Przegląd Polski
14 listopada 2008
- Z tradycją w przyszłość. Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Jakub Tyszkiewicz
- Listy z Gwatemali - Jerzy R. Krzyżanowski
- Nasza ojczyzna-polszczyzna. Niepodległość polszczyzny - Krystyna S. Olszer
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
NASZA OJCZYZNA-POLSZCZYZNA
Niepodległość polszczyzny
Polszczyzna odzyskała niepodległość 11 listopada 1918 roku. Warto się zastanowić, jakie znaczenie miał ten fakt przed 90 laty i jak wtedy język poradził sobie z problemami, które nagromadziły się w czasie przeszło stuletniej niewoli.
Nie będzie przesadą twierdzić, że w okresie zaborów język stanowił opokę polskości. Narodowego ducha utrzymywała poezja romantycznych wieszczów, historyczne powieści Sienkiewicza, powiastki dla ludu Konopnickiej, nowoczesna proza Prusa. Polacy czytali swych pisarzy, a także powtarzali polskie słowa w religijnej i patriotycznej pieśni, ludowej piosence, wieczornej modlitwie, rozmowach przy rodzinnym stole. Dzięki temu polszczyzna przetrwała - mimo i wbrew rusyfikacji i germanizacji.
W latach 60. XIX wieku, wkrótce po powstaniu styczniowym, zaczęło się w zaborze rosyjskim stopniowe, ale szybkie rugowanie języka polskiego ze szkół, sądów i innych urzędów. To samo nastąpiło kilkanaście lat później w zaborze pruskim. W ostatniej ćwierci XIX wieku na terenach obu zaborów doprowadzono do całkowitego zakazu używania języka polskiego w oficjalnym życiu.
ODZYSKANIE NIEPODLEGŁOŚCI POSTAWIŁO POLAKÓW wobec rozlicznych problemów. Jednym z najważniejszych było scalenie trzech zaborów w jednolite państwo z polską władzą, administracją, armią, szkolnictwem i - językiem. Polacy z entuzjazmem i wiarą podejmowali budowanie suwerennej państwowości, a sprawom ujednolicenia języka i oczyszczenia go z pozaborowych obcości poświęcali wiele uwagi i pracy. Służyła temu szkoła, prasa i literatura, a nieco później także radio. Wszyscy chcieli scalać język, czyścić i rugować obcość; chcieli mówić pięknie po polsku. Jak się wydaje, po latach niewoli ideałem miała być nie tylko polszczyzna sprzed zaborów, ale język oczyszczony z wszelkich, nawet dużo wcześniejszych zapożyczeń. Tak więc, według ówczesnych kryteriów, uniwersytet miał być wszechnicą, a kartofel ziemniakiem (choć przyzwalano na kartoflankę i kartoflisko). Obco brzmiącą panikę chciano zastąpić przez swojski popłoch, atak przez natarcie, a szańce przez okopy. Nawet wyrażenia skopiowane przed laty z niemieckiego, rosyjskiego czy francuskiego próbowano zastąpić rodzimymi. Bo dlaczego mówić "dzikie małżeństwo" (z niemieckiego), a nie - bardziej po polsku - małżeństwo na wiarę? Dlaczego mają być "wyroby tabaczne" (rusycyzm), a nie tytoń i cygara? Z jakiego powodu mówić "znajduję to pięknem" (z francuskiego), gdy mamy polskie wyrażenie - uważam to za piękne.
AŻ TAK GRUNTOWNE CZYSZCZENIE JĘZYKA NIE ZAWSZE BYŁO KONIECZNE, ale w początkach niepodległości nastąpił w społeczeństwie tak gwałtowny (choć często dyletancki) zapał poprawnościowy, że nie sposób go było opanować. Dyskusje na temat języka toczyły się wśród nauczycieli, w parlamencie, przy kawiarnianych stolikach poetów, na łamach pism oraz na ulicy. Skarżono się na utratę poczucia czystości i poprawności językowej. Zdarzało się, że wylewano dziecko z kąpielą, tracąc cenne zdobycze języka tylko dlatego, że wydawały się nie dość rodzime. Na domiar złego, w toczonych sporach wielokrotnie odzywały się lokalne animozje. Galicjanie skłonni byli uważać swoją odmianę polszczyzny za lepszą od tej z Kongresówki czy dawnego zaboru pruskiego. Kłócono się więc o wyższość zeszytu nad kajetem, obsadki nad trzonkiem czy rączką (pióra), chciano wyrugować lufcik za pomocą małego okienka. Jedni twierdzili, że koniecznie trzeba mówić jak w dawnej Kongresówce: na dworzu, smutnie, czyściejszy, wiarygodny, kasłał, zapalił, a inni - że w jak Galicji: na dworze, smutno, czystszy, wiarogodny, kaszlał, zaświecił. W Kongresówce panowała komsumpcja i fizjonomia, a w Galicji konsumpcja i fizjognomia; w Kongresówce coś swędziło, a w Galicji śwędziało. Poddawano rewizji obiegowe słownictwo, badano rodzimość wyrażeń. O czystość języka walczono z zapałem czasem godnym lepszej sprawy i często po omacku. Za najważniejsze kryterium poprawności społeczeństwo uznało wierność narodowej tradycji. Spory trwały długo, aż do ogłoszenia w 1936 roku wyroków Komisji Ortograficznej Polskiej Akademii Umiejętności, która nie tylko rozstrzygnęła pewne (nieliczne zresztą) problemy ortograficzne, ale również wyeliminowała ze słownika niektóre lokalne oboczności i obce formy.
