Przegląd Polski
12 grudnia 2008
- Recital Piotra Anderszewskiego - Roman Markowicz
- Z ulicy Gęsiej na Manhattan - Izabela Joanna Bożek
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Recital Piotra Anderszewskiego

W słynnym musicalu The Sound of Music w jednej z pierwszych piosenek sfrustrowane zakonnice zastanawiają się, co zrobić z nowicjuszką Marią, która nie zamierza poddać się wymogom klasztornego żywota.
Tytuł tej piosenki How do we solve the problem like Maria nieodmiennie przychodzi mi na myśl podczas występów dwóch nieprawdopodobnie utalentowanych pianistów: Lang Langa i Piotra Anderszewskiego. W obu przypadkach mamy do czynienia z nieprawdopodobną pianistyką i budzącymi frustrację interpretacjami. Nie podlega dyskusji, że polsko-węgierski pianista zazwyczaj zachowuje się przy fortepianie w mniej kontrowersyjny sposób niż Lang Lang. Niemniej jego koncepcje, przynajmniej dla mnie, pozostają kontrowersyjne.
W programie recitalu, który odbył się 4 grudnia w dość szczelnie wypełnionej Carnegie Hall, Anderszewski powrócił do znanych mu niemal od dzieciństwa kompozycji Bacha, Schumanna, Janaczka i Beethovena. Najprawdopodobniej dobór repertuaru wynikał z tego, że koncert był nagrywany. Niewykluczone, że ten fakt spowodował rzadko spotykane, choć tym razem wyraźnie odczuwalne zdenerwowanie pianisty. Zapewne będzie ono nieuchwytne na płycie, która jak zwykle w takich przypadkach pochodzi z samego koncertu, jak i pokoncertowych poprawek.
Recital rozpoczęła Partita c-moll J.S. Bacha, dla którego Anderszewski ma szczególną estymę. W niektórych kręgach jego Bach ceniony jest bardziej niż wykonania mojego faworyta Andrasa Schiffa. Recenzenci są niestety skazani na porównywanie artystów i wykonań: tym razem Anderszewski był w trudnej sytuacji, bowiem na tej samej estradzie dość niedawno słyszeliśmy tę samą kompozycję zagraną właśnie przez Schiffa. O ile obaj pianiści oferują dość dyskretną, gustowną ornamentację i czysto fortepianowe podejście do kompozycji nienapisanych na ten instrument, o tyle w grze Anderszewskiego mniej przekonuje mnie nie zawsze zrozumiałe poczucie pulsu. Wolałbym również odrobinę mniej pedału i czasami większą rolę lewej ręki, co w wersjach Schiffa nadaje tej muzyce niepowtarzalny taneczny charakter. W sumie jednak był to na swój sposób pięknie zagrany Bach, ze szczególną dbałością o śpiewny dźwięk.
Następną kompozycją był tzw. Karnawał wiedeński op. 26 Schumanna, interesująca pseudosonata, w której typowe dla tej formy rondo pojawia się na początku, a sonatowe allegro dopiero w ostatniej części. Tutaj interpretacyjny sukces Anderszewskiego wydawał się w najlepszym przypadku połowiczny. Częściowo kompozycja padła ofiarą agogicznej swobody: na przykład w spontanicznej, radosnej pierwszej części pewne epizody stały się nieproporcjonalnie rozciągnięte, zaś druga część Romanze stała się wręcz letargiczna. Efektowne Finale było z jednej strony - ekscytujące, z drugiej - trochę bez oddechu pomiędzy frazami. Zawiodło mnie Intermezzo, ukazujące kompozytora jako pełnego natchnienia i żarliwości młodzieńca; pod nie zawsze pewnymi palcami pianisty stało się ono nieco mętne: szybująca ponad burzliwymi figuracjami melodia traciła wyrazistość, a zakończenia fraz bywały wręcz niesłyszalne.
Jak się można było spodziewać, w utworach pasujących do trochę kapryśnej osobowości tego muzyka, Anderszewski okazał się mistrzem kolorystyki. Tak było w czteroczęściowej, nieco nostalgicznej i inspirowanej impresjonizmem kompozycji Leosza Janaczka We mgle. Pianista, jak dziś mało kto, potrafił zaimponować nadzwyczajnymi barwami, odcieniami, subtelnością brzmienia. Te cechy podkreślałem już zresztą, słuchając tej samej kompozycji w jego wykonaniu kilka lat temu podczas prywatnego recitalu w Fundacji Kościuszkowskiej.
Oficjalny program zakończyła Sonata As-dur op. 110 Beethovena. Ze względu na rapsodyczną formę, romantyczny nastrój Arietty i kontrapunktową ostatnią część i ta kompozycja potrafiła poddać się temperamentowi interpretatora. Trochę romantyczne potraktowanie struktury, w której - jak trafnie zauważył krytyk Paul Griffith - obcujemy z dialogiem Kościoła i opery, jest więcej niż wybaczalne. I o ile taki mistrz jak Rudolf Serkin formował swoją strukturę z granitu, Anderszewski rzeźbi w alabastrze. Może sam kompozytor byłby rad z takiego spojrzenia na swoją kompozycję.
Trzy bisy potwierdziły zasadniczo uprzednio zauważone cechy pianistyki Anderszewskiego: ludowe melodie węgierskie Bartóka ukazały utożsamienie się artysty z tym idiomem. Ponadto usłyszeliśmy szeroko zarysowane, o trochę niespokojnym charakterze Preludium ze Suity angielskiej d-moll Bacha, natomiast kończąca program środkowa część Adagio z Sonaty c-moll K. 457 Mozarta znowu miała charakter wysublimowanej medytacji: mnie wystarczyłaby większa doza, trudnej do znalezienia u tego pianisty, prostoty.
