalazła, ponieważ całe życie poświęcała wysiłkom, żeby się nie znaleźć. Ostatecznie większość jednak się do partii nie zapisała, komunistów nie pokochała, na udział we władzy się nie zdecydowała, świadomie i ze względów, że tak powiem, pryncypialnych. Żyć w tym musieliśmy, ale do ochoczego wspomagania systemu nikt nikogo nie zmuszał, przynajmniej nie we wszystkich latach, do tego trzeba było jednak sporo inicjatywy własnej.

Co innego Jaruzelski. Ten miał inicjatywę. Od dziecka chciał być tym, kim został. Podobno jako jedyny wyższy wojskowy w czasach październikowej odwilży nie poparł usunięcia z funkcji marszałka Konstantego Rokossowskiego, a potem leciało już łatwo. Tak jak w przypadku Gorbaczowa, którego elekcję na I sekretarza KC KPZR entuzjastycznie przyjęto na Zachodzie, a o którym Piotr Kamiński w radiu France Internationale słusznie zauważył, że będąc przyzwoitym człowiekiem nie dochodzi się do takiej posady - tak w przypadku Jaruzelskiego śmiało można powiedzieć, że w robieniu kariery są gdzieś granice ustępstw na rzecz przyzwoitości i żeby wspiąć się na sam szczyt władzy w PRL, trzeba było te granice przekraczać wielokrotnie, i to z lekkością baletnicy. Jaruzelski chciał się znaleźć tam, gdzie był 13 grudnia.

OCZYWIŚCIE W TYM PYTANIU CHODZI O COŚ INNEGO. O odpowiedź, czy była szansa na inne rozwiązanie. Stefan Chwin uważa, że nie i że teoria "mniejszego zła" jest słuszna. Że gdyby nie Jaruzelski, najprawdopodobniej czekałaby nas hekatomba. To samo Waldemar Kuczyński. Uważa, że nieuniknionym efektem rozwoju sytuacji politycznej byłoby sięgnięcie Solidarności po władzę, a to musiałoby spowodować interwencję. Nie zgadza się z tym Bogdan Borusewicz, Henryk Wujec i wielu innych. Ale z kolei ogromna rzesza rodaków się zgadza. Gdyby kogoś interesował pogląd skromnego artysty, to donoszę, że jestem tu z Borusewiczem, ale rozwodzić się na ten temat nie będę, zgłoszę natomiast pewną refleksję, która mnie nachodzi od lat.

Nie daje mi spokoju myśl, że dyskusja obciążona jest przez cały czas dwoma fałszywymi założeniami.

Pierwsze: w sporze wciąż zakłada się milcząco, że stan wojenny można było wprowadzić albo nie, tertium non datur, czyli że stan wprowadzony musiałby w każdym wypadku wyglądać tak, jak wyglądał.

Drugie założenie, z którym nikt nigdy nie próbował dyskutować, to przyjęcie za pewnik faktu krwawej rozprawy wojsk radzieckich z Polakami, owej masakry, która musiałaby nastąpić po wkroczeniu.

A dlaczego - pozwolę sobie zapytać - nikomu nie przyszło do głowy, że skoro Rosjanie już tyle razy wykazali się diabelskim sprytem w rozgrywkach międzynarodowych, to wcale nie musieliby popełniać tego kardynalnego błędu, jakim byłoby wkroczenie do Polski z nożem w zębach? A może wkroczyliby z cukierkami? Może czołgami przywieźliby kiełbasę? Pewnie trudno byłoby im ją zdobyć, ale kto wie, ile wtedy mieli żarcia w magazynach na czarną godzinę.

Żartuję? Może trochę przesadzam, ale na pewno nie żartuję twierdząc, że wkroczenie Rosjan nie musiało oznaczać jakiejkolwiek wojny. Ani krwawej rozprawy. Mogło, ale nie musiało. Niby kto by im się przeciwstawił? Wojsko? Proszę mnie nie rozśmieszać. Społeczeństwo? Było na to za mądre.

JEST COŚ TAKIEGO JAK DOŚWIADCZENIE HISTORYCZNE. Klęska powstania warszawskiego, nawet jeśli nie w pełni uświadomiona, kierowała w wielkim stopniu poczynaniami kilku następnych pokoleń. Na pokojową rewolucję Solidarności też miała wpływ. Rosjanie mogli się obawiać porywczości Polaków, ale na pewno najpierw spróbowaliby wariantu "miękkiego". Mógłby on być też tragiczny w skutkach, ale nie od razu. A zanim by te skutki nastąpiły, ZSRR by się - wierzę w to głęboko - rozleciał, bo cały system docierał już właśnie do kresu swych możliwości. To, nawiasem mówiąc, moja największa pretensja do Jaruzelskiego: że opóźnił. Im być może pozwolił potrwać jeszcze dłużej, a nam - z całą pewnością - wyrwał osiem lat, które mogliśmy spędzić wznosząc się, powolutku pewnie, ale wznosząc, a nie staczając z hukiem i impetem.

Czy Jaruzelski stał przed wyborem: wprowadzić lub nie?

Ten właśnie błąd w założeniu dyskusji też mi od lat doskwiera. Moim zdaniem mógł nie wprowadzać, ale między wprowadzeniem a niewprowadzeniem miał jeszcze trzecią możliwość: wprowadzić na lipę. To znaczy nie wprowadzać, ale przekonywać towarzyszy radzieckich, że wprowadził. Mógł powydawać groźne dekrety, mógł też rozwiązać Solidarność, a zaraz potem wdać się w rozmowy o jej przywrócenie. W świecie komunistycznym niesłychanie ważne były słowa. Bardzo często, a właściwie nigdy, nie musiały mieć jakiegokolwiek związku z rzeczywistością. Można było wprowadzić stan wojenny nie wprowadzając. Zagrać na czas. Nie chcę kreślić szczegółowych scenariuszy, nie podołałbym, ekipa Jaruzelskiego na pewno byłaby zdolniejsza w różnych matactwach, ekwilibrystyce słownej i sprytnych posunięciach. Gdyby tylko chciała. Gdyby tylko Jaruzelski wyczuł, że szansa na wyrwanie się z objęć ZSRR jest wielka, a przynajmniej na "finlandyzację", i gdyby nie trwał w wierności Sowietom przy sierpie i młocie, z uporem młota, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, bez porównania lepiej, dla niego też. Gdyby tylko zaczął grać z narodem przeciwko Rosjanom, naród by to wyczuł i wziął udział w grze. Solidarność obok krzykaczy miała też bardzo mądrych przywódców, z - obdarzonym wspaniałym instynktem - Wałęsą na czele.

Sprytny i inteligentny jest Jaruzelski, świadczy o tym cała jego kariera, a nawet jej koniec. Okrągły stół, prezydentura, rezygnacja z prezydentury, wszystko. Wyczuwał, że nie ma szans na nic, poza spokojnym lądowaniem, z powagą i pozorami godności. Ale nie starczyło mu niestety wyczucia, sprytu i inteligencji w grudniu 1981. Nie wyczuł, że zbliża się koniec jego świata. Przyznaję, że takie rzeczy wyczuwa się wyjątkowo niechętnie. Ale jak się jest wielkim karierowiczem, to trzeba.

Reprodukowany rysunek pochodzi z wystawy "Jacek Fedorowicz - życiorys odgrzebany" w Muzeum Karykatury w Warszawie.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail