New York
43°
Cloudy
6:58 am4:30 pm EST
3mph
55%
30.29
WedThuFri
61°F
46°F
48°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.

Pani Lucyna popędziła z końmi

Jerzy Koroczyński

Studio Druchazamieniło się w niedzielę, 16 października, w salę wystawową. Na ścianach zawisło dziesięć prac, w tym osiem dużych obrazów olejnych na płótnie oraz dwa rysunki ołówkiem. Ich tematem są konie, które Lucyna Barszcz – z zawodu ekonomistka – maluje z wielką pasją. Swoją przygodę z malarstwem rozpoczęła dzięki lekcjom rysunku i malarstwa artystycznego, które od niemal 20 lat prowadzi w Trenton Ryszard Druch. Zaczynała od – jak sama lubi powtarzać – nauki trzymania pędzla i mieszania farb na palecie malarskiej.

Obraz Lucyny Barszcz „Koń i błękit”

Ponad sześć lat spotkań w czwartkowe wieczory, wraz z grupą dorosłych fanek malarstwa, dało wspaniałe efekty. Obrazy polskiej malarki cieszą się uznaniem nie tylko wśród Polonii. Od kilku lat uzyskują coraz lepsze ceny na „Aukcji Sztuki” Druch Studio Gallery, którą co roku – w ramach finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – prowadzi Ryszard Druch. Lucyna Barszcz jest niezwykle pracowitą „studentką” lekcji artystycznych Ryszarda Drucha. Nie załamuje się niepowodzeniami malarskimi, zawsze szuka porady u swojego mistrza i zalecenia wprowadza w czyn.

Początkowo malowała farbami akrylowymi, ale gdy spróbowała techniki olejnej, znalazła w niej medium dla siebie. Chętnie sięga również po ołówek, aby wykonać studium głowy konia, portret człowieka czy martwą naturę. Nauczyciel Ryszard Druch mówi, że pani Lucyna odnotowała wielki postęp w swojej przygodzie z malarstwem. Dzięki wyjątkowej pracowitości i systematyczności w ćwiczeniach malarskich i rysunkowych osiągnęła dużą biegłość warsztatową i już samodzielnie znajduje sobie tematy i realizuje je środkami malarskimi. Malowanie – jak mówi pani Lucyna – są najlepszym remedium na lata emeryckiego życia.

Obraz Lucyny Barszcz „Biały koń w biegu”

Niedawno artystka miała wypadek samochodowy – w czasie jazdy doznała udaru mózgu. Znalazła się w szpitalu i przejść musiała operację. Po niej okazało się, że utraciła zdolności manualno-artystyczne i miała problemy z pamięcią. To był wielki cios. Ze łzami w oczach przyznawała się do nieporadności swojemu „mistrzowi”. Jednak dzięki serii podstawowych ćwiczeń rysunkowych, z grupą koleżanek podczas „czwartkowych spotkań przy sztalugach” w Druch Studio Gallery, zaczęła powracać jej pamięć. Systematycznie, bardzo wyraźnie, powracały też umiejętności rysunkowe i malarskie. Malarstwo i rysunek artystyczny okazały się dla Lucyny Barszcz skuteczną terapią. Druch z dumą mówi, że ten fakt jest dla niego jako nauczyciela wielką satysfakcją.

Druch Studio Gallery wypełniona była stałymi bywalcami i nowymi gośćmi

W czasie wernisażu Druch Studio Gallery wypełniona była stałymi bywalcami i nowymi gośćmi. Redaktor Janusz Szlechta z „Nowego Dziennika” przywiózł na wystawę historyczkę prof. Danutę Piątkowską oraz znawcę militariów Wojciecha Budzyńskiego z Nowego Jorku. Sponsorka polonijnych wydarzeń artystycznych, anglistka Ewa McGavern przyjechała do galerii ze szkolną koleżanką i kolegą, małżeństwem lekarzy z Łodzi – Dorotą i Stanisławem Sobantkami. Trzy obrazy Lucyny Barszcz znalazły nowych właścicieli. Oficjalną część wernisażu nagrywał znany filmowiec, dokumentalista życia Polonii, Tomasz Masłowski. Jego relację filmową „Konie” oglądać można na YouTube (Tom Maslowski/MalaPolska).

W ramach poczęstunku nie zabrakło tradycyjnego „chlebka salonowego” Barbary Green oraz ciast Lucyny Barszcz i jej koleżanek. To był kolejny, bardzo udany, polski wieczór artystyczny w Druch Studio Gallery.

Dwujęzyczne wychowanie to ciężka praca

Okazją do naszej rozmowy jest Pani przyjazd do metropolii nowojorskiej z serią spotkań autorskich i prezentacji o wychowywaniu dzieci w dwujęzyczności. Spotkała się Pani z uczniami polskiego pochodzenia, uczęszczającymi do szkół amerykańskich i polonijnych, z ich rodzicami i nauczycielami, ponieważ w weekend (14-15-16 października) Polonia obchodziła już po raz ósmy Dzień Dwujęzyczności. Jest Pani jego pomysłodawczynią i współtwórczynią. Jak Pani patrzy na tę inicjatywę z perspektywy kilku lat?

Patrzę na to święto z radością, a momentami nawet ze zdumieniem.  W tym roku zaobserwowaliśmy prawdziwy „boom” w obchodach, przyłączyła się do nich masa nowych szkół i ośrodków na całym świecie. Gdy pomyślę, jak z Martą Kustek, Danusią Świątek, Ireną Biały, Andrzejem Cierkoszem, Kariną Bonowicz i Lidią Russell zaczynaliśmy w 2015 r. w gronie 6 szkół, z drżeniem serca, z wielkimi nadziejami, ale i niepewnością, czy nasz pomysł się przyjmie, czuję wzruszenie i dumę. Przyjął się, a poziom entuzjazmu i kreatywności, jakie towarzyszą obchodom, już dawno przerósł nasze oczekiwania. Znaczy to, że zrobiliśmy coś ważnego i potrzebnego, wypełniliśmy lukę, która czekała na wypełnienie. Żyjemy w świecie, w którym do informacji można dotrzeć szybko i proście, niż kiedykolwiek, jednak mity na temat dwujęzyczności wciąż pokutują.  Dobra Szkoła Nowy Jork (wcześniej Dobra Polska Szkoła), z którą jestem związana od ponad dekady, od początku postawiła sobie za cel obalanie tych mitów i na przestrzeni lat zrealizowała wiele innych bardzo cennych projektów promujących dwujęzyczność. Polonijny Dzień Dwujęzyczności powstał po to, byśmy lepiej się poznali, połączyli w naszych wysiłkach promowania i dwujęzyczności, stworzyli silniejszą globalną społeczność ludzi dwujęzycznych. Dwujęzyczne wychowanie to ciężka praca, konkretny wysiłek ze strony nauczycieli i rodziców, i oczywiście samych dzieci. Choć wiadomo, że polska szkoła poza granicami Polski dwujęzycznością stoi, dwujęzyczność nie zawsze jednak znajdowała się w centrum naszej polonijnej uwagi. Podczas polonijnych wydarzeń typu szkolne uroczystości, targi, festyny czy parady, zwykliśmy świętować szeroko pojmowaną „polskość” i w związku z tym akcentować wydarzenia i aspekty kultury również wyłącznie polskie lub z Polską się kojarzące. Bardzo dobrze, bo „polskość” to ważna cegiełka budująca naszą polonijną tożsamość. Ale gruntem, na którym ta polskość kwitnie, zwłaszcza u dzieci urodzonych poza granicami Polski (w USA takie dzieciaki stanowią już dzisiaj większość w polskich szkołach), jest lingwistyczny i kulturowy dualizm obecny w życiu tych dzieci od samego początku. Stosunek do Polski i „polskości” kształtuje się poprzez stosunek do własnej dwujęzyczności i do miejsca tej dwujęzyczności w rodzinie i najbliższej społeczności. Co ważne – celebrując dwujęzyczność automatycznie robimy miejsce na język, którym posługujemy się w kraju naszego zamieszkania. To ważne dla polonijnych rodzin mieszanych, których w polonijnych środowiskach przybywa.

