Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Warto przeczytać
Opinie i Analizy

Business not as usual

25.01.2023
FOTO: PEXELS

W postanowieniach noworocznych nic nowego. Ludzie postulują, że chcą (w takiej kolejności): schudnąć, wzbogacić się, poświęcać więcej czasu rodzinie.

Eliza Sarnacka-Mahoney

 Jeśli tę listę odrobinę rozwiniemy, dowiemy się, że planują również ograniczyć czas spędzany na oglądaniu zdjęć i autoreklamy kompletnie nieznanych im osób (aka konsumowanie mediów społecznościowych), mniej się denerwować w pracy oraz przyciąć wydatki na życie.

Kto by pomyślał, że ledwie dwa lata temu dokładnie w tym czasie tak wielu z nas deklarowało, że gdy tylko „to wszystko się skończy”, przestaniemy przejmować się takimi głupotami jak to, jak wyglądamy i ile mamy na koncie, i każdego dnia będziemy budzić się z poczuciem wdzięczności za to, że żyjemy w ogóle. A także w jakim pięknym zakątku wszechświata przyszło nam to życie spędzać i że niegłupio byłoby bardziej się o ten nasz wspólny dom zatroszczyć. Pojęcie domu rozciągnęliśmy w tamtej niezwykłej chwili także na nasze globalne, ludzkie zdrowie. Kto pamięta, ile się wtedy mówiło o doinwestowaniu nauki, o stworzeniu efektywniejszego, globalnego networku wymiany badań i pomysłów, a przede wszystkim – egalitarnego system dostępu do leczenia i prewencji chorób? W myśl idei, że tylko tak będziemy w stanie „wygrać” z powietrzem, które, jak się okazało, pozostaje o wiele większym i nieprzewidywalnym dla nas wrogiem niż najbardziej zdeprawowani politycy i ich decyzje.

Myślę o tym wszystkim kontemplując ośnieżone wierzchołki drzew pod nogami. Wybraliśmy się na narty, bo to ostatni dzwonek, by wykorzystać karnety, które wykupiliśmy, ale nie zrealizowaliśmy trzy lata temu.

Młodzieniec w kasie przy stoku, przed którym musieliśmy się zameldować, żeby zweryfikował naszą tożsamość, powitał nas ze zdumieniem.

– Nie wiedziałem, że wciąż te bilety honorujemy. Bo realia cenowe mamy dziś zupełnie inne!

Gdy informuje mnie, że koszt dziennego biletu wzrósł o – niebagatelne! – ponad 100 procent, w pierwszej chwili nie wierzę.

– Pierwsza, największa podwyżka była zaraz w pierwszym sezonie pandemii – wyjaśnia mi chętnie. Nie ma za mną nikogo w kolejce, może mi więc poświęcić więcej czasu. – Założenie takie, żeby chwilowo odstraszyć ludzi, bo wiadomo. Mniej narodu, mniejsze ryzyko zakażeń, a dla nas mniejsze prawdopodobieństwo, że będziemy się co chwila kompletnie zamykać. Wiadomo, jakie wtedy były przepisy. Kwarantanny i tak dalej. Ale gdzie tam! Sezon 20/21 ściągnął największe tłumy w całej naszej historii. Ubiegły rok to samo, chociaż jeszcze bardziej podnieśliśmy ceny. Szczerze, to nic z tego nie rozumiem, bo mnie, gdybym tu nie pracował, na pewno nie byłoby stać na żadne narty.

– A chociaż lepiej panu w związku z tym płacą? Coś się tu zmieniło? – dopytuję.

Marszczy nos, potem się po nim drapie. Wzrusza ramionami.

– Mam pracę. To najważniejsze.

Aha, rozumiem. Nie ciągnę go za język.

Na wyciągu ze mną grupa nastolatków. Przekomarzają się, dowcipkują, rozmawiają o szkole.

– Nie, to było jeszcze online! – w pewnym momencie ktoś coś prostuje.

Na chwilę, krótką jak oddech, zapada cisza. Mimo to niemal słyszę, jak coś zgrzyta. Coś wyskakuje z szyn. Awaria zębatek w mózgu, wysyp wspomnień tak bliskich, a już tak dalekich, niepotrzebnych.

– A weź przestań, to już nieważne! – zakrzykuje kolegę reszta i znów jest wesoło.

Być tu i teraz – przypominam sobie moje własne noworoczne postanowienie.  Przestać roztrząsać, przestać dywagować. Przestać doprowadzać się do szaleństwa myślami o tym, jak być miało, jak być by mogło, jak nie jest. Że nadzieja jest tylko dla naiwnych i niepoprawnych marzycieli. Może lepiej nigdy już nie będzie? Nie za naszego życia. Czyż nie otrzymaliśmy na to dowodu w postaci najnowszej wojny? W globalnych realiach rozgrywa się ona tuż pod nosem każdego z nas. Jak szybko i wprawnie każdy z nas nauczył się jednak jej nie widzieć, nie rozmawiać o niej, omijać ją łukiem jak omija się bezdomnego na ławce czy cuchnący z daleka śmietnik. Wizja wspólnego, lepiej zarządzanego i bezpieczniejszego domu dla wszystkich przeistoczyła się tym samym w uroczy widoczek, który nie tylko wyjęliśmy z rąk, ale i odwiesiliśmy na ścianę, pozwalając, by rzeczywistość robiła to, co zawsze: swoje.

Wszystko wokół: pracownicy ośrodka, radosna młodość, w ogóle niezmienione w swoim wyglądzie wstążki narciarzy wijące się po stoku (choć ich widok już tylko przez chwilę, wyciąg za moment dobije na szczyt) – skłaniają do refleksji, że mój noworoczny wybór jest rozsądny. Na pewno o wiele łatwiejszy do zrealizowania niż reżim diety, sportu i jeszcze cięższej pracy, by poprawić stan konta w banku.  Nie myśleć. Iść dalej, jak gdyby nigdy nic. Tylko tyle. To naprawdę proste.

Nagle huk. Charakterystyczny odgłos detonacji, która uruchomiła gdzieś lawinę. Świadome, na miarę naszych dzisiejszych możliwości, kontrolowanie śmiercionośnego żywiołu. W tej samej chwili, ledwie kilka krzeseł od końca jazdy, wyciąg się zatrzymuje. Młodzież milknie. Wszyscy jednocześnie zwracamy głowy w tym samym kierunku.  Nieoczekiwana chwila synchronizacji myśli i doświadczeń.

Odpuszczam. Trudno. Nie potrafię nie myśleć. Ostatnie trzy lata przecież się wydarzyły. Nie jesteśmy tacy, jak kiedyś. Nikt z nas nie jest. Jak zresztą możemy być dotknięci w sposób, w jaki zostaliśmy? Pierwsza w historii ludzkości globalna generacja, która bez względu na miejsce zamieszkania doświadczyła absolutnie tego samego, fizycznie i psychicznie, i nawet wzbogaciła swoje leksykony o słowa o identycznym brzmieniu we wszystkich językach świata.

To bez znaczenia? Potknęliśmy się, stanęliśmy na chwilę, a teraz dalej mamy business as usual? Odmawiam w to wierzyć. Udajemy. Jesteśmy lepszymi aktorami, niż nam się to samym wydawało. Obyśmy jednak z tego udawania obudzili się jak najszybciej. Śmiercionośne lawiny rozmaitej maści są i czekają. Nie każdą uda się kontrolować. Przed nami jakże jeszcze daleka, daleka droga.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY