New York
61°
Clear
6:15 am7:35 pm EDT
13mph
43%
29.99
TueWedThu
72°F
61°F
52°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Kultura

Borys Szyc: Grając Forsta, szukałem punktów odniesienia w sobie (wywiad)

11.01.2024
Foto: moviesroom.pl/

Grając Forsta, szukałem punktów odniesienia w sobie. Pamiętam siebie sprzed lat. Nie chciałem siebie znać, zrozumieć ani lubić. Myślę, że Forst także siebie nie lubi – powiedział PAP Borys Szyc, gwiazda i producent serialu „Forst”, który w czwartek debiutuje na Netflixie.

„Forst” to serial na motywach serii powieści kryminalnych autorstwa Remigiusza Mroza. Tytułowy bohater jest komisarzem słynącym z niekonwencjonalnych metod pracy. Mężczyzna otrzymuje trudne zadanie – ma rozwikłać zagadkę brutalnych morderstw, do których dochodzi w Tatrach. W ustaleniu sprawcy pomaga mu dziennikarka Olga Szrebska. Wspólnie odkrywają, że zbrodnie mają swoje źródło w spisku sięgającym II wojny światowej.

PAP: W USA aktor, który odniósł sukces, często chce więcej i zaczyna produkować filmy. W Polsce – niekoniecznie. Pan zdecydował się wziąć na siebie tę podwójną odpowiedzialność w „Forście”. Nie tylko zagrał tytułowego komisarza, ale też czuwał nad kształtem serialu jako producent. Co sprawiło, że postanowił pan być sobie sterem, żeglarzem, okrętem?

Borys Szyc: Przykład zawsze idzie z góry, a USA są punktem odniesienia niedoścignionym pod względem budżetów i skali przemysłu, jakim jest tamtejsza kinematografia. Do produkowania filmów przymierzałem się parę lat, zaliczając większe lub mniejsze wpadki. Kiedyś postanowiliśmy z moją agentką Martą Barańską, że gdy już dojrzejemy i więcej się nauczymy, zajmiemy się także produkcją. I tak się stało, założyliśmy BoMa Films. Natomiast prawa do książek Remigiusza Mroza nabyliśmy zanim powstała firma, w 2016 r. On nie był wówczas jeszcze tak bardzo rozpoznawalnym autorem. Na rynku ukazała się dopiero pierwsza książka o Forście. Udało nam się kupić prawa trochę taniej, więc to był nasz pierwszy, dobry biznesowy ruch. Ale później długo odbijaliśmy się od różnych drzwi. Czasami ktoś nie chciał nas, ale zdarzało się, że to my odmawialiśmy stworzenia na podstawie tej historii serialu telewizyjnego. Czuliśmy, że potrzebny jest większy rozmach, budżet i partner, który pomógłby nam to zapewnić. Przez dwa lata ten projekt był pisany dla innej dużej platformy i w końcu nic z tego nie wyszło.

Na szczęście na horyzoncie pojawił się Netflix, który rozwinął się na świecie i zaczął dużo inwestować w Polsce. To był dla nas dobry znak. Kiedy zjawiliśmy się u nich z prezentacją, przyklasnęli temu pomysłowi. Pozyskaliśmy wspaniałego partnera, z którym mogliśmy wszystko zrealizować. A ja – zagrać Forsta, bo już na okładce pierwszej książki Remka odgrażałem się, że bardzo chciałbym to zrobić. Nie odpuściłem i w końcu możemy pokazać widzom tę opowieść, choć nie jest to wierna adaptacja. Zgodziliśmy się z autorem, że serial powinien być na motywach jego powieści. Znajdziemy w nim najważniejsze wątki z książek i wydarzenia kojarzone z Forstem, ale uniwersum Mroza zostało poszerzone. Sądzę, że to może być atrakcją dla osób, które doskonale znają książki. Na ekranie zobaczą nowe postacie i motywy. Opowiadamy także o przeszłości Wiktora.

