Przegląd Polski
12 grudnia 2008

Żabką przez Atlantyk

Aria z hydrantem

Marek Kusiba

Żyjemy w czasach politycznej satyry, jaka rozgrywa się w krainie aż nazbyt teatralnej. Warszawskie swary polityczne nasuwają mi skojarzenia z ponurą tragifarsą stanu wojennego. Tym bardziej że i aktorzy ciągle ci sami.

13 grudnia roku pamiętnego o 6 rano w niedzielę przemówiła do nas z telewizorów żałosna imitacja Konrada Wallenroda w mundurze generała. W pierwszej chwili pomyślałem, że to transmisja porannej mszy świętej, ale mundurki mi się nie zgadzały. Potem pojawił się na ekranie umundurowany Wiesław Górnicki, ten sam, ale inny, z którym kilka miesięcy wcześniej robiłem wywiad (bynajmniej nie wojskowy) na temat Ameryki, siedząc w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy Foksal - na schodach, bo w zatłoczonej stołówce było za głośno na rozmowę. Dziennikarze rozgrywali partyjki szachów i rozgrywali partię - rzecz można rozrywali ją na strzępy, strzępiąc języki. Nastroje były bardzo już rewolucyjne, ale gesty jedynie teatralne. Podobnie jak gest Górnickiego, który popełnił samobója - jak piszą współcześnie - wdziewając mundur i wdzierając się poprzez okienka telewizorów do mieszkań swoich czytelników w roli poprzednika Urbana, czyli rzecznika prasowego wrony (trawestując - Wojskowej Rady Oszustwa Narodowego).

Do mojego mieszkania chciał się tej pamiętnej nocy dostać niejaki "kapitan esbe" - jak się przedstawił Jurkowi Leszczyńskiemu, aktorowi teatru Studio Wizji i Ruchu, który u nas nocował z małżonką (swoją), bo ja z moją bawiłem w gościnie u przyjaciół w białowieskim Zwierzyńcu, gdzie był przyszedł na świat Igor Newerly, autor m.in. Zostało z uczty bogów - wielobarwnego portretu pierwszych lat Rosji sowieckiej.

Dotarłem tam ze strajku w Siedlcach, odpocząć po tygodniu spania na dziełach Lenina, rozłożonych na podłodze w bardzo teatralnej roli materaca. Solidarność okupowała budynek związku młodzieży nie bardzo socjalistycznej. Po powrocie do Białegostoku zastaliśmy pod wycieraczką, razem z kluczami, karteczkę od Jurka Leszczyńskiego: "Nie nocujcie w domu". Poszliśmy więc do Elżbiety i Tomka Piotrowskich. Tomka zabrali z domu na sposób teatralny: esbek zagrał rolę zatroskanego stróża porządku, który ma w suce pijanego dziennikarza i prosi Piotrowskiego o potwierdzenie tożsamości kolegi. Tomek narzucił kożuch na piżamę. Zdążył tylko krzyknąć z dołu do Elżbiety, stojącej na balkonie, niczym Romeo do Julii - "biorą mnie, zawiadom kolegów" (Romeo śpiewał: "bierze mnie... gorączka miłości", czy coś w podobie, jak mówili w Białymstoku).

Zanocowaliśmy u zapłakanej Elżbiety, ale następnego dnia wróciliśmy do swojego mieszkania. O ósmej rano obudził nas dzwonek do drzwi. "Jak milicja, to otwieram" - zażartowałem, myśląc o Zbyszku K., mającym się stawić po narty. W drzwiach stał "kapitan esbe" w sztucznym futerku misiem na wierzch, a ponieważ dysponował preferowanym dzisiaj w polskiej polityce wzrostem, wyglądał jak postać z bajki braci Grimm. I taka grim, czyli ponura, była to rzeczywistość.

Tyle już lat minęło, ale nadal trwa spektakl ze stanem wojennym w tle. Generał próbuje bronić roli Konrada Wallenroda, ale nikt mu nie wierzy. Górnicki nie żyje, rozjechany przez własne serce. Eksplodowało w nim niczym hydrant, rozjechany gąsienicą czołgu przed komitetem partii. Nawet niemy hydrant zagrał swoją rólkę w tym spektaklu, zamieniając cały plac w ślizgawkę, na której natychmiast, jak gdyby nigdy nic, pojawiły się dzieci - zupełnie jak na spektaklu w żoliborskim Teatrze Komedia, pierwszego dnia stanu wojennego. Teatrem kierowała wtedy Olga Lipińska i postanowiła grać, mimo wszystko, dla przybyłej tłumnie dzieciarni Krasnoludki, krasnoludki... Tadeusza Kijonki z muzyką Katarzyny Gaertner. Dzieci śpiewały razem z aktorami: "Ojejku, jejku, jejku, cóż to za armata, trzy razy wystrzeli z pękniętego bata...", a milicjanci bali się wejść na scenę, by przerwać zakazane przedstawienie. No bo i jak mieli wytłumaczyć dzieciom, że dorośli postanowili bawić się w wojnę?

"Smutek taki mnie chwycił, że zda się, aż skomli" - pisał Jan Lechoń w wierszu Aria z kurantem, zainspirowanym Arią z kurantem ze Strasznego dworu Stanis#l$awa Moniuszki. No i znowu mamy skojarzenia: bracia Zbigniew i Stefan wracają do domu po skończonej służbie wojskowej; Cześnikowa, niczym dzisiaj Niesiołowski, mówi o nich, że to tchórze...

Premiera opery, napisanej po upadku powstania styczniowego, przerodziła się w wielką manifestację patriotyczną. Podobnie było z krakowską premierą spektaklu Teatru Ósmego Dnia Więcej niż jedno życie. A.S. była na tym przedstawieniu w sobotę 12 grudnia 1981 r. Opowiedziała mi, że zapamiętała sceny egzekucji dekabrystów, nawiedzenia przez ducha Stalina oraz proroczą scenę polskiej Wigilii, brutalnie przerwanej wizytą esbeków.

A.S. ma też więcej niż jedno życie: wyemigrowała z krainy aż nazbyt teatralnej, gdzie ci sami aktorzy grają wciąż podobną, mało zabawną sztukę...

PS. Przed tygodniem napisałem, że Mikołaj Kopernik "wstrzymał", zamiast "ruszył" Ziemię. Przepraszam za pomyłkę - i dziękuję Pani Bożenie Chęcińskiej za uważną lekturę...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail