Przegląd Polski
31 października 2008
- Herbert a tramwaje - Rafał Żebrowski
- Rytmy Nowego Jorku. Towarzysze podróży - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Herbert a tramwaje
Kilkuletni Zbysiu był chłopcem nie tylko wesołym, ale - jak można sądzić po tej minie - również zadziornym...
Rok Herbertowski, opatrzony mottem "We mnie jest ogień, który myśli", obfituje w rozmaite ciekawe zdarzenia.
Jednym z nich był tzw. Tramwaj Herberta, który 10 i 17 maja 2008 r. jeździł po Warszawie. W zabytkowym pojeździe aktorzy scen warszawskich, m.in. Irena Jun, Maria Gładkowska, Karolina Dryzner, Elżbieta Lenska, Witold Bieliński, Maciej Marczewski i Witold Wieliński pod wodzą Macieja Rayzachera, reżysera i animatora przedsięwzięcia, recytowali wiersze Księcia Poetów. Wszystkie te rozkosze były dostępne dla szerokiej publiczności za darmo, czyli mówiąc po lwowsku: za bezdurno. A ponieważ w całej tej "awanturze" sam brałem udział, więc pozwolę sobie na kilka refleksji i uwag biograficznych, które na jej marginesie poczynić można.
DZIŚ TRAMWAJ, NAWET JEGO NAJNOWOCZEŚNIEJSZY MODEL, nie budzi szczególnych emocji. Zupełnie inaczej było w czasach młodości Zbigniewa Herberta. Przypomnijmy, że jego ojciec, Bolesław, urodził się w roku 1892. W Warszawie tramwaje konne, na trasie łączącej dwa główne dworce kolejowe miasta, ruszyły na początku drugiej dekady grudnia 1866 r. Jednak regularne ich linie zaczęły pokrywać to miasto dopiero 15 lat później. Toteż można twierdzić, że znacznie mniejszy, ale korzystający z dobrodziejstw niezależnego samorządu Lwów pod tym względem dzierżył palmę pierwszeństwa, bowiem owe pojazdy zaczęły przemierzać Lwi gród od 1879 r. Notabene, ostatni tramwaj konny na stołecznej Woli kursował aż do początku lat 20. XX w., kiedy nad Pełtwią ten rodzaju komunikacji był już jedynie blednącym wspomnieniem. Jeszcze bardziej symptomatyczną sprawą było wprowadzenie tramwajów elektrycznych. W Warszawie zdecydowano się na to już w 1905 r., ale ostateczny głos należał do cara, ten zaś nie tylko rezydował nad Newą i sprawy nadwiślańskie były dlań dość odległe, ale na domiar złego bardzo absorbowały go wydarzenia rewolucyjne, w związku z czym cała sprawa przeciągnęła się jeszcze o trzy lata.
Zupełnie inaczej było we Lwowie, gdzie rada miejska samodzielnie podjęła decyzję o elektryfikacji i zaciągnęła kredyty na sfinansowanie tego przedsięwzięcia. W tym czasie ojciec przyszłego poety uczęszczał już do piątej klasy gimnazjum i działał w niepodległościowej organizacji młodzieży szkolnej na terenie VII i V Gimnazjum we Lwowie. Tak więc początek ery tramwaju elektrycznego w Polsce przypadł na okres jego młodości górnej i chmurnej. Nie od rzeczy będzie więc dodać, że również za jego życia człowiek poleciał w kosmos, jako że Jurij Gagarin 12 kwietnia 1961 r. odbył swój lot po orbicie satelitarnej Ziemi, dokonując jednokrotnego jej okrążenia w ciągu 1 godziny i 48 minut. Ojciec poety zaś zmarł dwa lata później.