Co Pani przez to rozumie?

Polonia amerykańska bardzo się od czasów mojego przyjazdu do USA zmieniła i zmienia się dalej, a widać to szczególnie dobrze w zachodniej części USA, gdzie mieszkam. Maleje liczba osób z polskimi metrykami, rośnie liczba małżeństw mieszanych, gdzie językiem polskim posługuje się tylko jeden rodzic, i w związku z tym rośnie liczba polonijnych dzieci nie tylko urodzonych już tutaj, ale również bez opcji posługiwania się językiem polskim w domu na co dzień. Dziewięć na 10 polonijnych rodzin w moim otoczeniu to właśnie takie rodziny. Dziesięć na 10 tych rodzin deklaruje chęć przekazywaniem dzieciom „polskości”, w tym przede wszystkim języka, ale często nie wie, jak się do tego zabrać, albo jak sobie radzić na poszczególnych etapach dwujęzycznego wychowania, gdy pojawiają się rozmaite przeszkody. Wiele się zniechęca, wiele widzi potrzebę zreformowania polskiej szkoły i zastąpienia jej obecnego modelu szkołą przede wszystkim językową, gdzie nacisk będzie położony na naukę języka, a wiedza o Polsce byłaby przekazywana już w języku kraju, w którym dziecko mieszka.

Czy Pani w ten sposób wychowywała i uczyła swoje córki?

Bywało. W fazie, gdy przyswajały język polski, kierowałam się zasadą, że daję im tyle polskiego, ile mogę, i stawałam na głowie, by znaleźć polskojęzyczne opiekunki, gdy zachodziła taka potrzeba. Gdy podrosły i już czytały, niektóre informacje o Polsce podawałam im ze źródeł anglojęzycznych. Miało to tę korzyść, że mogły to przeczytać razem z anglojęzycznym tatą, to był jeden ze sposobów włączania go w ich dwujęzyczne wychowanie. Do dziś doskonale pamiętam dzień, gdy wpadł mi do głowy pomysł utworzenia Polonijnego Dnia Dwujęzyczności i na gorąco, telefonicznie, przegadywałyśmy sprawę z Martą Kustek, szefową DSNY. Już wtedy mówiłam, że musi to być święto, gdzie znajdzie się miejsce także dla niepolskojęzycznego rodzica polonijnego dziecka. Rola tego „drugiego” rodzica w dwujęzycznym wychowaniu w ogóle do tej pory nie była podejmowana, a ja na własnej skórze sprawdzałam, że jest przeogromna. Pewnie powiem coś, co niektórych kompletnie zaskoczy, ale postawa mojego amerykańskiego męża wobec dwujęzyczności naszych córek była, być może, nawet ważniejsza od mojej własnej. Ja byłam rodzicem od praktycznej nauki języka polskiego, ale to mój mąż był tym „zewnętrznym motywatorem”, który utwierdzał dzieci w przekonaniu, że ich dwujęzyczność jest czymś fantastycznym, wyjątkowym, że jest ważna nie tylko dla mnie, ich polskojęzycznej matki, ale również dla niego. Ich niepolskojęzycznego ojca. Jego zaangażowanie i entuzjazm to była nie wartość dodana, ale wartość obowiązkowa, żebyśmy osiągnęli cel. Wszystkich zainteresowanych tym aspektem dwujęzycznego wychowania już dzisiaj zapraszam na webinar, nad którym zaczęłam pracować. Myślę, że zorganizujemy go wraz z DSNY wczesną wiosną przyszłego roku. Przy okazji zapraszam do odwiedzin portalu DSNY (www.dobraszkolanowyjork.com). To nie tylko centrum koordynacji obchodów Polonijnego Dnia Dwujęzyczności, ale prawdziwy „hub” informacji, pomysłów, artykułów, wywiadów, wszystkiego, co wiąże się z dwujęzycznością. Współpracujemy z ekspertami z całego świata, więc przy okazji to także możliwość podpatrzenia, jak wygląda polonijna dwujęzyczność w innych częściach globu, a przy okazji fascynująca wyprawa krajoznawcza i kulturowa.  O moich własnych doświadczeniach wychowawczych pisałam przez lata w rubryce pt. „Przystanek Babel”.

Opuścimy dwujęzyczność i przesuniemy peryskop na Pani twórczość literacką. Przyjechała Pani do nowojorskiej metropolii również po to, żeby podzielić się z młodymi czytelnikami serią wydanych niedawno przez wydawnictwo „Literatura” książek o Mai Orety. To książki dla dzieci, ale lekka fabuła skrywa wiele ważnych spraw (nie tylko dla dzieci), jak przyjaźń, tolerancja, bezpieczeństwo w internecie czy ochrona środowiska.  Rozumiem, że chciałaby Pani skłonić najmłodszych do uważniejszego spojrzenia na świat i wybierania tego, co w nim wartościowe…

Jak większość pisarzy, nie tylko dla dzieci.  A we mnie dodatkowo drzemie duch dziennikarski, którego esencją jest analiza zjawisk i wyciąganie wniosków tak, by jednocześnie wynikały z nich również jakieś pomysły, jak ugryźć problem. W książkach moralizować za bardzo nie warto, ale można tak skonstruować bohaterów i bieg wydarzeń, by to one prezentowały pewne wartości. Maja Orety nie jest najlepszą uczennicą, jest niecierpliwa, czasem ma aż za dużo pomysłów, nie wszystkie najlepsze, ale nie boi się okazywać emocji, mówić tego, co myśli, w tym o sprawach tak ważnych, jak tolerancja i szacunek dla drugiego człowieka, oraz wytrwale dążyć do celu.  A że obdarzyłam ją również niezłym zmysłem detektywistycznym, to również funduje czytelnikowi emocje związane z typowo śledczą akcją w celu rozwiązania tajemnicy. W obu książkach są to tajemnice przenoszące czytelnika w świat pełen magicznych istot i podróży w czasie, jest więc duże pole do popisu własnej wyobraźni i fantazji u czytelnika. Choć dodam, że genialne ilustracje Kasi Kołodziej świetnie tą wyobraźnią sterują, bo w tej chwili już nawet ja sama myśląc o książkach mam przed oczami postaci z ilustracji, a nie te, które sobie wyobrażałam, gdy pracowałam nad książkami. Bardzo mnie cieszy, że czytelnicy i krytycy dostrzegli, iż to książki, które mogą skłonić do refleksji nie tylko dziecko, ale i jego rodzica. Jako mama emigrantka dodam jeszcze jedno. Maja Orety mieszka w Polsce, ale opisując jej przygody kierowałam się ideą, by jej świat i codzienność zostały tak przedstawione, aby mogły się z nimi identyfikować polskojęzyczne dzieci na całym świecie. By nie istniała bariera żadnych specyficznych warunków w szkole czy nawet w kulturze. Nie było to trudne, bo inspiracją do obu książek była moja młodsza córka. Wydarzenie w szkole, która puszcza w ruch domino akcji w pierwszej części, miało miejsce naprawdę i zanim powstała książka o Mai było opowiadanie po angielsku napisane dla córki i paczki jej szkolnych koleżanek.