PAP: Dzieciństwo miał bardzo smutne. Forstowi brakowało rodzicielskiej miłości, odpowiednich wzorców, co rzutuje na jego dorosłe życie. Z jednej strony pragnie bliskości, z drugiej – ma problem z utrzymaniem bliskich relacji, czy to przyjacielskich czy romantycznych. Tacy potrzaskani bohaterowie wydają się panu najbardziej interesujący?

B.S.: Przewidywalnymi i sympatycznymi ludźmi lubimy otaczać się w życiu, a przynajmniej ja lubię. Z kolei na ekranie wolę oglądać kogoś, kto się z czymś zmaga, komu jest trudno i komu mimo wszystko kibicujemy. Możemy obserwować, jak bohater się czegoś uczy lub ciągle popełnia te same błędy. Mówimy wówczas: co za głupek, mógłby wreszcie w życiu czegoś się nauczyć. Forst ma po trosze tego, po trosze tamtego. Nie mogliśmy zawrzeć wszystkiego w sześciu odcinkach, bo tyle liczy pierwszy sezon. Dla mnie to jest dopiero entrée do tej historii. Staramy się zarysować jego losy, ale na pewno nie opowiedzieliśmy o nim jeszcze wszystkiego. Natomiast wiemy, że jest banitą policyjnym. Trudno się z nim żyje, pracuje i pewnie tym trudniej będzie mu rozwikłać zagadkę kryminalną. A już na pewno wisi nad nim fatum, które można nazwać przeszłością. Wciąż przed nią ucieka, ale ona depcze mu po piętach. I jak to zazwyczaj bywa, jeśli człowiek się z czymś nie skonfrontuje, prędzej czy później go to dopadnie. Forst boi się konfrontacji z samym sobą.

PAP: Tworząc tę postać, gdzie szukał pan punktów odniesienia?

B.S.: W sobie.

PAP: Tą rolą coś pan przepracowywał?

B.S.: Na pewno mam już przepracowane dużo więcej niż Forst, bo on jeszcze się ze sobą nie mierzy. Ale pamiętam siebie sprzed lat. Uciekałem przed samym sobą. Nie chciałem siebie znać, zrozumieć ani lubić. Myślę, że Forst także siebie nie lubi, a na pewno siebie nie kocha i stąd biorą się jego problemy ze wszystkimi wokół. Nie potrafi przyjąć miłości, nie umie też nikomu jej dać. Chociaż bardzo za tym tęskni, czuje się samotny i chciałby wreszcie – jak każde stworzenie na świecie – poczuć spokój i miłość. Jeszcze nie rozumie, dlaczego to się nie udaje.

PAP: Pana bohater bierze udział w wielu scenach walk. To wymagało specjalnych przygotowań fizycznych do roli?

B.S.: Staram się cały czas być w formie. Forst – choć w kiepskiej kondycji – potrafi zdobyć się na nadludzki wysiłek i brać udział w niemal bondowskich pojedynkach. Przygotowując się do pracy, przez dwa miesiące mieliśmy treningi z kaskaderami. Siedzieliśmy w sali i ćwiczyliśmy układy, czyli praliśmy się nawzajem z kolejnymi aktorami. To była dobra zabawa. Z kolei zdjęcia były dość trudne, ponieważ kręciliśmy zimą w górach. Przed wejściem na plan nasz opiekun Janek Wierzejski, który pracuje z TOPR, opowiadał, co powinniśmy zabrać ze sobą, jak się rozgrzewać. Przygotowywaliśmy ekipę do wejścia na Giewont. Mogliśmy ich dowieźć najdalej do schroniska. Wszyscy wyruszaliśmy w drogę o piątej rano. Towarzyszyło nam pięćdziesięciu TOPR-owców i sześćdziesięciu szerpów, którzy już wcześniej wnosili na górę tonę sprzętu. O godz. 6.30, kiedy pojawialiśmy się na szczycie, wstawało słońce i świeciło nam w oczy. Te niesamowite przeżycia bardzo skonsolidowały całą ekipę. Przez sześć miesięcy byliśmy naprawdę fajną, górską rodziną.

