Przegląd Polski
28 listopada 2008
- Wieści o powstaniu listopadowym - Krzysztof Głuchowski
- Rytmy Nowego Jorku. Godnie zdarte podeszwy - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
RYTMY NOWEGO JORKU
Godnie zdarte podeszwy

Co za bogaty w wydarzenia miesiąc! Otwiera go wysiłek i ambicja 39 tysięcy maratończyków przebiegających przez pięć dzielnic miasta.
Maraton w Nowym Jorku przyciąga ludzi ze wszystkich stron świata. Lista najszybszych podkreśla międzynarodowość zlotu w pierwszą niedzielę listopada. Wśród mężczyzn: Marilson Gomes z Brazylii, Abderrahim Goumri z Maroka, Daniel Rono z Kenii, wśród kobiet: Paula Radcliffe z Wielkiej Brytanii, Ludmiła Pietrowa z Rosji i wreszcie młodziutka Kara Goucher z Portland w Oregonie, pierwsza Amerykanka od 1994 r. w gronie najlepszych.
Nowojorski maraton ma sławę trudnego - bo to wzgórza i wiatry. Lecz także wyjątkowo sympatycznego - bo ludzie gromadzący się wzdłuż ulic podtrzymują zmęczonych na duchu. Szczególnie ważne jest to pod koniec wyścigu, kiedy biegacze zmagają się z własną słabością na ostatnich okrążeniach w Central Parku. A tam tłumy. Kolorowe plakaty. Serdeczne nawoływania. Przyjaciele i obcy, dzieciaki i starszyzna, ciepełko podziwu.
Zaprzyjaźniona dziewczyna, która już po raz drugi dobiegła tryumfalnie do mety, zaraz po odpoczynku zabrała się do dalszego treningu. Musi jeszcze przed końcem roku wziąć udział w co najmniej dwóch długodystansowych biegach, by zakwalifikować się do maratonu w przyszłym roku - dodatkowo ważnego, bo będzie rocznicowy - 40. z kolei. Zdarła następną parę sportowych butów i bardzo sobie ten trud i wyzwanie chwali.
I INNY MARATON ZAKOŃCZYŁ SIĘ WSPANIALE. Długi dystans przebył Obama w ostatnich dwóch latach. Celebrując zwycięstwo łatwo zapomnieć, jak skromnie się to wszystko zaczęło. Z jakim niedowierzaniem przez długi czas przyglądaliśmy się jego poczynaniom. I z jakim spokojem, uporem i przekonaniem postępował sam kandydat. Jego zdarte zelówki są dla mnie symbolem drogi, jaką ma za sobą. Kilometry wychodzone wytrwale.
Nie wiem, czy Barack Obama poradzi sobie z trudną sytuacją, w jakiej pozostawia Stany Zjednoczone George W. Bush. Nie mam złudzeń, że będzie musiał podejmować ryzykowne decyzje i godzić się na różne kompromisy. Wiem jednak, że w czasie długiej i trudnej kampanii zachował się z godnością. Wymagał od nas, żebyśmy słuchali argumentów, nie tylko gładkich sloganów. Potrafił przekonać coraz szersze grono ludzi swoim spokojem i mądrym słowem, nie manipulacją strachem.
Moi studenci bardzo przeżywali wybory. Byli dumni, że głosowali. Mieli poczucie, że tym razem ma to rzeczywiste znaczenie. To już jest ważne dziedzictwo, które kampania wyborcza Obamy pozostawia za sobą. Cenna lekcja wychowania obywatelskiego: twój głos się liczy. Działanie ma sens. I od ciebie zależy kształt przyszłości tego kraju.
Obyśmy potrafili dobrze wykorzystać ten potencjał zaangażowania społecznego. Będziemy się dalej wspólnie martwić, układać, a także pewnie kłócić. Na razie jednak pozwalam sobie być przede wszystkim otwartą. Z ciekawością obserwuję dobór współpracowników i doradców. Z ciekawością czekam na uroczystości inauguracyjne. Z ulgą myślę sobie też, że nie muszę traktować na serio tyrad wdzięczącej się Sarah Palin.
A TU ZA OKNEM OSTRE PODMUCHY MROZU. Wiatry w ciągu jednej nocy porwały wszystkie liście z wiązów. Pozostawiły przy krawężnikach długie języki lodu. Zmroziło mi pelargonie. Zniszczyło wielkie "uszy słonia" na podwórkowym zagonie. Trzeba wszystko wycinać, wyrzucać, bo smętnie te poszargane, zmrożone rośliny wyglądają.
Cóż lepszego na przedwczesne chłody niż ciepło muzyki i tańca. A więc, ciekawa opera Douglasa J. Cuomo Arjuna's Dilemma. Kompozytor łączy tutaj jazz z hipnotycznymi falami hinduskiego śpiewu, rytmy wybijane na bębnach tabla z bogatym dźwiękiem 12-osobowej orkiestry pod batutą Alana Johnsona, gdzie ważną rolę mają wiolonczele i saksofon. Partie śpiewane przez Humayuna Khana punktuje kobiecy zespół a capella, odgrywający rolę obserwatora, jak Chór w greckiej sztuce.