Książki o Mai Orety to niejedyne Pani utwory dla dzieci. W „Nowym Dzienniku” już wielokrotnie publikowaliśmy Pani opowiadania i wiersze dla dzieci. Czy inspiracją do tej strony Pani twórczości zawsze były córki?

Odkąd pojawiły się na świecie, przejęły stery mojej inspiracji, ale „dla dzieci” pisałam chyba od zawsze. Już jako dziecko. Pierwsze wiersze publikowałam w prasie, gdy byłam jeszcze w szkole podstawowej. Potem były witryna internetowa z wierszami i autorskimi grafikami, też jeszcze zanim zostałam mamą, którą prezentowała nawet polska telewizja, o czym dowiedziałam się zdumiona od znajomych z Polski, bo w tamtych czasach, pod koniec lat 90., dostęp do codziennej polskiej telewizji z USA jeszcze nie istniał. Wiersz pt. „Krasnoludek”, który jak dotąd zrobił największą „karierę”, bo znalazł się w Wikipedii na stronie o krasnoludkach obok wierszy Marii Konopnickiej, Jana Brzechwy i Czesława Janczarskiego, również powstał przed narodzinami moich dzieci. Gdy zostałam mamą, zaczęłam tworzyć więcej prozy dla dzieci, mieliśmy w domu tradycję, że na Boże Narodzenie obie córki dostawały ode mnie prezent w postaci specjalnie dla nich napisanej książeczki, do której też sama robiłam ilustracje. To naturalne, że towarzysząc córkom w dorastaniu byłam towarzyszką również ich wyobraźni i mnóstwo pomysłów, które zawarłam potem w utworach, to odbicie ich dziecięcego spojrzenia na świat. Podam przykład. Któregoś wyjątkowo wietrznego dnia w kominku słychać było świsty i dudnienie. Starsza córeczka, chyba wtedy czteroletnia, wzięła plastikowe jajko i liść plastikowej sałaty ze swego zestawu do zabawy w kuchnię i położyła przed kominkiem.  Oświadczyła, że to dla krokodyla, który tam mieszka i jest strasznie głodny, te wszystkie odgłosy to burczenie w jego brzuchu. I tak powstała opowieść o krokodylu, który zamieszkał w kominie i wypadł z niego prostu pod choinkę w Boże Narodzenie. Gdy zaczęłam współpracę z DSNY, zaczęłam regularniej pisywać opowiadania o większym zacięciu edukacyjnym dla portalu, inspiracją były wtedy już nie tylko moje córki i nasza codzienność, ale szersze doświadczenia dziecka dwujęzycznego. Na spotkania z dziećmi w ramach obchodów tegorocznego PDD przyjechałam z wierszem o gotowaniu pt. „Armia kucharzy”, który jest świetnym przykładem utworu edukacyjnego dla polonijnego dziecka i dla każdego, kto uczy się polskiego. Wiem, że z wiersza korzystała swego czasu Anna Frajlich-Zając prowadząc zajęcia ze swymi nowojorskimi studentami.  

Przypomnijmy, że oprócz książek dla dzieci i pracy na rzecz dwujęzyczności ma Pani na swoim koncie także powieści dla dorosłych, książki publicystyczne o Ameryce, tłumaczenia i oczywiście regularne artykuły dla prasy w Polsce i prasy polonijnej. Jak Pani godzi tak wiele aktywności z życiem rodzinnym, wychowywaniem dzieci?

Raz lepiej, raz gorzej, jak każda pracująca matka. Moje działania na wielu frontach mają wspólny mianownik, a jest nim pisanie, więc największym wyzwaniem od zawsze było po prostu wykreowanie warunków, by spokojnie zasiąść przed komputerem. Nie chodzę do biura, więc mam gabinet w domu, a sposób na pracę taki, że gdy zamykam za sobą drzwi, staram się zapomnieć o tym, co dzieje się w innych częściach domu. Często ratuję się zatyczkami do uszu, bo mam głowę, która potrzebuje maksymalnej ciszy, żeby dobrze funkcjonować. Nie zawsze, mimo gotowości z mojej strony, udaje mi się pracować tak efektywnie i wydajnie, jak bym chciała, rzecz od dawna znana wszystkim pracującym z domu, a dzięki pandemii obecnie już chyba wszystkim ludziom na całym świecie. Gdy zaczynałam tak pracować ponad 20 lat temu, pokutowało przeświadczenie, że jeśli „siedzi się w domu”, to oszczędza się na babysittingu, bo przecież można pracować i pilnować dzieci jednocześnie. Pamiętam te uniesione do góry brwi z czasów, gdy córki były jeszcze małe i nie chodziły do szkoły, a ja opowiadałam, że zatrudniam pomoc, bo może jestem jakaś felerna, ale tych dwóch spraw pogodzić nie potrafię. Z tamtych czasów zachowało mi się m.in. wspomnienie, jak rozmawiam przez telefon z jakimś senatorem, bo przygotowuję korespondencją dla dziennika w Polsce, a moja kilkuletnia córka wpada do gabinetu z płaczem i za nic nie chce wrócić do opiekunki. Pan w słuchawce nie był wyrozumiały i zasugerował cierpko, że powinnam sobie lepiej zorganizować życie, bo wydaje mu się, że nad nim nie panuję. Odpowiedziałam równie cierpko, że dzieci, że to nie przedmioty, by postawione na miejscu już się z nich nie ruszały, a ja jestem pracującą matką. W czasach szkolnych dzieci wyzwaniem były ich choroby i „etat” szofera, niekiedy pod te potrzeby trzeba było w jednej chwili przeorganizować cały dzień pracy, mimo iż terminy pozostawały niezmienione. Nie mam w mieście żadnej porządnej komunikacji publicznej, szoferowałam więc obu córkom niemal do ich dorosłości. Lubię to, co robię, jestem też z natury pracowita i obowiązkowa, więc nie przeszkadzało mi aż tak bardzo, że czas na pracę znajdował się niekiedy dopiero wieczorem lub nawet w nocy. Nauczyłam się pracować w każdym miejscu, nawet na przysłowiowym kamieniu w parku, gdy córki bawiły się na zorganizowanych w tym parku urodzinach koleżanki. Dodam jednak, że wbrew powszechnemu poglądowi, że im dzieci starsze, tym rodzicowi łatwiej jest pogodzić pracę zawodową z życiem rodzinnym, u mnie było odwrotnie. Lata liceum u obu córek to był najintensywniejszy okres mojego macierzyństwa, czas, gdy musiałam być najbardziej zaangażowana w to, co się z nimi działo. Gdy o tym myślę, to aż się zastanawiam, jak mi się udawało w ogóle cokolwiek wtedy godzić i znajdować te nisze ciszy i skupienia dla pracy, jaką wykonuję. Tylko że to jest chyba doświadczenie każdego pracującego rodzica. Uczymy się, jak stawać na rzęsach, a nawet pokonywać prawa grawitacji, by dając z siebie absolutnie wszystko naszym dzieciom, jakimś cudem kontynuować także marsz po ścieżce zawodowej.   

Dobrze, że Pani o tym mówi, bo właśnie tym pytaniem chcę spiąć naszą rozmowę. Jako felietonistka „Nowego Dziennika” porusza Pani na naszych łamach różnorodne zagadnienia związane z amerykańską i polską polityką czy ekonomią, ale stałym tematem pozostaje wychowanie dzieci w Stanach Zjednoczonych, z jego problemami, zawiłościami i odmiennością, bo w rodzinie dwujęzycznej. Są jednak też sprawy wychowawcze wspólne i dla rodzin imigranckich, i dla tych, którzy się w tym kraju urodzili. Jako osoba, która „przeżyła rodzicielstwo w USA” jak to Pani postrzega i czy ma Pani jakieś rady dla rodziców?

Jest takie powiedzenie: im dalej w las, tym więcej drzew. Im dłużej jestem matką, tym bardziej dostrzegam, jak różne mogą, a czasem wręcz muszą być postawy i wybory rodzicielskie, by dać naszym dzieciom wsparcie, którego potrzebują. Dlatego już od dawna nie jestem fanką żadnych poradników, raczej umocniło się we mnie przekonanie, że najbardziej trzeba wierzyć swoim instynktom i przeczuciom. Jestem przekonana, że każdy rodzic posiada swój własny szósty zmysł, którym odbiera sygnały dotyczące jego dziecka. Jeśli tylko się w nie uważnie wsłucha, będzie wiedział, co ma robić. Czasu nie cofnę, ale gdybym miała taką możliwość, to jedno zrobiłabym inaczej. Powiesiłabym sobie na szyi karteczkę z pewnym bon motem, żeby nigdy o nim nie zapominać, bo zdarzało mi się. Ten napis brzmi: „Jestem dla moich dzieci najważniejszym autorytetem, to moje zachowanie modeluje ich postawy i wybory każdego dnia”. Na wcześniejszym etapie rodzicielstwa tego nie widać, ale w pewnym momencie ten fakt staje się tak oczywisty, że aż kłuje w oczy. Słucham dziś moich córek, jak myślą, co mówią, jak oceniają i interpretują otaczający je świat i słyszę w tym moje własne słowa, widzę moje własne reakcje naprzemiennie ze słowami i poglądami mojego męża. Prawa fizyki, jak mówią niektórzy. To, co do dzbana włożymy, to z niego wyjmiemy. To, co dobre, ale i to, co złe. Dzieci potrafią nas testować, czasem nawet ranić do bólu. Najważniejsze, najbardziej wartościowe lekcje wydarzają się jednak właśnie w takich najtrudniejszych momentach. Gdy mimo wszystko stajemy po stronie dziecka, przytulamy je, a nie odpychamy, pozwalamy, by przedstawiło nam swój punkt widzenia, nawet jeśli jest nielogiczny, a zachowanie dziecka pozostawia wiele do życzenia. Gdy w kryzysowej sytuacji, zamiast krzyczeć i się obrażać, mówimy: to nie koniec świata, pomyślimy i coś wspólnie uradzimy, zwrócimy się po pomoc do tych, którzy wiedzą od nas lepiej. I przede wszystkim, gdy jesteśmy konsekwentni w naszych słowach i czynach. Jeśli chcemy, by nasze dzieci szanowały innych ludzi, musimy własnym przykładem pokazać im, na czym ten szacunek polega, włączając w to szacunek do nich, naszych dzieci. Jeśli chcemy, by były zainteresowane językiem polskim, swoimi korzeniami, przodkami, pokażmy im, że nas też to żywo interesuje i obchodzi. Jeśli chcemy, by wyrosły na czytelników, warto, by widziały nas z książką w ręku. Zaś rada skierowana do rodziców, którzy, jak ja, wychowali się i odebrali edukację w Polsce, a stają przed wyzwaniem „ogarnięcia” systemu amerykańskiego. Żeby nie wiem jak was korciło, zrezygnujcie z porównań, bo wyrządzą więcej szkody niż pożytku. Na ile możecie włączajcie się w szkolne życie waszych dzieci, zapisujcie na wolontariat w szkole, uczestniczcie w wycieczkach itd. Amerykańska szkoła rodzicem stoi, a że jednocześnie, ze względu na system przydziału do klas, o wiele wcześniej niż szkoła w Polsce skazuje dziecko na przymusową samodzielność i zaradność, zaangażowanie rodzice staje się oparciem, którego dziecko tu nie ma ze strony grupy ani klasy. W starszych latach szkolnych, gdy w ogóle znikają klasy, jakie znamy ze szkoły polskiej, gdy tym samym znika pewna „automatyczna” baza stałych znajomych, warto trzymać rękę na pulsie i monitorować, jak dziecko sobie radzi społecznie i psychicznie. Niestety żyjemy w czasach eskalacji depresji u dzieci i młodzieży, a pandemia tylko ten trend nasiliła. Na szczęście Ameryka jest krajem, gdzie kłopoty ze zdrowiem psychicznym nie są już żadnym tabu, a leczenie nikogo nie stygmatyzuje. Ani dorosłego, ani tym bardziej dziecka. I to ostatnie, być może najbanalniejsze, ale i najważniejsze. Warto inwestować w budowanie bliskości na każdym etapie rozwoju dziecka. Wtedy, gdy jest łatwo, a zwłaszcza wtedy, gdy trudno. Bo dzieci uczą się od nas także tego, jak kochać. A czego potrzebujemy w życiu bardziej niż umieć kochać i być kochanym?

Rozmawiała Jolanta Wysocka

Pionierki są wśród nas

Pierwszy poziom to przestrzeń poszczególnych klas. Uczniowie „świętują” na różne sposoby wraz ze swoimi nauczycielami i wychowawcami.

Drugi poziom obejmuje szerszą społeczność szkolną. Dzieci i młodzież szkół polonijnych prezentują swoje projekty na temat dwujęzyczności uczniom innych klas tej samej szkoły.

Uczniowie klasy piątej z uczniami klasy drugiej po przeczytaniu książek dwujęzycznych, polsko-angielskich

Trzeci poziom to teren szkoły amerykańskiej, gdzie w ramach obchodów Miesiąca Polskiego Dziedzictwa (October – Polish Heritage Month) można promować dwujęzyczność oraz Polonijne Dni Dwujęzyczności (PDD). Warunkiem jest obecność polskojęzycznych uczniów w populacji danej szkoły oraz inicjatywa dwujęzycznego nauczyciela, który jest zatrudniony w strukturach takiej szkoły.

Inicjatywą taką wykazała się Anna Pelesz, która od prawie 20 lat pracuje w jednej ze szkół publicznych w Linden, NJ, jako nauczycielka ESL (English as a Second Language).

