Przegląd Polski
21 listopada 2008

Nowojorska kronika
(sztuka)

CZESŁAW KARKOWSKI

Katarzyna Kozyra ponownie prezentuje swoje dzieło w Nowym Jorku i ponownie w galerii Postmasters (Chelsea, 459 W. 19 Street).

Podobieństw jest więcej. Także i teraz nie tylko nie wiemy, co jej dzieło znaczy, jak je mamy rozumieć, czy w ogóle powinniśmy podkładać pod nie jakieś sensy. Nie wykluczam bowiem, iż ma ono przemawiać do odbiorców samą "dziwnością" sekwencji niezmiernie kolorowych obrazów i osobliwej historii opowiedzianej w krótkim, 20-minutowym wideo.

A jest to historia o kobietach-krasnoludkach granych przez karlice, mieszkających w domku ze wspaniałym ogrodem wokół. Ich beztroskie, rustykalne życie kończy się, gdy nagle zjawia się trójka wyrośniętych gości, wśród nich Sierotka Marysia, grana przez Kozyrę. Goście robią się tak nieznośni, a przy tym jeden z nich okazuje się transwestytą, że mieszkanki domku krępują męskich intruzów (drugi jest śpiewakiem operowym) i szatkują ich siekierami. Skrępowana Sierotka Marysia, przywiązana do krzesła, ogląda ze zgrozą tę scenę. Na koniec - nie wiadomo, jak uwolniona - rzuca z balkonu zły urok na "krasnoludki" i zamienia je w wielkie muchomory.

Nie czuję się na siłach, zresztą podobnie było przy poprzednich pracach polskiej artystki, nie tyle nawet do oceny, co choćby opisu tego tworu; każdy opis bowiem wymaga doboru słów, które niosą ze sobą ładunek interpretacyjny. Tymczasem pod wpływem presji dotychczasowych krytyk nie mogę wykluczyć, iż mamy do czynienia z ważkim artystycznie dziełem, choć z mojego punktu widzenia jest ono nic nie warte. Zamiast robić nieudane wideo (a wideo-art ma już swą krótką, ale świetną tradycję), może lepiej zrealizować dobry film krótkometrażowy, ale Summertale na pewno także nim nie jest. Sprawia wrażenie egotycznego popisu złego aktorstwa pozowanego na złe aktorstwo.

Jak ten film odbieram (wraz z towarzyszącymi mu fotosami)? Jako niesmaczną, nieskładną historyjkę, która na krytyka zrzuca obowiązek dopisania mu sensów. Sama artystka nie martwi się ani o spójny komunikat twórczy, ani o porywającą artystyczną wizję i wymaga interpretacji od odbiorcy. Ja sensu nie znajduję; podobnie jak krytyk New York Timesa, który odmówił interpretacji.

Projekcje już się zakończyły, nie musimy zatem głowić się nad kolejnym dokonaniem Katarzyny Kozyry.

 

W Jewish Museum (1109 5 Avenue/ 92 Street) czynna jest wystawa "Theaters of Memory: Art and the Holocaust".

Do 1 lutego przyszłego roku można oglądać wiele dzieł wybitnych artystów z całego świata, nawiązujących do tematyki zagłady Żydów w drugiej wojnie światowej.

Wśród nich jest The Desk (Ławka) Tadeusza Kantora, jeden z rekwizytów z jego głośnego przedstawienia z 1975 r. Umarła klasa, bardzo luźno nawiązującego do opowiadań Brunona Schulza. W projekcie Kantora aktorzy nosili na plecach sporej wielkości lalki symbolizujące zapomniane czasy młodości, dziecko w nas, dorosłych, które ciągle istnieje w każdym człowieku i którego wrażliwość, zdaniem Schulza, powinniśmy pielęgnować.