Natchnął Cuomo filozoficzny tekst Bhagavad Gita, hinduski poemat sprzed przeszło 2000 lat. Toczy się wojna domowa. Wojownik Arjuna waha się. Nie chce walczyć z krewnymi i przyjaciółmi. Bóg Kriszna, który towarzyszy mu w przebraniu woźnicy rydwanu, powoli odkrywa przed nim trudne nauki. Ponagla do dalszej walki: należy wykonywać swoje obowiązki. Czyn, a nie brak czynu, nadaje sens życiu.
Jeśli działasz w słusznej sprawie, poucza Kriszna, wygrywasz niezależnie od wyniku. Zwycięstwo bowiem przyniesie ci chlubę i lepsze życie. Jeśli zginiesz zaś, i tak jesteś wygrany, bo spełniłeś to, co należało... A ponadto, należy patrzeć na rzeczywistość z dystansem: co się stanie, gdy opuścisz pole walki? Bitwa i tak będzie się dalej toczyć, tylko twoja strona będzie słabsza, bo bez ciebie. (BAM Harvey Theatre, 8 listopada).
W podobnym kierunku fuzji tradycji Wschodu i Zachodu dążą poszukiwania wiolonczelistki Mai Beiser. Zebrała ona ciekawą grupę muzyków: Bassam Saba (oud - rodzaj mandoliny), Jamey Haddad i Shane Shanahan (perkusja), Raz Mesina i Shahrokh Yadegari (manipulacja elektroniczna na żywo), z korzeniami w kulturze arabskiej, perskiej, kurdyjskiej, izraelskiej i armeńskiej, a także w muzyce klasycznej. Ich wspólny program Provenance był z pogranicza współczesnej jam-session a sesji przywoływania duchów z dawnych czasów - ze średniowiecznej Hiszpani, gdzie splatały się tradycje muzułmanów, żydów i chrześcijan. (Zankel Hall, 30 października).
MNIEJ FORTUNNIE WYPADŁO przedstawienie taneczne Les écailles de la mémoire przygotowane wspólnie przez męski zespół z Senegalu Compagnie Jan-Bi oraz Urban Bush Women z Brooklynu. Wiele poszczególnych elementów było ciekawych: mocne nawoływania bębnów, subtelnie cieniowane kompozycje Fabrice'a Bouillon-Laforesta czy muzyka Fréderica Bobina. Tancerze, szczególnie artyści senegalscy, też chwilami imponowali. Fascynujący był taniec z czerwonymi chusteczkami na początku programu: groźny i wyzwalający, dziki i bardzo zdyscyplinowany. Szybki nurt jakby porywał tancerzy do góry, tak że wydawało się, iż posiedli tajemnicę magicznego unoszenia się nad ziemią.
Niestety, całość nie dorastała do ambitnie brzmiących deklaracji w programie. Zamiarem choreografów Germaine Acogny i Jawole Willa Jo Zollara było przedstawienie diaspory afrykańskiej, losy poszczególnych ludzi i wspólny kolektywny dramat, "podobieństwa i różnice wyznaczane przez płeć, historię i geografię". Niektóre wątki narracyjne były mało czytelne, inne z kolei powtarzały stare prawdy w stereotypowy sposób.
Najbardziej zaskakująca była konfrontacja między kobietą i mężczyzną nie w odległej historii, a we współczesności. Role tu wyznaczone wręcz ocierają się o karykaturę. Szybkie tempo i pasja, z jaką artyści oddają się zadaniu, nie zmienia wymowy tańca, który zbudowany jest z powtarzania dobrze znanych gestów wzajemnego kuszenia i wzajemnych odganiań, potrząsania biodrami, zadzierania spódnic, niby żartobliwych poklepywań po tyłeczku itp. Szkoda. (BAM Howard Gilman Opera House, 22 listopada).
TRUDNE DO ODCZYTANIA było także przedstawienie przygotowane przez Bebe Miller, amerykańską choreografkę znaną z subtelnych i precyzyjnych układów. To znaczy trudne do zrozumienia i przetłumaczenia na logikę słowa. Poddałam się więc uwodzicielskiej pokusie tytułu Niezbędne piękno i pozwoliłam sobie po prostu patrzeć i słuchać.
Wyłonione z ciemności ciepłym światłem reflektora ciało w zwykłym ubraniu okręca się wokół swojej osi. Powtarza obrót. Tancerka zatrzymuje się w pół obrotu, patrzy prosto na nas, prawie przekraczając czwartą ścianę. Wzrusza ramionami, odchodzi na bok jakby obojętnie. Zgubiła wątek? Nieważne. Co starała się wyrazić? Ale już następna podejmuje przerwaną frazę, przejmuje niczym własną, i dalej prowadzi.
Gra powtarza się w różnych kombinacjach - jako zaduma w samotności lub popis obserwowany przez innych, w duecie, w trio... Rzecz jednak pozostaje intymna i osobista - jak coś cennego przekazywane z ręki do ręki. Jak echo wspomnień. Albo jak fragment rozmowy.
Na ekranach w głębi sceny pojawiają się obrazy zmieniające się płynnie: szare fale morza, górski pejzaż, fragment mapy, pięknie zdobny talerz. Głos powtarza oderwane słowa czy frazy: "Powiedz mi...". Łapiemy wątek i gubimy go znowu. Jak w życiu - zmiennym, wymykającym się logice. Przeżywanym. Zapamiętanym. Ulotnym. Z błyskami piękna.
I oto poemat na sześć kobiet w ruchu, płynne światło i tajemniczą muzykę Alberta Mathiasa. (Necessary Beauty, Dance Theatre Workshop, 14 listopada).