W PROCESIE USTALANIA, CO W JĘZYKU DOBRE, A CO ZŁE, niebagatelną rolę odegrali językoznawcy. To oni byli najlepiej przygotowani do wypowiadania się na tematy poprawnościowe. Przez cały wiek XIX polska lingwistyka dynamicznie się rozwijała. Uczeni korzystali ze swobód, jakie znajdowali w zaborze austriackim, gdzie założono Polską Akademię Umiejętności, a wcześniej germanizowane uniwersytety w Krakowie i we Lwowie po roku 1870 odzyskały polski charakter. Uczeni - jak Jan Baudouin de Courtenay oraz jego uczniowie i następcy: Aleksander Bruckner, Kazimierz Nitsch, Henryk Ulaszyn, Jan Rozwadowski, Tadeusz Lehr-Spławiński, Stanisław Szober i wielu, wielu innych - prowadzili badania nad teorią języka, gramatyką porównawczą, opisową i historyczną, dialektologią, rozwojem polskiego języka literackiego, ortografią, a także wypowiadało się na temat kryteriów poprawności językowej. To ci uczeni założyli Towarzystwo Miłośników Języka Polskiego i Towarzystwo Językoznawcze oraz powołali do życia Język Polski i Poradnik Językowy - pisma czuwające nad poprawnością oraz zajmujące się tworzeniem polskiej terminologii i nazewnictwa, a także oczyszczaniem polszczyzny ze zbędnych zapożyczeń i obcych nawyków Polaków, którzy urodzili się i dorastali pod wpływem i presją języka zaborcy. Jednak, mimo ostrzeżeń znawców języka i często wbrew ich radom, by pozostawić regionalne zróżnicowanie polszczyzny i stare, przydatne zapożyczenia, puryści nie godzili się nawet na słowa, które przed wiekami zadomowiły się w polszczyźnie, ale brzmiały nie całkiem swojsko - jak nieszczęsny kartofel, nad którym szczególnie się pastwiono.
Ostatecznie zbawienne okazały się głosy językoznawców-normatywistów, powstrzymujące zakusy językowych purystów. To oni powołali do życia stosowne instytucje, uświadomili społeczeństwu dynamizm językowych przemian i przekonali, że kryteria poprawności (narodowe, historyczne, gramatyczne, estetyczne i autorskie) nie są czymś wiecznym i niezmiennym, a pierwszeństwo ustalonych norm musi podlegać rewizjom i przeszeregowaniom. Uświadomili Polakom na przykład, że po odzyskaniu niepodległości, kiedy już nie grozi im wynarodowienie, kryterium narodowe schodzi na plan dalszy, bo teraz trzeba tworzyć potrzebną na gwałt terminologię administracyjną, modernizować państwo, a nowoczesny język ma temu służyć.
OKAZAŁO SIĘ, ŻE WAŻNIEJSZE OD LOKALNYCH SPORÓW o poszczególne słowa jest uporządkowanie pisowni i stworzenie nowego słownika ortograficznego. W roku 1930 Kazimierz Nitsch pisał w Głosie Nauczycielskim (nr 6): "W obecnej chwili w całej Polsce nikt ortograficznie pisać nie umie... i żaden polonista, o ile jest uczciwy, nie pisze nic bez słownika Łosia w ręce" (chodziło o przestarzałą Pisownię polską Jana Łosia). Nad uporządkowaniem pisowni pracował od początku lat trzydziestych Wydział Filologiczny Akademii Umiejętności, który uznał, że najważniejszym i pierwszym problemem do rozwiązania jest dzielenie wyrazów oraz łączna i rozdzielna pisownia wyrażeń przyimkowych, a także słów z przeczeniem "nie". Komisja Językowa Akademii otrzymała polecenie dokonania koniecznej rewizji i uproszczenia zasad ortografii. Rezultatem było nowe, zmienione wydanie Pisowni polskiej PAU, które ukazało się w Krakowie w roku 1932. Był to zaledwie początek pracy nad reformą, którą Komitet Ortograficzny zakończył dopiero w roku 1936. Rezultatem było uporządkowanie pisowni z literą "j" w wyrazach obcego pochodzenia (aby nie zmiękczać spółgłosek w takich słowach jak Francja czy fizjologia), rozdzielenie pisowni przejrzystych wyrażeń przyimkowych (na czysto, po naszemu, z polska itp.), ustalenie stosowania wielkich liter, pisowni nazw geograficznych i miejscowych oraz likwidacja końcówek -em, -emi (dobrem - dobremi zmieniono na dobrym - dobrymi). Nie wszyscy byli zadowoleni z ogłoszonych decyzji, więc prace nad dalszym doskonaleniem pisowni trwały nadal i na dobrą sprawę trwają do dzisiaj. Jednakże na podstawie rozstrzygnięć z roku 1936 powstał nowy, wydawany wielokrotnie w latach późniejszych, Słownik ortograficzny pod redakcją Stanisława Jodłowskiego i Witolda Taszyckiego, a nawet ostatni Nowy słownik ortograficzny PWN z r. 1999, rezultat pracy zespołu pod kierunkiem Edwarda Polańskiego.
CZY UDAŁO SIĘ URATOWAĆ NIEPODLEGŁOŚĆ POLSZCZYZNY przed dziewięćdziesięciu laty? Bez wątpienia - tak. Jeszcze teraz zdarza nam się podziwiać język ludzi z tamtej epoki, z wolnej Polski okresu między wojnami. Nawet po dziesięcioleciach spędzonych na obczyźnie jakże różni się ich piękna polszczyzna od pokracznej mowy naszych czasów. Pytanie, czy na stulecie niepodległości będziemy mogli pochwalić się naszą niepodległą polszczyzną, nasuwa wątpliwości i obawy. Ale odpowiedź zależy wyłącznie od Polaków i ich stosunku do języka.

