Wiadomości z Polski sobota, 10 maja
Żołnierze wychodzą z aresztu
Starsi szeregowi Jacek J., Robert B. i Damian L. - żołnierze podejrzani ws. ostrzelania wioski Nanghar Khel opuszczą areszt - zdecydował w piątek sąd.
Okręgowy Sąd Wojskowy w Warszawie postanowił zatrzymać pozostałych czterech oskarżonych żołnierzy w areszcie, ponieważ istnieje możliwość, że wobec wysokości kary jaka im grozi, mogą się ukrywać. Uzasadniając decyzję sędzia, podpułkownik Rafał Korkus powołał się między innymi na wiadomość wysłaną drogą elektroniczną, przez jednego z podejrzanych, w której sugerował on, że planował uciec z kraju. Według sądu żołnierze, którzy zostali w piątek zwolnieni z aresztu, ze względu na swój stopień wojskowy, nie mieli wpływu na ewentualne zignorowanie rozkazu. Stąd decyzja o ich uwolnieniu.
Wypuszczenie z aresztu trzech żołnierzy świadczy o tym, że śledztwo zbliża się ku końcowi i nie ma już obaw matactwa - uważa radca ministra obrony narodowej prof. Stanisław Koziej.
"Sąd najwyraźniej dostrzega, że materiały zbierane w czasie śledztwa są już wystarczające do przygotowania, do rozpoczęcia procesu.
Zdaniem Kozieja będzie on okazją do przyjrzenia się procedurom obowiązującym w Polsce, dotyczącym wysyłania żołnierzy na tego typu misje pokojowe, stabilizacyjne czy kryzysowe, które - jak przypomniał - "w swojej treści są działaniami wojennymi". Wyjaśnił, że chodzi mu o ustawy będące podstawą takich decyzji.
"Obowiązujące prawo przewiduje, że o wysłaniu kontyngentu wojskowego na operację międzynarodową decyduje prezydent na wniosek rządu. Konstytucja mówi, że w odniesieniu do wojny o stanie wojny musi decydować parlament - przypomniał prof. Koziej. - Należy zastanowić się, czy w takich sytuacjach, jak np. misja w Afganistanie, decyzja prezydenta nie powinna być poprzedzona postanowieniem parlamentu o stanie wojny" - powiedział prof. Koziej. Ważne to jest, ponieważ obowiązujące żołnierzy zasady działania podczas wojny mogą być inne niż w operacjach pokojowych czy kryzysowych - wyjaśnił.
"Operacje pokojowe nakładają większe ograniczenia na swobodę działania żołnierzy. W sytuacjach krytycznych mogą je przekraczać i muszą za to odpowiadać. Jeśli warunki są wojenne, to takich ograniczeń się nie nakłada - podkreślał Koziej. - Być może i zarzuty stawiane w takiej sytuacji nie musiałyby być tak ostre, gdyż w sensie formalnym żołnierze by działali w warunkach wojny" - dodał.
W sierpniu ubiegłego roku, w wyniku ostrzału afgańskiej wioski Nangar Khel, zginęło ośmioro cywilów. W listopadzie prokuratura zatrzymała i aresztowała sześciu komandosów z bielskiego batalionu desantowo-szturmowego pod zarzutem zbrodni wojennej, a jednego - pod zarzutem ataku na niebroniony obiekt cywilny.
Sikorski: zburzyć Pałac Kultury
Radosław Sikorski zgłosił zaskakującą jak na szefa MSZ propozycję - zburzyć Pałac Kultury i Nauki.
"A poza tym, panie marszałku, uważam, że Pałac Kultury powinien być zburzony. Dziękuję bardzo" - powiedział w środę Sikorski na zakończenie swojego sejmowego expose.
Na sali obrad sprawa wzbudziła nie mniejsze zainteresowanie niż priorytety w polityce zagranicznej szefa MSZ. Zaskoczeni byli głównie posłowie SLD. Tomasz Kamiński mówił: "Mam nadzieję, że burzenie Pałacu Kultury i Nauki nie będzie filarem pana polityki zagranicznej". Poseł Jarosław Matwiejuk przypominał, że Pałac Kultury jest obiektem chronionym prawem, w związku z tym albo trzeba zmienić prawo, albo uznać, że minister spraw zagranicznych nawołuje do przestępstwa. Posłanka Zdzisława Janowska ironizując dopytywała, czy propozycja zburzenia pałacu była konsultowana z prezydentem Warszawy lub chociaż z premierem.
Okazuje się jednak, że koncepcja ministra Sikorskiego nie była ot tak sobie rzuconym żartem. Pytany o sprawę przez jeden z polskich portali internetowych, szef MSZ potwierdził, że chciałby wyburzyć Pałac Kultury. Zdradził też, że ma już koncepcję, jak zagospodarować dziurę powstałą w centrum miasta. Ministrowi Sikorskiemu marzy się utworzenie w centrum stolicy czegoś na wzór Central Parku w Nowym Jorku.
"Nie, nie chcę, żeby to był projekt rządowy - zastrzega Sikorski - ale uważam, że pałac powinien być zburzony, a w jego miejsce trzeba posiać trawę i wykopać staw".