WSZYSTKIE TE UWAGI NATURY HISTORYCZNEJ pokazują różnicę perspektywy postrzegania poczciwego tramwaju z punktu widzenia młodego Zbigniewa Herberta i dzisiejszych uczniów szkół podstawowych oraz średnich. W "kronikach" rodzinnej pamięci została odnotowana historia, która świadczyła wręcz o fascynacji wozami komunikacji miejskiej, jaką w dzieciństwie przejawiał przyszły poeta. Było to niespełna rok po śmierci jego babci ze strony matki, Krystyny Kaniakowej z domu Lenius, która zmarła w 1930 r. Odejście najwierniejszej z wiernych towarzyszki podcięło wolę życia jej męża Józefa, mego pradziadka. Być może, by wprowadzić w jego egzystencję pewne ożywienie, od czasu do czasu zaczęto podrzucać mu małego Zbysia, który był trochę osamotniony, bowiem siostra Halinka właśnie zaczęła chodzić do szkoły, a mama była w zaawansowanej ciąży.
Podobnie stało się pewnego razu, pod koniec zimy. Po jakimś czasie spędzonym u dziadka, który mieszkał w ówczesnym gmachu Województwa (wcześniej Namiestnikostwa), ten musiał odprowadzić latorośl Herbertów do domu rodzinnego przy ulicy Łyczakowskiej. Dystans do pokonania nie był więc szczególnie duży - wedle planów miasta - można go ocenić najwyżej na kilometr. Problem polegał na tym, że wnuczek Zbyś bardzo pragnął przejechać się nowym modelem tramwaju, który dopiero co wprowadzono we Lwowie do użytku. Pewnie Józef Kaniak oparłby się malcowi, gdyby był przy swym dawnym animuszu, ale jego duszę właśnie wypełniał zniewalający smutek, a może na tyle rozrzewniło go towarzystwo wesołego chłopca, iż nie potrafił przeciwstawić się jego prośbom. Toteż wyczekiwali w nieskończoność na nadjechanie tego mniemanego cudu lwowskiej komunikacji miejskiej, stojąc na zimnie bardzo długo. Krótko potem starszy pan zapadł na jakąś infekcję, wywiązało się zapalenie płuc, które i dziś bywa niebezpieczne dla osób w poważniejszym wieku, a wówczas dla dziadka Kaniaka okazało się fatalne w skutkach. Zmarł wkrótce po urodzeniu się trzeciego dziecka Marii i Bolesława Herbertów.
PRZYSZŁY AUTOR PANA COGITO w tymże 1932 r. stał się dumnym "studentem" męskiej szkoły powszechnej im. św. Antoniego, która zresztą sąsiadowała z noszącą to samo miano placówką edukacyjną dla dziewcząt, gdzie uczęszczała jego siostra, a moja matka. Obie te wszechnice dzieliło od ówczesnego mieszkania Herbertów zaledwie jakieś sto metrów, i to raczej z górki. Niestety, dotychczasowe lokum stało się nazbyt ciasne dla rodziny po wspominanych tu już narodzinach najmłodszego syna, Januszka (który zmarł dzieckiem w 1943 r.).
Nowa siedziba "rodu" mieściła się przy ul. Tarnowskiego, a więc była dość odległa od starej szkoły. Jednak rodzice nie chcieli wyrywać dzieci z ich dotychczasowego środowiska. W istocie zresztą cała podróż, odbyta nader niespiesznym krokiem, pewnie zajmowała starszej parze dzieci Herbertów najwyżej pół godziny. Bowiem Lwów - wówczas około trzystutysięczny - był stolicą imperium polskiego ducha, ale miał skromne rozmiary. Sytuacja wyżej opisana pozostała bez zmian co najmniej do ukończenia przez Zbyszka klasy drugiej, bowiem jeszcze z kolegami ze szkoły św. Antoniego przystępował do pierwszej komunii.
Dopiero w jakiś czas potem, dziś trudny do sprecyzowania, pewnego razu, zapewne na ulicy Zielonej, Maria Herbertowa wsiadła do tramwaju. Ponieważ wszystkie miejsca były zajęte, a jechać miała dość daleko, więc przeszła na tylny pomost. Stanąwszy tam, kątem oka zauważyła jakiś ruch z tyłu wozu, toteż wyjrzała przez okno i zamarła. Jej synek Zbyś stał na tzw. buforze, bądź inaczej "cycku", i uczepiony jakiejś listwy, zażywał właśnie uroków darmowej podróży komunikacją miejską. Oczywiście nieważny tu był element oszczędnościowy, ale "fason" ulicznika czy batiara, od którego do tej pory nieprzebytym murem odgradzała naszego bohatera baczna opieka rodziców i krewnych. Ze ściśniętym gardłem i na miękkich nogach matka przyszłego poety podeszła do motorniczego i poprosiła go, by delikatnie się zatrzymał, bowiem z tyłu "na przyczepkę" jedzie jakieś chłopaczysko, które w każdej chwili może zginąć pod kołami. Oczywiście było jej wstyd wyznać, że interwencję ową podejmuje w celu ocalenia własnej "pociechy", a cudzysłów użyty w tym kontekście jest jak najbardziej na miejscu.