Kogutek – symbol Polonijnego Dnia Dwujęzyczności zawitał do nowej szkoły

W tym roku, po raz pierwszy w dziejach tej szkoły oraz dystryktu, pani Anna zaangażowała polskojęzycznych uczniów w świętowanie ich dwujęzyczności. Podczas wypełnionych humorem i zabawą lekcji skorzystali oni z wielu gier zamieszczonych na portalu polishbilingualday.com. Jedną z nich był quiz językowy, który pani Anna napisała specjalnie dla swoich uczniów.

Ważnym elementem zajęć było czytanie dwujęzycznej literatury. Czytane na głos książki powodowały żywe dyskusje na temat losów, rozterek i trudnych decyzji bohaterów. Uczniowie odnosili te zachowania do siebie i do swojego doświadczenia. Dyskutowali, w dwóch językach, o tym, jak postąpiliby w danej sytuacji i jakimi wartościami kierowaliby się podejmując własne decyzje.

Dwie książki, które czytano i omawiano podczas zajęć

Wykonano również szkolną gazetkę, w której zamieszczono podstawowe informacje dotyczące polskich symboli, bohaterów polsko-amerykańskich oraz podstawowych zwrotów w języku polskim. Ochotnicy uczyli swoich angielskojęzycznych rówieśników wyrażeń w języku polskim, na przykład: „Dzień dobry!” i „Co słychać?”. Wszystkie te wydarzenia miały na celu promowanie dwujęzyczności i dwukulturowości, a także polskości w środowisku amerykańskim.

Pozostaje tylko wyrazić nadzieję, że świętowanie dni dwujęzyczności wejdzie na stałe do kalendarza Szkoły Nr 6 w Linden, NJ, i rozprzestrzeni się na inne szkoły amerykańskie.

PA

Cracovia – bardzo polskie miejsce

Janusz M. Szlechta

12 października 2003 roku nazwa tego Polskiego Domu została zmieniona na Cracovia Manor (Krakowski Dwór). „Mniej więcej 12 lat walczyliśmy o zmianę nazwy, bowiem angielska Polish Peoples Home dla Amerykanów była trochę myląca. Kojarzyła się bowiem z miejscem tylko dla Polaków, zamkniętym. Niektórzy postrzegali Cracovię nawet jako miejsce opieki nad osobami starszymi. Tymczasem to nie jest miejsce zamknięte tylko dla jednej grupy etnicznej. Otwarci jesteśmy dla każdego, kto ma ochotę tutaj zajrzeć” – tłumaczyła w wywiadzie udzielonym w listopadzie 2008 roku “Nowemu Dziennikowi” ówczesna prezes Grażyna Torbus.

CENTRUM POLSKOŚCI

W wyniku silnej emigracji powstawały w Wallington liczne polskie sklepy i przedsiębiorstwa, zaczęły też rozwijać się polskie instytucje i organizacje. W maju 1920 r. powstała tu instytucja finansowa Wawel Building and Loan Association, a pięć lat później Towarzystwo Józefa Piłsudskiego. W 1925 założona została parafia Polskiego Kościoła Narodowego pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, a 1944 parafia rzymskokatolicka pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa.

Coraz silniejsza stawała się potrzeba stworzenia centrum życia polonijnego, stałego miejsca, gdzie Polacy mogliby się spotykać. W kwietniu 1935 r. zawiązał się komitet założycielski korporacji, która wkrótce powołała Polski Dom. W jego skład weszli m.in.: Jan Bednarz, Aleksander Bieniek, Jan Marut, Marcin Marut, Albert Schufnar, Leon Strzelecki, Ludwik Posłuszny, Błażej Mańkowski, Stanisław Konikowski i Anna Warchoł. Komitet zwrócił się do Wawel Building and Loan Association z propozycją wynajęcia budynku Wallington Auditorium, będącego w posiadaniu Wawelu. Propozycja została skwapliwie przyjęta, a miesięczny czynsz ustalono w wysokości 25 dolarów. Ale nawet ta suma okazała się za wysoka w okresie podnoszenia się z wielkiego kryzysu gospodarczego, który w latach 1929-1933 ogarnął Stany Zjednoczone i świat. Tylko dzięki ofiarności tych, którzy go powołali, Polski Dom przetrwał.

W listopadzie 1944 r. komitet – w składzie: Michał Wójcik, Wawrzyniec Mizdal, Jan Marut, Marian Sembarski, Jan Fila i radca prawny Alden Patlen – zakupił Wallington Auditorium za 12 tysięcy dolarów. Znalazło się wówczas wielu ochotników, którzy bezinteresownie dokonali remontu obiektu, aby siedziba Polaków w Wallington wyglądała jak najbardziej efektownie.

Po zakończeniu II wojny światowej w mieście pojawiło się wielu nowych polskich emigrantów. Polski Dom rósł w siłę i zaczął odgrywać coraz większą rolę w życiu tutejszej Polonii. Z czasem stał się siedzibą wielu polskich organizacji.

Pod koniec lat 60. przeniósł tutaj siedzibę z Passaic Związek Młodzieży Polskiej. Była to organizacja prężna, która wniosła nowego ducha. Wkrótce wielu jej członków weszło w skład dyrekcji Polskiego Domu, m.in.: Stanisław Szura, Zbigniew Jaworski, Ryszard Wójcik, Aniela Wolny, Eugenia Raczyńska, Tadeusz Pertkiewicz, Jan Hałupka i Bolesław Budzyń. Tutaj też znalazł siedzibę chór Aria oraz Polska Szkoła im. Adama Mickiewicza – założone przez ZMP.

Zadomowił się w Cracovii oddział Kongresu Polonii Amerykańskiej na powiaty Bergen i Passaic. Przez pewien czas odbywały się tu próby zespołu tanecznego Grupy 2571 Związku Narodowego Polskiego. Przez wiele lat, jeszcze do niedawna, w każdy wtorek mieli tutaj zbiórki harcerze. Przez niemal 20 lat miało tutaj swoją siedzibę Joseph’s Dance Studio Józefa Pałki, które propagowało taniec towarzyszki wśród dzieci i dorosłych.

Przy Cracovii działa Fundacja im. Bolesława Budzynia, która wręcza stypendia najzdolniejszym studentom polskiego pochodzenia ze stanu New Jersey, studiującym na amerykańskich uczelniach. Ma tu też swoją siedzibę Komitet Parady Pułaskiego w Wallington.

Z MYŚLĄ O PRZYSZŁOŚCI…

Pod koniec lat 80. nastąpił prawdziwy renesans Polskiego Domu Ludowego „Cracovia”. To wówczas kupiono od agencji sprzedaży nieruchomości sąsiedni budynek, przy 150 Locust Avenue. W późniejszych latach dokonano przebudowy parkingu i ogrodzenia posesji. W miejscu dawnej kuchni powstała mała sala, którą można łączyć z dużą – co znacznie poszerzyło możliwości organizowania różnych imprez. Odnowiono małą i dużą salę, wykonując artystyczne prace dekoracyjne. Położono nowe dywany. Przy okazji dokonano renowacji hallu (lobby). Założono też nowy system ogrzewania oraz chłodzenia.