Radosław Sikorski nie jest pierwszą osobą, która wzywa do zburzenie PKiN. W marcu tego roku mówił o tym znany dziennikarz i podróżnik Olgierd Budrewicz. "Zburzenie tego dziwactwa to moje marzenie. Piękne marzenie. Ale nierealne" - mówił Budrewicz w wywiadzie dla "Życia Warszawy".
Z koncepcją taką wystąpił w zeszłym roku także Jan Pospieszalski, inny dziennikarz, znany m.in. z programu TVP "Warto rozmawiać". W tekście opublikowanym w "Rzeczpospolitej" nawoływał on do zburzenia pałacu jako reliktu sowieckiej dominacji nad Polską.
Pomysł zburzenia pałacu, jak widać, nowy nie jest. Problem w tym, że sondaże pokazują, iż koncepcja ta nie ma poparcia wśród ludzi, głównie mieszkańców Warszawy. Sondaże pokazują, że na przestrzeni lat diametralnie zmieniło się postrzeganie tej budowli. Obecnie budynek ten uważany jest za jeden z najbardziej przyjaznych w Warszawie.
Co myślisz o zburzeniu pałacu? Czekamy na opinie: dwojka@dziennik.com
"Wujek" wrócił na wokandę
Podczas pacyfikacji kopalni "Wujek" w grudniu 1981 roku generał Czesław Kiszczak wydał zakaz użycia broni palnej. Do ostrzału strajkujących górników jednak doszło z powodu zagrożenia życia milicjantów.
Tak zeznał przed sądem ówczesny wiceminister spraw wewnętrznych, 83-letni generał Władysław Ciastoń.
Po ponadrocznej przerwie przed warszawskim sądem odbyła się kolejna rozprawa w procesie dotyczącym wydarzeń w kopalni "Wujek". Oskarżonym jest Czesław Kiszczak - ówczesny szef MSW. Grozi mu od 2 do 10 lat więzienia. Oskarżonego nie było jednak w sądzie z powodu - jak wyjaśniał jego adwokat - złego stanu zdrowia.
Wezwany na świadka generał Władysław Ciastoń zeznał, że generał Kiszczak nie wydawał polecenia strzelania do górników. Przed sądem opowiadał o tym, że o sytuacji w kopalni "Wujek" dowiedział się od ówczesnego komendanta wojewódzkiego MO. Ciastoń zeznał, że komendant milicji w Katowicach Jerzy Grubba zadzwonił do niego 16 grudnia 1981 roku i mówił o nasilającym się strajku górników. "Zapytał mnie o pozwolenie na użycie broni przez milicję. Odpowiedziałem, że w tej sprawie ja nie mam kompetencji i że musi o tym porozmawiać z szefem MSW generałem Kiszczakiem i jemu zadać to pytanie" - powiedział przed sądem Ciastoń. Jak zeznał, po kilkunastu minutach otrzymał telefon od Czesława Kiszczaka, który potwierdził, że dzwonił do niego pułkownik Grubba, pytał o pozwolenie, ale go nie dostał. "Również mnie Kiszczak powiedział, że wydał Grubbie zakaz użycia broni, a mnie przekazał, żeby się do tego stosować" - podkreślił przed sądem ówczesny wiceszef MSW.
Według relacji świadka godzinę po rozmowie z Kiszczakiem okazało się jednak, że do górników strzelano. "Znowu zadzwonił Grubba i powiedział, że tak się stało, jest taka sytuacja, że mimo zakazu użyto broni i że są ofiary śmiertelne" - stwierdził Władysław Ciastoń.
Ciastoń wyjaśnił przed sądem, że użycie broni było wtedy podyktowane szczególną sytuacją w kopalni "Wujek" i zachowaniem strajkujących górników, którzy - jak miał wtedy mówić mu pułkownik Grubba - byli bardzo agresywni, wzięli niektórych milicjantów jako zakładników, grozili "rozgrzanymi narzędziami do walki". Według Ciastonia "użycie broni w stosunku do górników, mimo zakazu Kiszczaka" nie było jednak jego złamaniem. Świadek stwierdził, że okoliczności pokazały, iż "milicjanci strzelali w obronie własnej, bo ich życie było zagrożone".
Świadek dodał, że wydany wówczas przez szefa MSW tak zwany szyfrogram, w którym jest mowa "o użyciu broni palnej przez milicję w okresie stanu wojennego", nie był rozkazem lub przyzwoleniem do zastosowania broni, a jedynie informacją i przypomnieniem o ogólnych zasadach używania broni przez wojsko, oddziały ZOMO i milicję.
Z taką tezą nie zgadza się oskarżyciel posiłkowy w procesie generała Czesława Kiszczaka, były górnik, ranny podczas pacyfikacji w kopalni "Wujek" - Stanisław Płatek. Według niego szyfrogram opatrzony klauzulą "tajne specjalnego znaczenia" nie mógł być żadną informacją czy też przypomnieniem, bo nie było czego wtedy przypominać. "O jakie wydane wcześniej zasady miało chodzić? Przecież w grudniu 81 roku nie było żadnych aktów wykonawczych ani dokumentów uszczegóławiających zapisy dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego" - stwierdził przed sądem Płatek. Podkreślił, że zeznania Ciastonia mają jedyny cel - "budowanie określonej linii obrony Kiszczaka przewidzianej na zakończenie procesu z korzyścią dla oskarżonego". Kolejna rozprawa w procesie generała Czesława Kiszczaka - 29 maja.
Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Fri May 9 14:01:58 2008
