Przegląd Polski
7 listopada 2008
- Powstanie II RP z amerykańskiej perspektywy - Witold J. Ławrynowicz
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Stany znów zjednoczone
Ta kampania nie przebierała w środkach... masowego przekazu.
Kandydaci ścigali się także w komediowych tok szołach. John McCain ogłosił publicznie swą kandydaturę na prezydenta u Davida Lettermana w jego "Late Night Show", a zakończył kampanię występem w komediowym "Saturday Night Live", gdzie dwa tygodnie wcześniej wystąpiła Sarah Palin. Podobnie zrobił Obama, występując u Lettermana, jak i Jona Stewarta w "Daily Show", i gdzie tylko się, dosłownie, dało.
Cała ekipa Baracka Obamy, łącznie z wiekowym senatorem Joe Bidenem i żonami, gościła ostatniej soboty przed wyborami w plotkarskim, telewizyjnym tabloidzie, zajmującym się na co dzień sekretami sypialń gwiazd ekranu. Nie było praktycznie dnia, by kandydaci nie występowali w jakimś medialnym kabarecie. Co więcej, płacili słone pieniądze za możliwość robienia z siebie żartów, a nawet ćwierćinteligentów - bardzo inteligentnym, czytaj: złośliwym komikom. Dziennikarz z radiowego talk show w Montrealu zadzwonił do Sarah jako Sarkozy i rozmawiał z nią całe sześć minut, udając prezydenta Francji. Jedyną jej reakcją na dowcip był zdrowy, jak alaskańskie powietrze, śmiech byłej wicemiss. Do rangi dobrego dowcipu urosło pytanie: wicemiss wiceprezydentem? A dlaczego nie? To Ameryka, w której nie tylko wicemiska może zostać wiceprezydentką, a Joe hydraulik zrobić z dnia na dzień zawrotną karierę medialną. To Ameryka, która potrafi przebudzić się z drzemki dobrobytu i stanąć w kolejkach do głosowania.
Kiedyś Daniel Passent napisał książkę pt. Rozbieram senatora. Dziś senatorzy rozbierają się sami, na oczach milionów widzów. Pokazują wszystko, jak Sarah Palin, wdzięcząca się na scenie w stroju plażowym podczas wyborów miss Alaski. Senatorowie obnażają swoje słabości, reagują śmiechem na nazywanie ich terrorystami, politykami usiłującymi narzucić Ameryce socjalizm (Obama), żartują ze swego wieku, odśmiewając mało śmieszne żarty komików na temat rychłego zejścia (McCain), żartują ze swego nazwiska i krwawych zamiarów wobec konkurentów, pokazując zestaw noży kuchennych firmy McCain itd.
Ta kampania pokazała (na ekranach), że władzę ma piąta władza, czyli media, i to nie poważne dzienniki czy programy publicystyczne, ale wieczorne audycje telewizyjne, robiące kokosy na "rozbieraniu senatorów", czyli robieniu sobie dowcipów z prezydentów, obecnych i byłych, jak i kandydatów na prezydentów. To zupełnie nowa jakość w dziejach amerykańskich wyborów tudzież nowa jakość w dziejach mediów: aby obecnie zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, trzeba najpierw zostać klownem, dać się przemleć w medialnym maglu, dać sobie napluć do zupy i ją zjeść ze smakiem i uśmiechem na oczach milionów, które na tej podstawie zadecydują, na kogo zagłosują.
Ale mniej ważne metody, dopasowane do czasów, ważne, że Ameryka przebudziła się z drzemki irackiej, ustąpiła jej pomroczność giełdowa oraz dolegliwości gasnącego autorytetu i postanowiła na nowo zdefiniować siebie i swoją rolę w świecie. Gdy piszę te słowa, Amerykanie stoją od wielu godzin w długich kolejkach do urn wyborczych. Nawet w Kanadzie, gdzie mieszka tyle samo Amerykanów co Polaków, bo około 750 tysięcy, czuje się to pełne napięcia, ale i radosne oczekiwanie na... No właśnie: na zmianę wizerunku Ameryki? Na cokolwiek nowego, co pozwoli dalej wierzyć milionom na miejscu i na świecie w zaraźliwy mit Ziemi Obiecanej? John Fitzgerald Kennedy bardzo celnie ujął kiedyś tę cechę amerykańskiego charakteru: "Amerykanin lubi mieć do czynienia z wielką łatwizną albo z niebosiężnymi trudnościami; kiedy trzeba być pośrodku, zaczynają się z nim kłopoty".
Norwid w dramacie Assunty widział, niczym w zwierciadle epok "Afryki Sfinksów - Sfinksów Ameryki". To był proroczy wizerunek. Afroamerykanin kandydujący na prezydenta Ameryki, zbudowanej rękami niewolników - tego mógł oczekiwać jedynie poeta, w dodatku romantyczny. Jan Pietrzak, także poeta, tylko mniej romantyczny, a bardziej satyryczny, był z kolei pierwszym satyrykiem-kandydatem na prezydenta. Miał człowiek intuicję. Wybrał tylko zły czas i zły kraj...
Z mojego punktu widzenia (punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a siedzę w literaturze) obecne wybory w Ameryce wygrał także Witold Gombrowicz. Zwłaszcza ostatnie akty tej kampanii przypominały Gombrowiczowską Operetkę i Ślub razem wzięte, z elementami Ferdydurke, Transatlantyku i Dziennika w obszernych fragmentach. Śmiechu było po pachy, bawili się wszyscy świetnie.
Skończyła się kampania, czyli objazdowy cyrk na kółkach, zaczyna się teatr mniej komediowy, miejmy nadzieję, czyli polityczna rzeczywistość. A rzeczywistość to zdaniem Gombrowicza "to, co stawia opór, czyli boli". Idąc tropem tej myśli, chcę widzieć w prezydencie Ameryki "człowieka ´rozluźnionegoª i człowieka ´zwyczajnegoª, a jednocześnie człowieka przeszytego bólem".
Byleby tylko z powodu tego bólu przebierał jedynie w środkach masowego przekazu, a nie rażenia...