W Cracovii odbywały się i wciąż się odbywają zebrania różnych organizacji polonijnych oraz spotkania z ciekawymi ludźmi. Organizowane są tu przyjęcia weselne, komunie i chrzciny, liczne bale i imprezy okolicznościowe. Co istotne, Cracovia otworzyła się na inne nacje. Coraz częściej organizują tu swoje imprezy Latynosi, chociażby popularne u nich „Sweet 15” (odpowiednik naszej „18”).

„Niestety, coraz mniej Polaków tutaj zagląda, a podatki i koszty utrzymania obiektu musimy pokryć, stąd szukamy różnych źródeł dochodu i musimy otwierać się na Latynosów czy inne grupy etniczne. Póki sił nie pozwolimy, aby Polonia straciła takie piękne miejsce, z tradycjami” – mówił w 2010 roku ówczesny prezes Stanisław Wąsicki.

Założyciele Polskiego Domu Ludowego „Cracovia” w Wallington (od lewej): Jan Dziuba, Antoni Konikowski, burmistrz miasta Leon Strzelecki, Jan Marut, Albert Schufnara, Marcin Marut, Bazyli Dugowy i Alexander Bieniek  FOTO: ARCHIWUM CRACOVII

POZYTYWNE ZMIANY…

Na rzecz Polskiego Domu „Cracovia” pracowały trzy pokolenia rodaków. Podwaliny pod ten dom kładli przedwojenni emigranci „za chlebem”. Drugie pokolenie to weterani II wojny światowej i ich rodziny. Los rzucił ich daleko od ojczyzny, a na ziemi Waszyngtona z zapałem włączyli się w nurt życia polonijnego. Trzecia fala emigrantów to „emigracja solidarnościowa” z lat 80. ubiegłego wieku. Wszyscy – w większym lub mniejszym stopniu – przyczynili się do krzewienia kultury polskiej, do utrzymania języka ojców i religii. Wszyscy też zostawili cząstkę swojej pracy w Polskim Domu przy Main Avenue.

Miejsce to wyróżnia spośród innych polskich domów fakt, że nie ma jednego właściciela – właścicielami są akcjonariusze. Walne zebrania akcjonariuszy odbywały się zazwyczaj wczesną wiosną i wówczas wybierana była 15-osobowa Rada Dyrektorów, wraz z prezesem. Ich kadencja trwała rok. Od 10 lat wybory odbywają się co dwa lata, a Rada Dyrektorów liczy 11 osób. Czas pokazał, że były to pozytywne zmiany.

Akcje Cracovii posiada około 180 osób, ale może połowa z nich pojawia się na zebraniach i naprawdę interesuje się Polskim Domem. Wartość jednej akcji wynosi aktualnie 180 dolarów. Na wolnym rynku kupić ich nie można, jedynie od akcjonariusza, który zechciałby się pozbyć akcji.

W ostatnich 30 latach funkcje prezesa zarządu Cracovii pełnili: Henryk Butryn, Tadeusz Pertkiewicz, Aniela Wolny, Jan Hałupka, Grażyna Torbus, Stanisław Wąsicki i Hanna Ślęzak. W skład 11-osobowej Rady Dyrektorów wchodzą: Witold Kulesza, Małgorzata Majcherczyk, Krzysztof Rychter, Małgorzata Gruca, Witold Bagiński, Sławomir Gancarz, Iwona Podolak, Andrzej Łukaszek, Józef Guzik, Celina Urbankowska i prezes Grażyna Torbus.

Cracovia Manor

196 Main Avenue

Wallington, NJ 07057

Tel. 973-473-8527

Cracovia Manor świętuje swoje urodziny 85+

Proszę na początku o wyjaśnienie, kto jest właścicielem Cracovii Manor i kto rządzi w tym miejscu?

Grażyna Torbus: Nie ma jednego właściciela, co wyróżnia to miejsce spośród wielu innych polskich domów w USA. Jego właścicielami są akcjonariusze. Trzeba mieć polskie pochodzenie – to jest podstawowy warunek – aby móc kupić akcje i być akcjonariuszem. Akcjonariusze co dwa lata biorą udział w walnym zebraniu i wybierają 11-osobowy zarząd, który z kolei wybiera prezesa. Zarząd dba o to, aby ta polska placówka należycie funkcjonowała. Spotkania zarządu odbywają się raz w miesiącu. Każdy z nas ma przydzielony zakres czynności, za realizację których odpowiadamy i z tego jesteśmy rozliczani.

Cracovia Manor w Wallington to bardzo Polski Dom, niestety, już jeden z ostatnich w stanie New Jersey. Od jak dawna jesteście Państwo związani z tym miejscem i czym się zajmujecie na co dzień?

Grażyna Torbus: Z Cracovią jestem związana od 27 lat. W listopadzie 2021 roku zostałam wybrana na prezesa zarządu. Wcześniej, na przełomie lat 2008-2009, też byłam prezesem przez rok – bo tyle trwała wówczas kadencja. Teraza kadencja trwa dwa lata. Za czasów mojej pierwszej prezesury zrobiliśmy duży remont głównej sali.

W 2016 roku byłam członkiem komisji gospodarczej. Wtedy rozpoczęliśmy totalny remont całego frontu budynku. Zrobiliśmy podjazd i podnieśliśmy nieco cały przód, dzięki czemu wygląda inaczej, o wiele ładniej. Zmobilizował nas do tego fakt, że zapowiedział u nas wizytę polski prezydent Andrzej Duda. Jak pamiętamy, spotkał się z Polonią 20 września 2017 roku. W 2018 roku, kiedy byłam wiceprezesem zarządu Cracovii, zrobiliśmy remont damskiej toalety. Nawet panowie są nią zachwyceni i chętnie z niej korzystają, jeśli to jest możliwe. W ubiegłym roku, po wyborach, rozpoczęliśmy kolejne prace remontowe.

Kiedy ponownie zostałam prezesem, uświadomiłam sobie, o czym zresztą wielokrotnie rozmawiałam z członkami zarządu, że nasza Cracovia musi nadążać za zmianami i wyjść naprzeciw oczekiwaniom środowiska. Ludzie muszą się tutaj czuć dobrze. Poprawiamy więc wnętrze obiektu i dostosowujemy je do potrzeb. Zdecydowaliśmy, że musi być duży, łatwo dostępny bar. Potrzebował remontu, bo nie był zmieniany co najmniej od 25 lat. Kiedy usunęliśmy niski sufit nad barem – nazywaliśmy go „niską ławą“ – to okazało się, że kable elektryczne, niektóre przecięte, nieużywane, wisiały tam praktycznie od początku istnienia Cracovii. Elektryk to wszystko wymienił, uporządkował i zrobiliśmy nowy sufit. Mamy też nowy, duży bar. Odnowione zostało również główne wejście do budynku. Na piętrze zorganizowaliśmy – z myślą o pannach młodych, które wkraczają w ślubnym orszaku – nieduży salon, z nowoczesną toaletą. Panna młoda może tam usiąść na kanapie, chwilkę odpocząć oraz poprawić swoją urodę.

