Przegląd Polski
26 grudnia 2008

Pełnych ciepła i radości
świąt Bożego Narodzenia
P.T. Czytelnikom i Współpracownikom

życzy redakcja "Przeglądu Polskiego"

POD INNYM KĄTEM

Potęga drobiazgu

JAN ZIELIŃSKI

Zbigniew Herbert

Fragmenty niedokończonych książek, rozproszone wiersze, wywiady i odpowiedzi na ankiety - te ułamki, odpady aktywnego życia literackiego w przypadku wielkich poetów mają inną wagę, tak jakby w nich właśnie, w syntetycznym skrócie, najlepiej odbijała się całość życia i dzieła. Tak się przynajmniej dzieje w dwóch wydanych przez Zeszyty Literackie nowych książkach Zbigniewa Herberta: Mistrz z Delft i Herbert nieznany. Rozmowy.

W Diariuszu greckim, opartym na zapiskach, czynionych w roku 1964 podczas pierwszej podróży do ojczyzny Peryklesa, Herbert zanotował pomysł, jaki przyszedł mu do głowy po wypiciu ćwiartki wina w małym ateńskim "kafejonie" koło placu Omonia: "opisać ulicę Veranzerou, która nie odznacza się niczym szczególnym, ot, zwykła sobie jedna z ateńskich ulic, ważna jednak właśnie z powodu swojej pospolitości. Jeśli będę wiedział o niej wszystko, będę wiedział coś niecoś o Atenach. Zacząłem od rogu, cierpliwie notując okna, wygląd fasad, szyldy, sklepy i to, co na wystawach, zapachy, kamienica po kamienicy, brama po bramie. Zatrzymałem się przy dziesiątym obiekcie z pustą głową, suchym gardłem, z garścią słów bez związku, z nicią Ariadny, która prowadzi donikąd".

Ambitny zamysł, nie do zrealizowania. Opisać świat systematycznie, wychodząc od siebie, od najbliższego otoczenia. Pomysł wyczerpujący, wyjaławiający, tak jakby opisywane po kolei przedmioty i miejsca wysysały pisarzowi duszę, odbierały energię.

W tym samym Diariuszu greckim, nieco wcześniej, pojawia się opis własnego warsztatu twórczego podczas tej podróży studyjnej: "Pracuję jak dobry rzemieślnik ze szkoły naturalistów. Zaczerniam papier notatkami, robię dziesiątki rysunków, zapisuję ceny, nazwy restauracji i nazwy potraw. Zbieram bilety wstępu, bilety trolejbusowe i prospekty. Jak tak dalej pójdzie, będę grzebał w śmietniku". Mechanizm podobny: gromadzenie drobiazgów, szczegółów ma przez akumulację doprowadzić do ogarnięcia całości.

W tomie Mistrz z Delft znalazł się osobliwy wiersz, późny, z roku 1997, a zatytułowany znamiennie: Brewiarz. Drobiazgi. Pojawia się w nim magiczna formuła ("ustanowiłeś aby rzeczy drobne jak naczynia kapilarne łączyły się z rzeczami ważnymi"), ujmująca w poetyckim skrócie tę właśnie cechę pisarstwa Herberta, na którą próbuję w tym szkicu zwrócić uwagę. Kapilarne połączenie rzeczy drobnych z ważnymi. Kapitalne!

W zakończeniu tego wiersza podmiot dziękuje Panu, że stworzył jego świat "z nici tasiemek guzików towarów krótkich" (kto jeszcze pamięta, co to były Kurzwaren?) i pozwolił mu w tych drobiazgach ujrzeć swoje Oblicze. W innym miejscu, w rozmowie z Anną Poppek i Andrzejem Gelbergiem, Herbert porównał życie do robienia na drutach ("nową nitkę trzeba wiązać z pozostałą ze starego kłębka") i do swetra: "Gdy człowiek schodzi do grobu, powinien mieć swój sweterek skończony".