PAP: Skoro przy tym jesteśmy, udało wam się zebrać wspaniałą, nieoczywistą obsadę. Obok pana w serialu grają m.in. związana z Teatrem Narodowym, nieodkryta dotąd przez kino Zuzanna Saporznikow, dawno niewidziana na ekranie Kamilla Baar, wspaniała Małgorzata Hajewska-Krzysztofik oraz utalentowany aktor młodego pokolenia Mikołaj Kubacki. Jako producent miał pan wpływ na dobór obsady?

B.S.: Oczywiście. Zależało nam, żeby poza jednym znanym nazwiskiem pojawiły się nowe lub dawno niewidziane twarze. To sprawia, że historia staje się bardziej wiarygodna. Uważam, że Zuza Saporznikow jako Olga Szrebska będzie dla ludzi niesamowitym odkryciem i że to dla niej początek dużej kariery. Z całego serca jej tego życzę. Mikołaj Kubacki już pokazał, co potrafi. Widzieliśmy się wcześniej przy „Królu”, gdzie grał wykonawcę moich najstraszniejszych rozkazów. Zapamiętałem go i bardzo chciałem się z nim spotkać. Zresztą nadal chcę, więc niewykluczone, że jeszcze kiedyś zrobimy coś wspólnie.

Założenie było też takie, żeby pokazać miejscowych ceprów i górali. Wiedzieliśmy, że musimy sięgnąć do źródła – Teatru Witkacego w Zakopanem, który kocham od lat. Pierwszy raz byłem tam na spektaklu jeszcze w liceum. Wspominam to jako niezwykłą przygodę artystyczną. Zaprosiliśmy aktorów z tego teatru na zdjęcia próbne. Dzięki temu znalazł się u nas serialowy Osica, czyli Andrzej Bienias. Niesamowity, charyzmatyczny aktor, który zagrał na scenie wielkie role klasyczne i współczesne. Praca z nim była wielką przyjemnością. A z Kamilką Baar tęskniliśmy za sobą prawie dwadzieścia lat – od czasu „Vinci”. Ciągle się odgrażaliśmy, że się spotkamy i wciąż się mijaliśmy. Cieszę się, że w końcu nadarzyła się okazja, by trochę ze sobą pograć.

PAP: Mówi się, że aktorem zostaje się po to, żeby chociaż raz w życiu być policjantem i raz – bandytą. To bliski panu mit?

B.S.: Jeżeli tak, to od tego zacząłem. Policjantów i bandytów załatwiłem już na początku kariery. Bandytą byłem w „Symetrii” i uważam, że ten początek zdeterminował przyszłość. W „Vinci” grałem policjanta i złodzieja, więc miałem dwa w jednym. W „Oficerze” byłem tajnym policjantem pracującym nad rozbiciem siatki przestępczej. Także rzeczywiście te role od początku były mi bliskie. Później, kiedy dojrzewasz, chcesz grać również trochę inne postacie. Ja miałem w życiu zawodowym dwie drogi, bo sporo grałem w teatrze. Tam mierzyłem się z zupełnie innymi propozycjami – z Hamletem, Płatonowem, wielką literaturą. A tu bywało różnie. Natomiast teraz udało mi się wrócić z niepokornym policjantem, który – mam nadzieję – przypadnie państwu do gustu.

PAP: Zarówno Jakub Michalczuk, autor „Miało Cię nie być”, jak i reżyser „Forsta” Daniel Jaroszek, z którymi ostatnio pan pracował, to młodzi, utalentowani filmowcy. Robią kino autorskie, ale skierowane do szerokiej publiczności. Co was połączyło?

B.S.: Z każdym coś innego. Choć oni mają wspólny mianownik – wywodzą się z reklamy. Wydaje mi się, że to Tadeusz Śliwa, twórca filmu „(Nie)znajomi”, zapoczątkował trend, by reżyserzy reklam przechodzili do filmu. Pewnie zmęczyli się komercją i chcieli zrobić coś ambitniejszego. Poza tym zarobili już tyle pieniędzy, że było ich stać, by robić sztukę. Mnie się to spodobało, ponieważ tacy twórcy mają inne spojrzenie niż typowi absolwenci szkół filmowych, którzy od początku chcą zajmować się sztuką. Przede wszystkim są niezwykle zdyscyplinowani, a my potrzebowaliśmy kogoś, kto ogarnie tak duże przedsięwzięcie, jakim jest serial premium. Choć Daniel Jaroszek nie zrealizował wcześniej równie długiej produkcji, mieliśmy z nim kontakt, robiąc teledysk dla Dawida Podsiadły. Wiedzieliśmy, że zawsze jest przygotowany i od początku do końca dnia dokładnie wie, co ma robić. Na wszystko patrzy obrazami, ponieważ jego pierwszym zajęciem była fotografia. Wszystko, co wychodziło spod jego ręki, wyglądało przepięknie. Wystarczy spojrzeć na teledyski Dawida.

Na pomysł współpracy wpadliśmy jeszcze zanim powstał „Johnny”, a ten film tylko utwierdził nas w przekonaniu, że Daniel może przejść do dużych przedsięwzięć. Niektórzy producenci mieli obawy, czy tak młody, nie do końca doświadczony facet sobie z tym poradzi. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę. Daniel razem z autorem zdjęć Piotrkiem Uznańskim stworzyli tandem, na który patrzyło się z przyjemnością. Zdjęli nam ciężar z pleców, bo jako producenci wiedzieliśmy, że można na nich liczyć. Nigdy nie było jakichkolwiek opóźnień czy nadgodzin. Daniel wykonywał wszystko jak najwyższej klasy profesjonalista. A do tego ma ogromną wrażliwość i zawsze chce coś od siebie dać, zostawić w filmie swój podpis.

PAP: Co ujęło pana w książkach Remigiusza Mroza, że to właśnie prawa do nich postanowił kupić?

B.S.: Akurat w tej serii ujęły mnie przede wszystkim góry. Nie będę kłamał, bo przecież schematy w każdej historii kryminalnej są podobne. Remek ma w ogóle niezwykłą łatwość pisania, z której nawet się żartuje. Każdy podejrzewa, że ktoś pisze książki za niego, bo wydaje się niemożliwe, by można było robić to tak szybko. Te powieści są atrakcyjne dla odbiorców. Czyta się je łatwo i przyjemnie, mimo ilości krwi i obciętych członków. Trudność pojawia się, kiedy chcesz to przenieść na ekran, ponieważ dzięki łatwości pisania czasami gubi się logika. Np. ktoś wziął heroinę i biegnie pełny sił, zaraz się z kimś bije, a na trzeciej kartce jest już w Rosji. Jak się tam znalazł? Nie był zmęczony? Pojawiło się sporo pytań, jak przełożyć książkę na scenariusz.

To było nasze niełatwe zadanie, żeby jakoś okiełznać ten nadmiar akcji i pomysłów Remigiusza. Ale on ma niezwykły talent do tworzenia wyrazistych postaci, które od razu zapadają czytelnikom w pamięć. Chcieliśmy to wykorzystać. A przede wszystkim skorzystać z historii, która rozgrywa się w Tatrach. To miejsce, które kocham od dziecka. Zakopane – mimo zalewającego go plastiku – jest w mojej głowie tym miastem, które widzimy w serialu. Miejscem magicznym, trochę strasznym, ale przede wszystkim pięknym, monumentalnym, z muzyką, która zawsze mnie wzrusza. Sądzę, że to miejsce może przyciągnąć przed ekrany widzów z całego świata. Trzeba się nim chwalić. Mam nadzieję, że Zakopane przeżyje kolejny boom, że ludzie zza granicy będą chcieli zobaczyć, gdzie są tak piękne góry. Życzę naszej Polsce, by turystów było sporo, ale żeby nie niszczyli gór, by o nie dbali.

PAP: W teoriach spiskowych dotyczących Remigiusza Mroza tkwi ziarno prawdy? Czy od początku był pan przekonany, że ma do czynienia z człowiekiem, a nie – jak zakłada jedna z nich – cyborgiem?

B.S.: Dotknąłem go, więc mogę potwierdzić, że jest człowiekiem. A jeżeli nawet robotem, to z bardzo dobrym oprogramowaniem, bo świetnie wypluwa z siebie książki. Sądzę, że mógł nam go zesłać Elon Musk.

PAP: Dlaczego to właśnie ten autor sprzedaje najwięcej książek i do niego ustawiają się najdłuższe kolejki na Targach Książki? Na ile pana zdaniem wpływ na to miała jego bezpośrednia komunikacja z czytelnikami?

B.S.: Sądzę, że pozostawanie w kontakcie z czytelnikami to efekt uboczny tego, jak on pisze. Remigiusz tworzy książkowy pop, a pop to „popular”, więc po prostu jego książki są najbardziej popularne. Te historie nie zawsze są lekkie. Czasami bywają bardzo mroczne i trudne, ale jednak przyjemnie się je czyta. Taką powieść można zabrać ze sobą w dowolne miejsce. Nie wszędzie masz ochotę usiąść z Puszkinem i zagłębić się w jego lekturę. Książki Remka możesz czytać na wakacjach, w górach, siedząc w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. On dociera do bardzo dużej grupy czytelników, dlatego kolejka do niego jest najdłuższa.

PAP: Wspomniał pan kiedyś, że w młodości zawsze miał pod ręką kamerę, którą rejestrował otaczający świat. Myśli pan czasami o tym, żeby wreszcie za nią stanąć i o czymś widzom opowiedzieć?

B.S.: Myślę o tym coraz częściej i powoli do tego dojrzewam. Wiem, że z wielką przyjemnością zajmowałbym się reżyserią. To byłoby coś, co płynie wprost z mojego serca, a nie coś, co muszę robić. Czuję w sobie całą tę moc i chęć, ale najpierw muszę trafić na historię, która totalnie mnie zaczaruje.

PAP: Chciałby pan również na własnych zasadach wrócić do teatru?

B.S.: Wciąż tam jestem, choć trochę rzadziej, ponieważ po dwudziestu latach zrezygnowałem z etatu. Wydaje mi się, że to i tak niezły wynik. Związek z Teatrem Współczesnym w Warszawie był najdłuższym i najbardziej burzliwym w moim życiu. Wiele razem przeżyliśmy. Dyrektor Maciej Englert przez wiele lat był moim drugim ojcem – artystycznym. Bardzo pomógł mi w różnych momentach zawodowych i prywatnych. Dla mnie to zawsze będzie jedno z najważniejszych spotkań w życiu. Natomiast w pewnym momencie poczułem, że chciałbym gdzieś zniknąć, np. na dwa miesiące. W pandemii mi się to udało i marzyłem, żeby spędzać więcej czasu z rodziną. To był główny impuls, który spowodował, że przestałem być na etacie.

Natomiast kiedy jeszcze byłem we Współczesnym, miałem próby w Teatrze 6. Piętro, gdzie zrobiliśmy spektakl „Art” wg „Sztuki” Yasminy Rezy. Nadal występuję też w Teatrze Polonia w „Słonecznej linii” – kiedyś z Karoliną Gruszką, a obecnie z Magdą Boczarską. To dramat Iwana Wyrypajewa, który kocham. Choć spektakl trwa tylko godzinę i dwadzieścia minut, jest tak trudny i wyczerpujący, że kończymy go niemalże wywinięci na drugą stronę. Za chwilę w Teatrze 6. Piętro zacznę próby sztuki „Sprzedawcy gumek” Hanocha Levina, więc nie odpuszczam teatru tak zupełnie. Zawsze będę chciał przeżywać to niezwykłe uczucie, kiedy wychodzi się na scenę i staje przed widzem.

Rozmawiała Daria Porycka (PAP)

Od czwartku „Forst” jest dostępny na Netflixie.

autorka: Daria Porycka

dap/ aszw/

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

baner