Zarząd Cracovii Manor (od lewej): Witold Kulesza, Małgorzata Majcherczyk, Krzysztof Rychter, Małgorzata Gruca, Grażyna Torbus, Witold Bagiński, Sławomir Gancarz, Iwona Podolak, Andrzej Łukaszek, Józef Guzik i Celina Urbankowska  FOTO: BOGDAN TORBUS

Witold Kulesza: To miejsce potrzebuje gospodarza, który wszystkiego dopilnuje i naprawi co trzeba. No i ja staram się być takim gospodarzem. Jestem związany z Cracovią już 35 lat. Kiedyś byłem tutaj parkinowym, potem skarbnikiem, członkiem komisji gospodarczej, członkiem dyrekcji, kilka lat byłem zastępcą menedżera. Stanowisko to przejąłem od śp. Ryszarda Wójcika. Przekazał mi nie tylko stanowisko, ale i wiedzę. Uczyłem się od niego, jak się trzyma miotłę i jak należy zarządzać tym miejscem oraz organizować imprezy. Żeby ten dom żył, bo – według mnie – piękniejszego polskiego domu nie ma w całej Ameryce. Skoro prezydent Andrzej Duda nas odwiedził, to dowodzi, że coś znaczy to miejsce. Jako działacze polonijni poczuwamy się do odpowiedzialności, aby to miejsce tętniło życiem, było zadbane i eleganckie, abyśmy byli z niego dumni.

Głównym celem założycieli było, aby Polish Peoples Home „Cracovia“ – tak się to miejsce nazywało przez wiele lat, od momentu powstania w 1935 roku – służył Polonii, aby przyciągał rodaków i jednoczył ich. Czy coś w tej materii się zmieniło oprócz nazwy?

GT: Absolutnie nie! To jest miejsce otwarte dla wszystkich. Cały czas staramy się, aby Cracovia była piękna i jak najlepiej służyła gościom – przede wszystkim jednak Polonii, bo przecież to jest polskie miejsce. Cracovia była i jest siedzibą wielu polskich organizacji. Tutaj działał i działa Związek Młodzieży Polskiej, Kongres Polonii Amerykanskiej – oddział północne New Jersey – i Polish American Club of New Jersey. Tutaj organizował swoje próby i występy chór Aria. Przez wiele lat działała szkoła języka angielskiego. Wieczorami ćwiczyli judocy pod okiem Sylwestra Gawła. To właśnie w Cracovii Józef Pałka rozwinął swoje słynne studio taneczne Joseph’s Dance Studio i uczył tańczyć zarówno dzieci, jak i dorosłych. Prężnie też działali harcerze. W Cracovii gościliśmy wielu wspaniałych ludzi, m.in.: prymasa Polski Józefa Glempa, znanego w świecie himalaistę Ryszarda Pawłowskiego, mistrza olimpijskiego w skoku o tyczce z Moskwy Władysława Kozakiewicza, Jurka Owsiaka, dziennikarza Stanisława Michalkiewicza, Irenę Jarocką oraz wielu sławnych piosenkarzy i artystów.

WK: Od początku Cracovia organizuje wesela, chrzty, uroczystości komunijne, imieniny, itp. Posiadamy trzy sale, co daje nam duże możliwości. Możemy obsłużyć wesela i inne przyjęcia do 400 osób. Przez cały czas trwania uroczystości do dyspozycji jest miła i profesjonalna obsługa.

U nas odbywają się ważne dla Polaków imprezy: andrzejki, sylwester, walentynki i spotkania opłatkowe przed Bożym Narodzeniem dla posiadaczy akcji (oczywiście mogą w tym spotkaniu uczestniczyć także osoby nieposiadające akcji, ale muszą wówczas zapłacić). W Cracovii niedawno znalazły swoje miejsce organizacje górali – wcześniej tego nie było: Koło Jana Sabały oraz Stowarzyszenie Podhalan w New Jersey Koło nr 6 im. Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Jest to efekt – tu się pochwalę – moich działań, bo to ja przyciągnąłem te organizacje. Dołączyła do nich grupa „Sanokrazem“, skupiająca osoby wywodzące się z Sanoka. W sobotę, 8 października, mieli u nas piękną imprezę. Mamy świadomość, że ceny takich imprez rosną i nie wszyscy mogą sobie pozwolić na uczestnictwo w nich.

GT: My nie limitujemy czasu gościom bawiącym się na imprezach u nas organizowanych, tak jak dzieje się to w innych miejscach. No i ludzie u nas bawią się świetnie. Nie mówię tak, aby się chwalić, ale to potwierdzają sami uczestnicy imprez. Mamy chyba największy i najlepszy parkiet, w porównaniu z innymi podobnymi obiektami w najbliższym regionie. W większości przypadków parkiet jest z granitu i jeśli ktoś ma problem z kolanami, tak jak na przykład ja, to ten granit pod koniec wieczoru nie jest za dobry. Nasz parkiet jest wykonany z solidnego drewna, na którym naprawdę dobrze się tańczy. Pandemia pokrzyżowała nam wiele planów. Ze względu na bezpieczeństwo ludzi w ubiegłym roku nie było na przykład balu sylwestrowego.

WK: Teraz na szczęście wszystko się zmieniło na lepsze. No i wiele się dzieje. Praktycznie w każdy weekend pojawia się u nas dużo ludzi, no bo są imprezy. W ciągu tygodnia też są organizowane. Tylko w okresie ostatnich kilku tygodni na naszej scenie wystąpili: Kabaret Neo-Nówka, stand-up-owcy Rafał Pacześ i Rafał Rutkowski, zespół Classic, Zenon Martyniuk, zespół Boys, Top Girls, Luka Rosi, Kaspi i Maciej Smoliński oraz zespół Kombii. Odkąd tutaj jestem, w Cracovii wystąpiło wielu wspaniałych polskich artystów. W naszej księdze pamiątkowej widnieje wiele znanych nazwisk, głównie ze świata kultury, ale także i ze świata polityki, w tym przedstawicieli polskich władz, którzy gościli w naszym domu.

Podświetlana tablica przed budynkiem Cracovii, która przyciąga do tego miejsca
FOTO: ARCHIWUM CRACOVII

Wielu wspaniałych ludzi, którzy pracowali z całego serca i dbali o to miejsce, niestety, już odeszło. Państwo należycie do tej już dojrzałej gwardii. Jak widzicie przyszłość Cracovii? Czy znajdą się Wasi następcy, którzy będą o nią dbać?

WK: To nie jest żadną tajemnicą, że potrzebujemy młodych ludzi do pracy. Nie jest łatwo ich przyciągnąć. Na początku października rozmawiałem przez telefon z dziewczyną z polskiej rodziny, która jednak już jest zupełnie zamerykanizowana. Niechętnie, ale przyszła do Cracovii na rozmowę. Kiedy zobaczyła, co się tutaj dzieje, co i jak robimy, stwierdziła, że zostaje i będzie z nami pracować. Po dwóch tygodniach uznała, że to miejsce bardzo jej odpowiada. To pokazuje, że jest potencjał, tylko trzeba tych młodych ludzi przyciągnąć. Ja wciąż czuję się dobrze, mogę pracować, ale mam już 70 lat. Za niektórymi rzeczami mogę już nie nadążąć, bo technika i komputeryzacja bardzo poszły do przodu.