Kantor w swym "teatrze śmierci" przekształcił przesłanie pisarza w egzystencjalną rozpacz w obliczu wojen, konfliktów politycznych i bezsensownego unicestwienia. Z holokaustem dzieło Kantora ma związek bardzo wątpliwy, chyba że powiążemy los samego Schulza, ofiary hitlerowskich prześladowań Żydów w czasie drugiej wojny światowej z Ławką, której nadamy konkretny historyczny sens. Jest to mocne uproszczenie i daleko idąca dowolność interpretacyjna, niemniej cieszy obecność artefaktu Kantora pośród innych poruszających dzieł ekspozycji w Jewish Museum.

Na tej bardzo interesującej wystawie możemy obejrzeć prace innych znakomitych artystów, m.in. ogromną kompozycję Holocaust dla San Francisco Amerykanina George'a Segala, instalację Francuza Christiana Boltanskiego i obraz Niemca Anselma Kiefera Heavenly Palaces.

 

Jestem jednym z nielicznych krytyków sztuki, który konsekwentnie poleca zwiedzanie wystaw organizowanych przez Bruce Museum w Greenwich, CT.

To wprawdzie placówka znajdująca się w innym stanie, ale niedaleko od Nowego Jorku i dojazd (samochodem czy kolejką) jest łatwy, a ta niewielka placówka artystyczna od lat już urządza wystawy na miarę najlepszych muzeów nowojorskich.

Do początków stycznia czynna jest wystawa "Paris Portraits: Artists, Friends and Lovers". Zgromadzono na niej wiele pięknych, interesujących, mało znanych obrazów i rzeźb twórców z początków minionego stulecia. W większości znanych i cenionych artystów, ale uprawiających głównie sztukę dość tradycyjną. Za najbardziej nowoczesne dzieła można uznać umiarkowany kubistyczny portret Francuza Alberta Gleizesa Man on a Balkony z 1912 r. czy także kubistyczny Jeana Metzingera Portrait of Madame Metzinger (1911 r.).

Zasadą porządkującą tę niewielką ekspozycję jest portret albo autoportret, jak w przypadku grafiki Henri Matisse'a - technicznie niezmiernie trudnego rysunku wykonanego jakby jedną czystą kreską - czy świetna własna podobizna z profilu na czerwonym tle Węgierki Margit Pogany. Który bym wyróżnił? Chyba portret przedstawionej w czarnej sukni na ciemnym zielono-granatowym tle Marii Lani, dzieło Chaima Soutine'a, albo podobiznę Metzingera wykonaną przez Roberta Delauny.

Z tych powtarzających się nazwisk wynika druga zasada porządkująca ekspozycję. Zgromadzono na niej portrety ludzi z paryskiego środowiska artystycznego wykonane przez nich wzajemnie. I tak mamy autoportret malarki Margit Pogany, ale też znakomitą rzeźbę w polerowanym brązie Mademoiselle Pogany II Rumuna Constantina Brancusiego, jednego z największych rzeźbiarzy XX w. Popularna piosenkarka rewiowa (i filmowa) o pseudonimie Damia stała się obiektem nieco satyrycznej grafiki Paula Colina i pięknego obrazu olejnego pędzla Christiana Bérarda. Najchętniej jednak portretowano wspomnianą Marię Lani, rzekomo wziętą aktorkę Hollywoodu, w rzeczywistości oszustkę, która wyłudziła dzieła sztuki od wziętych paryskich artystów, by je potem sprzedać ze sporym zyskiem w Kalifornii; w Bruce Museum jest m.in. także przedstawiająca ją interesująca rzeźba wykonana przez Hiszpana Pablo Gargalio.

W lekko satyryczny, szyderczy, ale zarazem ciepły sposób sportretował tę paryską socjetę Max Beckmann, który należy do moich ulubionych malarzy. Ale niezależnie od tego Paris Society z 1931 r. namalowany przez niemieckiego artystę należy do bodaj najlepszych obrazów na tej wystawie.

I trzecia zasada, podług której dobierano dzieła - międzynarodowy charakter artystycznego środowiska w Paryżu. Oprócz wspomnianych narodowości mamy jeszcze Japończyka Foujitę (w doskonałym ironicznym autoportrecie z kotem), Szwajcara Hermanna Hellera, Włocha Amadeo Modiglianiego czy Meksykanina Mariusa de Zayasa.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail