Przegląd Polski
14 listopada 2008
- Z tradycją w przyszłość. Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Jakub Tyszkiewicz
- Listy z Gwatemali - Jerzy R. Krzyżanowski
- Nasza ojczyzna-polszczyzna. Niepodległość polszczyzny - Krystyna S. Olszer
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Listy z Gwatemali
Andrzej
Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki. Wstęp Włodzimierz Odojewski.
Twój Styl, Warszawa 2008, s. 242, fotografie. Książkę można zamówić
w Księgarni Nowego Dziennika): tel. (212) 594-2386 e-mail: ksiazki@dziennik.com
Niewielu znaleźć można pisarzy, których talent epistolograficzny ujawnił się w takiej pełni, jak miało to miejsce w przypadku Andrzeja Bobkowskiego (1913-1961), ale niewielu też znalazło się w położeniu tak trudnym jak właśnie on.
Rozczarowany Europą, postanowił wyemigrować z Francji i osiadł w roku 1948 w Gwatemali, skąd prowadził obfitą korespondencję z rodziną i przyjaciółmi, którzy szczęśliwie większość jego listów przechowali. I właśnie jeden z takich zbiorów, listy do matki, ukazał się ostatnio nakładem warszawskiego wydawnictwa Twój Styl, przynosząc kolekcję kilkudziesięciu listów pisanych w latach 1946-1960, a więc przez cały prawie okres życia pisarza w Ameryce Środkowej.
LISTY DO MATKI MAJĄ DŁUGĄ I PIĘKNĄ TRADYCJĘ w polskiej literaturze - wystarczy wspomnieć listy Słowackiego, będące klasycznym przykładem tego gatunku literackiego. Świadomie używam tu określenia "gatunek literacki", listy bowiem - zarówno Słowackiego jak Bobkowskiego - bez wątpienia należą do literatury z uwagi na ich starannie wypracowaną formę wypowiedzi, dalece przekraczającą zwykłą w przeciętnej korespondencji wymianę informacji, w przypadku zaś Bobkowskiego stanowią znakomite poszerzenie jego raczej skromnej objętościowo twórczości pamiętnikarskiej (znakomite Szkice piórkiem, 1957) i beletrystycznej (Coco de Oro, 1970). Dla pisarza, który świadomie odciął się od Europy i skazał na dzieloną z żoną samotność, listy do osoby najbliższej, do matki, stały się uzupełnieniem literatury, a zarazem sposobem bezcennej łączności z krajem, którego sprawami żył bardzo blisko, mimo odległości dzielącej Gwatemalę od Polski.
Czytelnik nieznający biografii Bobkowskiego spytać może ze zdziwieniem: dlaczego Gwatemala? Dlaczego pisarz pochodzący z rodziny blisko związanej z rządem II RP (jego ojciec był m.in. szefem sztabu 2. Dywizji Piechoty Legionów, w 1928 r. został mianowany generałem brygady), który cały okres okupacji niemieckiej spędził w Paryżu, wreszcie który utrzymywał żywy kontakt z czołowymi ludźmi emigracji we Francji i w Stanach Zjednoczonych, nagle znajduje się na prawdziwym wygnaniu w odległym kraju? I w dodatku zamiast "parać się literaturą" (jak to się patetycznie mówi) zabrał się do budowania i sprzedaży latających modeli samolotów, co - notabene - z trudem wystarczało na najskromniejsze utrzymanie.
POWODÓW SZUKAĆ NALEŻY W POGARDZIE, jakiej Bobkowski nabrał najpierw do Francuzów kolaborujących z Niemcami, a po wojnie coraz silniej poddających się komunistycznej propagandzie, potem zaś w obrzydzeniu w stosunku do ludzi samych siebie nazywających intelektualistami, a oderwanych od życia codziennego lub uwikłanych w wewnętrzne, polityczne intrygi emigracji, podczas gdy powrót do zsowietyzowanej Polski w ogóle nie wchodził w rachubę.
Pozostawała więc ucieczka od tego wszystkiego, zaszycie się na końcu świata, praca fizyczna i poczucie pełnej wolności. Odrzucił parę finansowo atrakcyjnych ofert, zdecydowany pozostać całkowicie niezależnym, zdanym tylko na własne siły. "Gdy, jak sam Pan Bóg - pisał pod koniec życia - trzeba coś stworzyć z niczego, całkiem samemu, bez żadnej pomocy w obcym świecie, musi się zagryźć zęby przez wiele lat" (s. 227). Była to decyzja śmiała, wymagająca hartu ducha i przekonania o słuszności wybranej drogi. A jedną z niewielu pozostających form łączności ze światem stanowiły - poza literaturą - listy.
PISARSTWO BOBKOWSKIEGO ZOSTAŁO SZYBKO DOSTRZEŻONE i wysoko ocenione, wybór zaś tytułów recenzji jego książek najlepiej oddaje charakter recepcji życia i twórczości autora Szkiców piórkiem: "Talent odłożony na później", "Kosmopolak z Gwatemali", "Latarnik", "Robinson tragiczny", "Europa odrzucona", "Polska usiadła nam na mózgach", "Żyć, po prostu żyć"; a uzupełnić je można tytułem wstępu Włodzimierza Odojewskiego do wydania listów do matki: "Andrzej Bobkowski - nowa młodość". Dzisiaj, po wielu latach, Bobkowski istotnie przeżywa "nową młodość" i uważany jest za jednego z najwybitniejszych pisarzy emigracji, zaś listy do matki opinię tę w pełni potwierdzają.
Mówiąc o tych listach nie zawahałbym się określić ich spolonizowanym łacińskim terminem "epistoły", zwykle oznaczającym list nieprzeciętnie długi i zawierający bogatą tematykę. Są tu bowiem prawdziwe epistoły liczące po kilkadziesiąt stronic druku, a opowiadające np. o parotygodniowej podróży do Stanów Zjednoczonych i Europy, odwiedzanej po wielu latach nieobecności.
O ILE NIECHĘĆ DO EUROPY ZACHODNIEJ, będąca zasadniczym powodem ucieczki do Ameryki Środkowej, nie tylko z latami nie osłabła, ale wzmogła się do tego stopnia, że Bobkowski określa ten kontynent słowami nienadającymi się do powtórzenia, to jego zachwyt Stanami Zjednoczonymi widzianymi raz i drugi sięga niedościgłych proporcji. Dziś często krytycznie, nawet z pogardą mówi się o "macdonaldyzacji" tego kraju, ci z nas jednak, którym przypadło odkrywanie Ameryki po wyjeździe z Polski lat 50. ub. wieku, odnajdą u Bobkowskiego swoje własne wrażenia, ba, przeżycia i oszołomienie nie tylko bogactwem i postępem technicznym USA, ale przede wszystkim maksymalnym ułatwieniem życia przeciętnemu obywatelowi, bezpośredniością i prostotą wzajemnych stosunków między ludźmi, gotowością pomocy niejednokrotnie prawdziwie serdecznej. Tym wszystkim czytelnikom, którzy ten kraj bezlitośnie krytykują, polecam najszczerzej lekturę listu z 11 października 1954 r. (s. 134-149) jako orzeźwiający zastrzyk optymizmu w obecnym trudnym okresie historii. Nawiasem warto dodać, że nawet czołowy propagandysta "polskiej drogi do socjalizmu" Jerzy Putrament, który Amerykę odwiedził w tym samym co Bobkowski okresie, mimo obowiązującej dobrego towarzysza partyjnego krytyki, też nie umiał ukryć podziwu dla wielu charakterystycznych cech tego kraju, o czym nader wyraźnie pisał w swoich reportażach Dwa łyki Ameryki (1956 r.).
JEDNAK PODRÓŻE I DROBNE PRZYJEMNOŚCI ŻYCIOWE (raz na tydzień kino!) w listach Bobkowskiego usuwają się na dalszy plan wobec trudu codziennej, fizycznej pracy, wobec nieprzezwyciężonych kłopotów materialnych, wobec poczucia samotności. A mimo to Bobkowski nie poddaje się, walczy o przeżycie z uporem, z wiarą w poprawę sytuacji, wspomagany najdzielniej miłością jedynej towarzyszki, żony, i wielkim, stałym zachwytem nad cudem życia. Stronice z opisami tropikalnych burz, widoków gór i morza postawić można tuż obok wzruszających opowieści o zwierzętach domowych, zwłaszcza kotach, którym pisarz poświęca wiele pełnych prawdziwego uczucia słów. I tu raz jeszcze literatura przeważa nad epistolografią, opisy te bowiem są wyjątkowo piękne, wprost niespotykane we współczesnym piśmiennictwie poddanym rygorom suchego, pozbawionego uczucia realizmu.
Dla przykładu przytoczyć warto choćby jeden, niewielki fragment ukazujący bogactwo prozy Bobkowskiego: "Około dwunastej w nocy wzeszedł księżyc i wtedy zaczął się prawdziwy sen. Widok zupełnie nie do opisania. Może nigdy dotąd nie poczułem tak wyraźnie, że jestem na drugiej półkuli. W dole całe krainy, pasmo wulkanicznych gór ze stożkami mniejszych wulkanów, tafla olbrzymiego jeziora Amattilan, zupełnie inny świat. W oddali wulkan Fuego, jeszcze trochę poirytowany po ostatnim wybuchu i mrugający czerwonym językiem ognia od czasu do czasu" (s. 44-45). Tak właśnie pisał Conrad, ulubiony autor Bobkowskiego w swoich wielkich powieściach Zwycięstwo i Nostromo - akcja tej ostatniej toczy się w pobliżu dzisiejszej Gwatemali. Można tak cytować całymi, długimi akapitami, najlepiej jednak czytać listy jako nieodłączną część dzieła Bobkowskiego.
NIE OBAWIAM SIĘ TU UŻYĆ WIELKIEGO SŁOWA "DZIEŁO", bo listy Bobkowskiego, podobnie jak niezapomniane Szkice piórkiem, zaliczyć należy do wielkiej literatury, którą dawniej najsłuszniej nazywano literaturą piękną.
Poznali się na tym współcześni Bobkowskimu ludzie najwyższej klasy, jak np. Jerzy Giedroyc, który go jako autora wypromował i uważał za podporę Kultury, Kazimierz Wierzyński ("Kazimierz Wspaniały", s. 196), z którym "strasznie przypadliśmy sobie do gustu" (s. 147) czy nawet Melchior Wańkowicz, o którym Bobkowski wyrażał się nader krytycznie (s. 186). I nie tylko o nim, w listach bowiem, mimo że pisane były do matki, nie wahał się używać słownictwa i określeń, wśród których nazwanie Simone de Beauvoire "zwykłą babką klozetową literatury" (s. 184) należy do najłagodniejszych...
Pisarstwo Bobkowskiego tak określa Włodzimierz Odojewski we wstępie do tego zbioru listów: "Oszałamiające bogactwo myśli poruszających wyobraźnię, świetna stylistyka, celna argumentacja, nagromadzenie złóż przeżyć, doświadczeń i obserwacji, które by starczyły na dalsze parę tomów prozy, oto wrażenie, jakie zostawiają po sobie jego pośmiertne książki. I żal, że śmierć nie pozwoliła autorowi na wykonanie jego ambitnych zamierzeń, być może pozbawiając nas literackiego nazwiska na miarę nowego Conrada" (s. 12).