Pandemia koronawirusa bardzo utrudniła funkcjonowanie biznesom, Cracovii również. Wiele polskich biznesów upadło. My, czyli aktualny zarząd, jak i poprzedni, robiliśmy wszystko, często kosztem własnych rodzin, aby Polski Dom przetrwał. Przez wiele miesięcy był zamknięty. W pewnym momencie obawialiśmy się, że zostanie zupełnie zamknięty. Wcale nie z winy zarządu. Trudno było cokolwiek zorganizować, a ludzie nie chcieli wychodzić z domów. Nie było balu sylwestrowego na koniec 2020 i 2021 roku. Koszty zorganizowania takiego balu są duże. Wiele osób chorowało na COVID, inni bali się bezpośredniego kontaktu, więc chętnych do wzięcia w nim udziału było naprawdę niewielu. Ja też chorowałem, trafiłem nawet do szpitala. Moją żonę również dopadł COVID. Na szczęście jesteśmy już zdrowi, czujemy się bardzo dobrze.

Po tych wszystkich zawirowaniach Cracovia podniosła się… nie z kolan, ale z pleców. Idzie do przodu dzięki oddanej grupie osób. A zatem możemy powiedzieć, że jest i będzie. To jest bardzo dobra wiadomość. Tym bardziej że Polsko-Amerykańskie Centrum Kultury w pobliskim Passaic, które jeszcze niedawno przyciągało Polonię, w którym tyle się działo, zostało sprzedane.

Aktualnie Cracovia ma się świetnie. Staramy się robić to, co należy. Cieszy mnie fakt, jako członka dyrekcji i starego menedżera, że mam dwóch zastępców i uczę ich pracy, którą jeszcze wykonuję. Jestem przekonany, że będą dobrymi moimi następcami. Jesteśmy otwarci na wszystkich ludzi, którzy byliby zainteresowani konkretną, rzetelną działalnością w Cracovii. My pracujemy tutaj nie dla dywidend, lecz dla Polskiego Domu, dla Polonii, dla naszych dzieci. Mogę powiedzieć nieskromnie, że właśnie tutaj, w Cracovii Manor, wychowała się cała czwórka moich dzieci. Dzięki temu wyrosły na porządnych ludzi, potrafiących i chcących pracować dla innych, dla Polonii.

W Cracovii przez wiele lat działało Joseph‘s Dance Studio. Jego właściciel Józef Pałka nauczył tańczyć pewnie kilka tysięcy osób, a blisko kilkadziesiąt jego par zdobyło mistrzostwo Stanów Zjednoczonych. Tutaj też skojarzyło się wiele małżeństw.

GT: Nie możemy na to pozwolić, aby Cracovię spotkał podobny los jak Polsko-Amerykańskie Centrum Kultury w Passaic. Wiem, dużo osób narzeka, że u nas ceny są dosyć wysokie, ale przecież my musimy kupować towar, płacić naszym pracownikom, na przykład kelnerom i kucharzom, którzy chcą zarobić tyle samo, ile zarabiają kelnerzy czy kucharze w ekskluzywnej restauracji – The Venetian czy Royal Manor w Garfield. Ceny wszędzie poszły do góry. Jeśli zostałaby zamknięta Cracovia, Polska Fundacja Kulturalna w Clark, Klub Wisła w Garfield i Zjednoczenie Polaków w Ameryce z siedzibą w Perth Amboy, to już nie będzie takich miejsc w stanie New Jersey, gdzie my, Polacy, będziemy mogli się spotkać, zabawić się, porozmawiać. Jest wiele miejsc amerykańskich, ale to już inne warunki i tam już nie będziemy się czuć jak u siebie.

WK: Chcemy stworzyć na piętrze kącik historyczny, w którym umieścimy zdjęcia i dokumenty z minionych lat. Dzięki temu każdy będzie mógł poznać troszeczkę historię tego domu.

GT: Każdy, kto zechce pracować dla Polonii, może do nas przyjść. Czasami mam takie marzenie, że chciałabym przyjść do Cracovii pobawić się, a nie pracować i jako gość powiedzieć: „Wow, jakie fajne miejsce. Superimpreza, fajnie to zorganizowali“.

Nowoczesny bar w Cracovii FOTO: JANUSZ M. SZLECHTA/NOWY DZIENNIK

W sobotę, 5 listopada, zapraszacie Państwo rodaków na obchody 85. urodzin Cracovii Manor, czyli na piękny bal jubileuszowy…

GT: Tak naprawdę są to urodziny „85 plus“. 85. urodziny Cracovii mieliśmy obchodzić w 2020 roku, bo Cracovia została założona w kwietniu 1935 roku, ale pandemia nam w tym przeszkodziła. Zapraszamy więc na nasz jubieluszowy bal 5 listopada. Bilety nie są drogie – kosztują tylko 175 dolarów. Jestem przekonana, że każdy spędzi tutaj naprawdę dobry wieczór. Będzie specjalna cocktail hour, otwarty bar, obiad w polskim stylu na życzenie i zespół, który będzie grał do tańca do białego rana. Już niewiele zostało takich polskich domów, w których można się kulturalnie, w świetnej atmosferze i warunkach pobawić. Jeśli chcemy, aby Cracovia przetrwała, to musimy być razem. Powinniśmy być dumni, że mamy taki Polski Dom. Każdy Polak powinien wspierać polskie biznesy, polskie miejsca i polskie wydarzenia.

WK: Powinniśmy być dumni również z tego, że mamy taką wspaniałą ojczyznę, Polskę. W czerwcu 1981 roku przyjechałem do rodziny w Cleveland w stanie Ohio. Miałem wrócić do Krakowa w grudniu. Na krótko przed wylotem poszedłem na koncert Jana Pietrzaka w Polskim Domu w Cleveland. Jego występ opóźniał się… W pewnym momencie Jan Pietrzak pojawił się na scenie wraz z organizatorami (wśród których był mój wujek) i powiedział: „Chciałem Państwa przeprosić, ale mój występ się nie odbędzie, ponieważ nie dam rady“ i rozpłakał się. Po chwili dodał: “Dwie godziny temu otrzymaliśmy wiadomość, że generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny w Polsce“. Zapanowała cisza. Wszyscy widzowie zostali zaproszeni na kawę i herbatę. Siedzieliśmy przy stołach i rozmawialiśmy o tym, co sie stało. Rozmowy trwały do godziny 10 rano. W takich warunkach poznałem osobiście Jana Pietrzaka. Już nie wróciłem do Polski. Potem, kiedy przeniosłem się do New Jersey i zacząłem pracować w Cracovii, Pietrzak występował kilka razy w naszym domu.

Czy na uczestników tego specjalnego balu będą czekać specjalni goście i artystyczne atrakcje?

WK: W czasie pandemii ludzie nauczyli się, że na imprezy przychodzą w dżinsach i adidasach. Mamy nadzieję, że na ten nasz bal przybędzie co najmniej 300 osób, i to elegancko ubranych.

GT: Panie mogą pokazać się w pięknych kreacjach, bo to jest świetna okazja. Na pewno będzie przedstawiciel Konsulatu Generalnego RP na Manhattanie, nowo wybrany główny Marszałek Parady Pułaskiego 2023 Robert Piwowarczyk oraz Bogdan Chmielewski – dyrektor wykonawczy Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej. Mamy też nadzieję, że dołączy do nas amerykańska dziennikarka Rita Cosby.

Rozmawiał Janusz M. Szlechta