Publicystyka piątek, 16 maja

Kampania nierównowagi

Kolejne prawybory i kolejny brak rozstrzygnięć w Partii Demokratycznej. Hillary Clinton, po zdecydowanej wygranej w Wirginii Zachodniej nad Barackiem Obamą, nie rezygnuje z walki o demokratyczną nominację.

Mimo porażki to jednak czarnoskóry senator z Illinois pozostaje faworytem wyścigu. Co więcej - zyskuje kolejnych sojuszników, jak niedawny rywal w walce o nominację John Edwards. Na stronę Obamy przechodzi także coraz więcej tzw. superdelegatów, których głosy rozstrzygną najprawdopodobniej o ostatecznej nominacji.

Tegoroczna kampania jest pod wieloma względami nietypowa. Nie tylko dlatego, że po stronie demokratów po raz pierwszy w historii walczą o nominację kobieta i Afroamerykanin, a republikańską nominację zdobył jeden z najstarszych kandydatów do prezydentury w historii USA. Fakt, że John McCain miał już na początku marca zapewnioną nominację podczas partyjnej konwencji, a demokraci przez następne kilka miesięcy będą walczyć ze sobą, zadając sobie rany, często dotkliwe, tworzy sytuację politycznej nierównowagi. Doradcy polityczni, kierujący kampanią, znaleźli się sytuacji niemającej precedensu.

Obóz Hillary Clinton ma jednak dość istotne argumenty. W amerykańskim systemie wyborczym o wyniku wyborów decydują głosy elektorów wybieranych na zasadzie "zwycięzca bierze wszystko". O wygranej w wyścigu do Białego Domu przesądzi zatem głosowanie w zaledwie kilku stanach, tzw. swing states, w których poparcie zmienia się na zasadzie wahadła. W tych właśnie stanach Clinton osiągnęła dużo lepsze wyniki od swojego rywala, co według wielu analityków daje jej większe szanse na nawiązanie równorzędnej walki z McCainem w listopadzie.

Warto jednak pamiętać, że McCain, wolny od ciężaru walki o nominację, może się skupić na pozyskiwaniu wyborców w tych stanach. Obama i Clinton do czerwca (jeśli nie dojdzie do jakiegoś spektakularnego przełomu) będą walczyć o peryferyjne stany, dopasowując swoje przesłanie do lokalnych wyborców.

Mimo desperackich prób Hillary Clinton pozostania w wyścigu i zwycięstw odniesionych w Wirginii Zachodniej czy w Ohio to jednak Barack Obama zostanie najprawdopodobniej mianowany kandydatem Partii Demokratycznej na prezydenta podczas sierpniowej konwencji w Denver. Rozstrzygnięcie może jednak nastąpić zbyt późno, aby zagoić rany zadawane sobie przez dwa obozy i przekonać demokratyczny elektorat do głosowania na Obamę. Tym bardziej że obóz Hillary Clinton oskarżany jest coraz częściej o rozgrywanie "kartą rasową", co dla demokratów może mieć fatalne konsekwencje w listopadzie.

Im bliżej wyborów i im dłużej wyścig o demokratyczną nominację będzie pozostawał nierozstrzygnięty, tym głośniej będzie słychać pytanie o tzw. electability - zdolność kandydata do zwycięstwa w wyborach powszechnych. Przedłużająca się wojna demokratów z demokratami może sprawić, iż w listopadzie sprawdzi się porzekadło o tym, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

TD

Saga o autostradach

Kolejne rządy obejmujące władzę w Polsce odbijają się o mur niemocy - autostrady (jeśli w ogóle) powstają w ślimaczym tempie, podobnie jest także z budową sieci dróg ekspresowych. Polska jest krajem płaskim, co z punktu widzenia inżynierów czyni zadanie budowy autostrad dość prostym w porównaniu z takimi krajami, jak Włochy czy Hiszpania, w których także poradzono sobie z inną przeszkodą - górami biurokracji.

Wszystko wskazuje na to, że Polska nie zdąży z modernizacją najbardziej podstawowej sieci komunikacyjnej przed piłkarskimi mistrzostwami Europy w 2012 roku. Oznacza to, że do tego czasu nie powstanie w całości autostrada łącząca Gdańsk z południową granicą Polski, a autostradą A2 nie będzie można dojechać do Warszawy.

Zdaniem premiera Donalda Tuska przeszkody biurokratyczne to główna przyczyna opóźnień przy budowie dróg i autostrad. Tusk zmienił niedawno generalnego dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad, uzasadniając to "brakiem postępu w realizacji rządowego programu budowy dróg krajowych i autostrad". Nie wiadomo jednak, czy następca Janusza Kopera, Lech Witecki, będzie w stanie przyspieszyć realizację inwestycji. Rzecz bowiem nie w ślimaczym tempie budowy, ale przede wszystkim w piramidzie biurokratycznych przeszkód i braku spójnych rozwiązań prawnych, bez których nie można wbić w grunt łopaty pod budowę kolejnego odcinka drogi. W latach 90. stworzono system, w którym koncesjonariuszom bardziej opłacało się nie budować autostrad, niż wylewać asfalt czy beton pod nowe drogi. Budowa autostrady stała się wówczas synonimem niemocy i korupcji. Dziś jest niewiele lepiej - brak ciągłości w prowadzonych działaniach oraz niewydolność instytucji publicznych sprawia, że zamiast kilkuset kilometrów dróg o najwyższym standardzie, oddaje się rocznie zaledwie kilkanaście, góra kilkadziesiąt. Co więcej, po oddaniu autostrad do eksploatacji okazuje się, że są one za drogie dla użytkowników, co oznacza, że ruch towarowy wciąż koncentruje się na zwykłych drogach. Dzieje się to w czasach, gdy zniknął podstawowy problem - znalezienia źródeł finansowania inwestycji, bo do modernizacji polskiej infrastruktury szczodrą ręką chce dopłacać Unia Europejska.

Rzucona ostatnio propozycja premiera Tuska, aby w związku z biurokratycznymi przeszkodami zamiast autostrad, budować drogi ekspresowe, także nie należy do fortunnych. W tej koncepcji Polskę autostrad o europejskim standardzie miała pokryć sieć dróg szybkiego ruchu podobnych do niesławnej pamięci "gierkówki" łączącej Warszawę z Katowicami. Pomysł ten to raczej wyraz frustracji rządzącej ekipy z powodu biurokratycznych barier i desperacji, aby zrobić cokolwiek przed zaplanowanymi na 2012 mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Sam pomysł zaliczyć trzeba do fatalnych. Zastąpienie planowanych odcinków autostrad drogami ekspresowymi oznacza zgodę a priori na obniżenie standardu cywilizacyjnego Polaków.

TD

Komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wyslac e-mail
Ostatnia modyfikacja: Thu May 15 13:56:37 2008