Wątek drobiazgów pojawia się też w drugim tomie, w Rozmowach. W wywiadzie radiowym dla Andrzeja Babuchowskiego z roku 1972 Herbert mówił o drobiazgach, które są konieczne. "Ktoś bardzo słusznie powiedział, że piekło jest wybrukowane nie tylko dobrymi chęciami (to jest znane), ale jest także pełne drobiazgów. To znaczy, wiemy bardzo dobrze o naszym życiu, że jak chcemy napisać coś lepszego, od siebie, ile nagle wyrasta spod ziemi drobiazgów: wstępy do antologii, kolega prosi, żeby coś przeczytać i porozmawiać itd., itd.". Na szczęście był człowiekiem obowiązkowym i z piekłem drobiazgów radził sobie wypełniając te drobne powinności, pisał okazjonalne teksty, udzielał wywiadów, odpowiadał na ankiety. Dzięki temu mamy teraz te dwie nowe książki Herberta.

Pomysł opisania Aten przez opis jednej z ateńskich ulic zatytułował Herbert formułką "Pasja szczegółu". Trafnie oddaje ona pełen tłumionej namiętności stosunek poety do detalu. Jest w tym jakiś paradoks: skoro szczegół potrafi budzić namiętność, można by spekulować, jakie emocje budzić będą większe struktury. Szaleństwo pałacu? Odlot wieży? Obłęd miasta? Herbert był wyczulony na związek między większymi formami architektonicznymi a żywiołem (nie przypadkiem opublikowaną również przez Zeszyty Literackie, pośmiertnie, w ramach eseistycznej trylogii, książkę o Grecji zatytułował Labirynt nad morzem). Ale nawet gdy tom esejów, jak Barbarzyńca w ogrodzie, przeniknięty jest jedną nadrzędną ideą, wyraża się ona za pośrednictwem dziesiątków charakterystycznych szczegółów, dobranych ze smakiem i opisanych z pazurem, właśnie z pasją.

Siła Delft

Na okładce tomu Mistrz z Delft umieszczono świetnej jakości reprodukcję centralnego fragmentu znanego obrazu Vermeera Widok Delft. Jak się zdaje, obraz ten przemawia szczególnie do polskich poetów. W latach, kiedy Herbert najintensywniej zajmował się Vermeerem (Barbara Toruńczyk wskazuje lata 1976-86), Adam Czerniawski był już autorem poematu Widok Delft, zamieszczonego w tomie pod tym samym tytułem (1973), a Adam Zagajewski pisał wiersz Widok Delft (tom Jechać do Lwowa, 1983). Później, w latach 90., Jarosław Klejnocki wyda tomik Droga do Delft (1998, pierwodruk tytułowego wiersza: 1995), a Wisława Szymborska w wierszu Pochwała snów (1996) wyzna zaraz na samym początku: "We śnie maluję jak Vermeer van Delft" i choć nie ujawni bliższych konkretów, przez podanie nazwy rodzinnego miasta malarza stworzy sugestię, że przedmiotem jej sennych marzeń jest właśnie Widok Delft.

Esej Herberta znalazł się w miejscu niepozornym, zaraz za sylwetkami "małych mistrzów", takich jak Avercamp, Saenredan, Duyster. Łatwo można wziąć ten szkic za kolejny wizerunek kalekich mistrzów. Herbert bowiem dyskretnie, ale wyraźnie doszukuje się związku między brakiem sukcesu a jakąś ułomnością. Jak wskazuje przydomek "de stomme van Kampen", pierwszy z małych mistrzów był niemową, drugi zaś garbusem, co mogło mieć wpływ na wybór zawodu ("garbatym zalecano kaligrafię i rysunek ze względu na związaną podobno z tym kalectwem anielską cierpliwość i piekielny upór"). Trzeci nazwany jest artystą "anemicznym". A więc garbus, niemowa i anemik. Jak w tej konstelacji prezentuje się Vermeer?

Jako enigma. Z około czterdziestu znanych jego obrazów tylko dwa noszą datę namalowaną ręką samego mistrza. Herberta zdumiewa też, że nie zachował się żaden rysunek, szkic czy niedokończony obraz Vermeera. "Te ´odpadyª - pisze - stanowiłyby bezcenne materiały metody mistrza". Jak to dobrze, chciałoby się dodać, że sam nie poszedł w ślady niderlandzkiego artysty, że pozostawił obszerne archiwum (dziś już z grubsza zinwentaryzowane). Dalej zastanawia się Herbert, czemu nie pozostał ani jeden list Vermeera (sam w Martwej naturze z wędzidłem, w apokryficznej części książki, dokomponował, dośpiewał taki list). I stawia hipotezę, że malarz świadomie zacierał ślady swego żywota. "Był malarzem ciszy i światła. Światło zostało w jego obrazach. Reszta jest milczeniem".