Nikt nie zapamiętał sceny osądzenia młodego zbrodniarza, ale faktem jest, że został on przeniesiony do szkoły powszechnej im. Marii Konopnickiej (również były dwie oddzielne, żeńska i męska), mieszczącej się przy ulicy Zielonej, a więc znacznie bliżej mieszkania znajdującego się przy ulicy Tarnowskiego. Cała droga do szkoły wynosiła teraz jakieś 800 m, gdy prowadząca do św. Antoniego mogła być co najmniej dwukrotnie dłuższa. Pokus więc było znacznie mniej, a i kontrolowanie delikwenta, który okazał się tak nieodpowiedzialny, stało się łatwiejsze.
NIESTETY, W WYNIKU ZMOWY "ŁOBUZÓW HISTORII" rodzina poety musiała opuścić Lwów, co uczyniła jeszcze w marcu 1944 r. Zbigniew Herbert już w następnym roku podjął studia w Krakowie, kontynuowane później w Toruniu. Podejmował też pracę, ale na ostateczne opuszczenie domu rodziców w Sopocie zdecydował się w połowie 1951 roku. I choć dorywczo matka i ojciec, jak również siostra i szwagier, czyli moi rodzice, próbowali mu pomagać, to jednak musiał stawiać czoło często skrajnemu niedostatkowi. Szerzej znanymi epizodami związanymi z tym okresem życia przyszłego kandydata do literackiej Nagrody Nobla były jego zatrudnienia jako chronometrażysty-kalkulatora w Spółdzielni Inwalidów "Wspólna Sprawa" oraz w "Torfoprojekcie". Jednak należy przede wszystkim pamiętać o tym, że do roku 1957 pisarz nie miał własnego kąta i przemieszkiwał czasami w warunkach, które nawet dzielnego człowieka mogłyby doprowadzić do rozpaczy. Bywał też najzwyczajniej głodny.
WŁAŚNIE W OKRESIE WYJĄTKOWO DLAŃ TRUDNYM tramwaj pełnił w życiu Zbigniewa Herberta szczególną rolę. Jedynym porządnym posiłkiem, na jaki wówczas mógł liczyć, był obiad w jakiejś jadłodajni, niestety dość odległej od miejsca zamieszkania. W znacznej mierze myśli poety przed południem skupiała na sobie oczekująca go "uczta" we wspomnianym wyżej przybytku patelni i rondla. Opowiadał później bliskim, co potwierdzali również jego ówcześni przyjaciele, że wychodził z domu znacznie wcześniej i szedł tam pieszo, by zaoszczędzić na bilecie tramwajowym. Natomiast zawsze korzystał z tego właśnie środka lokomocji w drodze powrotnej, pragnąc przedłużyć złudne wrażenie sytości. Owe chwile spędzane w "miejskim pociągu" były wówczas cieleśnie najbardziej rozkosznymi, bo choć wielu uważa, że luminarze kultury powinni żyć przede wszystkim strawą duchową, to jednak ów pogląd aż nadto trąci przesadą.
W każdym razie, zapytany przed wejściem do Tramwaju Herberta o to, czy pomysł czytania wierszy w zabytkowym wehikule nie wydaje mi się zbyt ekstrawagancki, nie wahając się ani chwili odrzekłem: - Najważniejszy jest sam fakt czytania, a domieszka poezji do prozy życia może ją tylko uczynić bardziej znośną - co niniejszym mam zaszczyt polecić rozwadze Szanownych Czytelników Przeglądu Polskiego.