Kolejna część eseju poświęcona jest dziejom recepcji Vermeera. Otwiera ją doradca króla francuskiego, który w roku 1663 odwiedził pracownię Vermeera, ale nie zastał w niej ani jednego obrazu. Kronikarz malarstwa niderlandzkiego Houbraken w swym trzytomowym dziele (1719) wcale nie wymienia nazwiska Vermeera. Prawdziwym odkrywcą jest francuski dziennikarz Thoré (1866). Herbert przytacza też ładny fragment listu van Gogha do brata ("Namalował on pełną godności i piękna postać jakiejś ciężarnej Holenderki. Skala kolorów składa się z błękitu, cytrynowej żółci, perłowej szarości i bieli. Co prawda w nielicznych jego obrazach, jakie posiadamy, można znaleźć barwy całej malarskiej palety; mimo to zestawienie cytrynowej żółci, zgaszonego błękitu u jasnej szarości jest u niego najbardziej znamienne"). Tę część eseju zamyka opowieść o genialnym sobowtórze Vermeera, van Meegerenie - gorzkie ostrzeżenie dla zadufanych w sobie historyków sztuki.

Druga część eseju to opis własnych pielgrzymek Herberta do Vermeera. Zaczyna się od Drezna, od płótna U kuplerki. Obraz opisany obszernie i ciekawie, na dwie strony druku. Potem ma być Paryż. Ale tekst się urywa. Nie ma mowy o Koronczarce, o Astrologu ani o innych "vermeerach" w Luwrze. Nie ma też słowa o zamieszczonym na okładce, a wiszącym w Hadze Widoku Delft.

Spróbujmy dopełnić urwany esej. W rozmowie z Markiem Sołtysikiem poeta mówi: "U Vermeera jest ten cudowny podział na cień i na światło. Właściwie są trzy plany; piasek, woda, miasto". A więc jakby początek opisu obrazu (do dalszego ciągu jeszcze wrócimy). W rozmowie z Markiem Zagańczykiem poeta umyka przed opisem w tajemnicę: "Tajemnic się nie rozwikłuje. Jeżeli dojdę do przekonania, że jest to tajemnica, to traktuję ją jak tajemnicę religijną: jak wierzę, że to jest najwspanialszy dla mnie malarz, to nie będę go rozbierał na części". To jest unik, nieomal przyznanie się do bezradności wobec arcydzieła.

Chcąc wiedzieć, co Herbert miał do powiedzenia na temat Widoku Delft trzeba sięgnąć do innych źródeł. Tak się w ostatnich latach w Polsce ułożyło, że poezję Herberta wydaje Krystyna Krynicka (a5 - ostatnio monumentalna 800-stronicowa edycja Wierszy zebranych), a prozę Barbara Toruńczyk (Zeszyty Literackie - tom Mistrz z Delft nieco ten gatunkowy podział zakłóca). Natomiast w powiązaniach Herberta ze sztuką wyspecjalizował się Józef Maria Ruszar, który w lubelskim wydawnictwie Gaudium ogłosił w kilku tomach serię Biblioteka Pana Cogito, a ponadto wydał z przepychem tom Apostoł w podróży służbowej. Prywatna historia sztuki Zbigniewa Herberta. Tam właśnie, najpierw w artykule Marty Smolińskiej-Byczuk Życie martwej natury, a potem w Apostole... ukazały się drukiem dwa dalsze fragmenty eseju Herberta z teczki zatytułowanej "Vermeer". W pierwszym czytamy: "Czym jest Delft w oczach Vermeera? Miastem rzeczywistym odtworzonym niemal fotograficznie z miłością dla szczegółu. Miastem śniącym między niebem a wodą sen o sobie. Miastem konkretnym, rozpoznawalnym przez jego mieszkańców. I miastem trans-realnym jakby, malarską ideą, miasto, które należy do wszystkich. Vermeer wydestylował z matowej powszechności czystą postać miasta". W drugim, jeszcze krótszym urywku Herbert pisze: "Widok Delft jest obrazem zwykłym i cichym, ale tak potężnie cichym i tak cudownie zwykłym, że milknie przy nim wiele obrazów doczesnych bitew i sądów ostatecznych".

Tak, Mistrz z Delft urywa się, zanim dojdzie do właściwego tematu. Ale z innych przekazów możemy sobie w przybliżeniu zrekonstruować, jak miał wyglądać opis obrazu tego niezwykłego obrazu. Ciekawe, że jego istotne elementy - miłość dla szczegółu, potęga cichości - korespondują z naczelnym przesłaniem wydanych przez Zeszyty Literackie książek.

Kropka po "i"

Nie byłbym sobą, gdybym do beczki miodu pochwał, jakie słusznie należą się Barbarze Toruńczyk i Zeszytom Literackim za te dwie książki, nie dodał łyżeczki (albo dwóch) dziegciu. Po pierwsze, nie są jasne kryteria doboru tekstów do tomu rozmów. Z Noty wydawcy dowiadujemy się, że pominięto "rozmowy drukowane w prasie zagranicznej, wywiady radiowe i telewizyjne, teksty pozostające w rękopisach i maszynopisach, a także wszelkie wystąpienia nagrane i spisane z taśmy magnetofonowej bez autoryzacji Herberta". A przecież zamieszczono kilka wywiadów zagranicznych (Helgi Hirsch, Benjamina Ivry) i odpowiedź na tzw. kwestionariusz Prousta, napisaną dla Frankfurter Allgemeine Zeitung. Wspomniane wywiady miały krajowe przedruki, ale kwestionariusz ukazuje się tu po raz pierwszy, w przekładzie Małgorzaty Łukasiewicz. Zabrakło natomiast w książce wspomnianej w wywiadzie udzielonym Heldze Hirsch rozmowy Herberta z Tadeuszem Różewiczem, drukowanej w prasie podziemnej. Dlaczego?

Druga rzecz dotyczy typografii. Czytając tom Herbert nieznany. Rozmowy miałem raz po raz wrażenie, że zdania się zlewają, tak jakby brakło rozdzielającej jej kropki, jakby Herbert spieszył się z powiedzeniem tego, co ma do powiedzenia. Przyjrzałem się bliżej: rzecz dotyczy tych zdań, które się kończą na literę "i". Kropka niby jest, ale tak blisko, że zlewa się z literą. Nie umiem sobie wytłumaczyć źródła tej usterki. Obie książki zaprojektował typograficznie Janusz Górski, który jest świetnym fachowcem. Obie drukowano w ciechanowskim "Gryfie". Dlaczego zatem w Mistrzu z Delft kropki po "i" wcale się z tą literą nie zlewają?

Co napisawszy dodam: obyśmy tylko takie mieli edytorskie problemy.

Kawa na dywanie

Tom rozmów obok wypowiedzianych myśli poety zawiera też informacje na temat okoliczności powstawania tych wywiadów.

Herbert z Sołtysikiem rozmawiał leżąc na dywanie krakowskiego hotelu, podczas gdy żona poety dbała, by nie zabrakło im kawy. Palili papierosy. Sołtysik wspomina: "Na taśmie magnetofonu, który leżał między nami, pięknie nagrały się także dźwięki stukania naszymi lufkami w szklaną popielniczkę. Kłęby dymu, odgłos otwieranego okna, szum samochodów...". Poeta od razu przekłada tę sytuację na różnicę między prozą a poezją, między epickością a esencją: "Proza musi być rozłożysta, a wiersz przeciwnie - musi być chudy, ascetyczny, nerwowy i pić - tak jak pan teraz - czarną kawę".

Papieros i kawa pojawiają się też w tej samej roli - konkretnych przykładów pozwalających dokonać uogólnienia - w rozmowie z Adamem Michnikiem: "Jak ja zacznę mówić do ciebie: to nie jest twoja noga, tylko moja noga, albo to nie jest kawa, tylko papieros - to to jest nienazywanie, niedawanie rzeczom słowa. W tej chwili w środowiskach intelektualnych, nie wszystkich oczywiście, panuje wdzięczny bełkot. Prowadzi to do absolutnego końca świata".

Czasem zamiast kawy mamy herbatę. Kiedy Marek Zagańczyk sumitował się, że męczy ciężko już wówczas schorowanego Herberta, poeta odparł: "Pan mnie straszliwie męczy, ale mam przyjaciela, którego odwiedzam i proszę o herbatę, jeżeli nie sprawi mu to kłopotu, a on mówi, że oczywiście sprawi mu kłopot, bo trzeba nalać wody i zapalić gaz, ale dla mnie to bardzo chętnie zrobi..." (w chwili, gdy przepisywałem ten cytat, wszedł młodszy syn, zmęczony, i spytał, czy mógłbym mu zrobić herbatę - odpowiedziałem tekstem Herberta). Takie drobiazgi sprawiają, że tom wywiadów żyje własnym życiem.

Załomek muru

Pora przejść do konkluzji. Powiedziałem na początku, że obie "nowe" książki Herberta, choć fragmentaryczne i niepełne, rzucają istotne światło na całokształt jego życia i twórczości.

W rozmowie z Markiem Oramusem, mówiąc o swym niemal zmysłowym pociągu do rzeczy, poeta wspomina: "Kiedy byłem chłopcem, wyglądałem przez okno na ulicę. Widziałem przechodzących ludzi, mur i zachodzące słońce i wyobrażałem sobie, że jestem tymi ludźmi na ulicy, a nawet murem z cegieł, nagrzewanym przez promienie. Nasze życie upływa wśród rzeczy - trzeba się z nimi sprzymierzyć".

W rozmowie z Markiem Sołtysikiem temat powraca: "Moim podstawowym przeżyciem malarskim był jednak na pewno widok z okna kamienicy, w której mieszkałem we Lwowie, na mur, który był najpiękniejszy, kiedy słońce zachodziło. I kolor, ten niewyrażalny kolor mnie prześladuje. To było abstrakcyjne przeżycie. Ten mur z ciepłym światłem".

W rozmowie z Renatą Gorczyńską motyw utożsamiania się z widzianymi z okna ludźmi, wczuwania się w nich, nabiera dodatkowej dynamiki: "To zresztą wiąże się z pewnym przeżyciem z dzieciństwa. Napisałem w związku z tym taki wiersz o siostrze, w którym uświadomiłem sobie, że właściwie mógłbym być każdym. Mógłbym być panem z brzuszkiem, który idzie w śmiesznym meloniku, mógłbym być pieskiem albo murem".

Znamienne wyznanie. Empatia, która przekracza granice wspólnoty gatunkowej, wykracza poza świat istot żywych. Utożsamić się z murem.

I tu chyba dochodzimy do genezy szczególnej fascynacji obrazem Vermeera Widok Delft. Wracam, zgodnie z zapowiedzią, do początku opisu tego obrazu, cytowanej z rozmowy z Sołtysikiem: "Gdzieś tam i chmury, i gdzieś tam padają promienie słońca - i ja sobie myślę, że to, co widziałem w dzieciństwie, to było coś takiego. Nie wiem, czy ja nie mitologizuję, bo jest przecież u Prousta historia pana, który idzie, żeby obejrzeć ten widok z Delft, i umiera przed nim. Ale ten załomek muru we Lwowie, to światło na murze...". I Herbert opisuje tę kamienicę, pustą ścianę, dach, ciepłe światło zachodzącego słońca. "To jest piękne", mówi.

I w ten sposób w drobnym fragmencie, w (zapamiętanym z dzieciństwa) ciepłym świetle na widzianym z okna załomku muru rodzinnego miasta otwiera się okno na inne miasto, na jeden z najwspanialszych pejzaży miejskich w światowej sztuce, a dziecięcy zachwyt boczną furtką pozornie błahego, marginalnego wspomnienia wchodzi w samo centrum kultury wysokiej. Czytając Widok z Delft i Herberta nieznanego. Rozmowy uczestniczymy w osobliwym misterium, stajemy się świadkami potęgi, jaka tkwi w drobiazgu.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail