New York
52°
Clear
6:55 am4:31 pm EST
8mph
42%
30
SunMonTue
59°F
54°F
48°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Wywiady

Dr Paweł Witt: ludzie nie boją się śmierci, tylko umierania

04.11.2022

Ludzie nie boją się śmierci, bo to jest sprawa jednorazowa, boją się procesu umierania – powiedział PAP dr Paweł Witt, specjalista pielęgniarstwa, opieki paliatywnej, psychoonkolog. Nie spotkał się z tym, żeby umierający mieli grymas bólu na twarzy, ich twarze są zazwyczaj odprężone.

PAP: Choć Wszystkich Świętych z Zaduszki już za nami, porozmawiajmy o śmierci i umieraniu. Chyba najtragiczniejsza w odbiorze jest śmierć małych dzieci. Słyszałam, że nawet kiedy dochodzi do śmierci mózgowej małego człowieka, jest problem – większy, niż w przypadku osób dorosłych – aby odłączyć go od respiratora.

Dr Paweł Witt: Myślę, że problemem może być to, że niektórzy nie podejmują się tego, aby na oddziale intensywnej terapii orzec śmierć mózgu dziecka. Takie postępowanie składa się z kilku etapów – najpierw trzeba wysunąć podejrzenie, że do niej doszło. Następnie dwukrotnie powtarza się badanie, których zakończenie z określonym skutkiem oznacza, że dziecko nie żyje. Wówczas są dwie drogi postępowania – albo wyłączenie respiratora, bo to jest pacjent, który nie oddycha samodzielnie, zostawia się go z rodzicami, aż nie przestanie mu bić serce, aż rodzice się z nim pożegnają. Ale jest też druga droga, kiedy to dziecko przestaje być pacjentem, a zaczyna być dawcą narządów. Wśród pacjentów pediatrycznych, w porównaniu do tych dorosłych, zdarza się to stosunkowo rzadko. Dzieci, które przebywają na oddziale intensywnej terapii, trafiają tu zwykle nagle, np. z powodu zagrożenia życia w przebiegu choroby nowotworowej – wstrząsu septycznego, nacieków białaczkowych powodujących obrzęk mózgu, krwawienia do ośrodkowego układu nerwowego, niewydolności wielonarządowej… Jest oczywiście próba ratowania takiego dziecka, ale często okazuje się w tej grupie pacjentów, że ciężko pójść dalej, nie da się już nic zrobić i orzekana jest śmierć mózgowa. Taki pacjent jednak nie nadaje się na dawcę narządów, natomiast bardzo mało jest tzw. dawców idealnych – dzieci z wypadku, dzieci z izolowanym urazem głowy.

PAP: Jak wygląda stwierdzenie śmierci mózgu?

P.W.: Trzeba sprawdzić parę kryteriów, musi być przeprowadzona diagnostyka, ale aby ją wykonać, pacjent nie może być pod wpływem sedacji – a pacjenci, którzy trafiają na intensywną terapię zazwyczaj są „usypiani”, więc najpierw trzeba z nich te wszystkie leki sedujące „wypłukać”, a im dłużej je dostawał, im były one silniejsze, tym trwa to dłużej. I czasami się zdarza, że pacjent jest tak ciężko chory, że nie doczeka czasu, kiedy by można te próby przeprowadzić, bo wcześniej dojdzie do zgonu. Natomiast dzieci, nawet jeśli są bardzo chore, to jednak większość narządów u nich nie jest mocno zużyta; zdarzają się pacjenci pediatryczni, którzy są bez czynności serca nawet 20 minut, a mimo tego, po podjęciu czynności resuscytacyjnych, udaje się przywrócić im czynność serca. Oczywiście, z głową, z mózgiem jest już gorzej, ale serce bije dalej. Jednak faktycznie, w porównaniu z grupą dorosłych, to tych prób mających stwierdzić śmierć mózgową u dzieci jest dużo mniej; im dziecko jest młodsze, tym rzadziej są one podejmowane.

PAP: Dlaczego?

P.W.: Bardzo często rodzice się nie zgadzają. Małe, kilkuletnie dziecko, które trafia na intensywną terapię, a potem mogłoby być ewentualnym dawcą narządów, musiałoby być małym zdrowym człowiekiem, który uległ nagłemu wypadkowi, żeby biorcy mogli z jego organów skorzystać. I proszę sobie wyobrazić takie dziecko, które jest nawet podłączone do respiratora, rodzice widzą, że unosi mu się klatka piersiowa – czyli oddycha, wygląda jakby spało – to ja rozumiem, że rodzice w ciągu stosunkowo krótkiego czasu nie są w stanie uwierzyć w śmierć jego mózgu, nie są w stanie podjąć decyzji o rozpoczęciu prób, mających ją stwierdzić. Bywa też, że pacjenci nie przechodzą tych prób, bo np. zaczyna się rozszerzać źrenica, albo dzieje się coś innego, co może spowodować wątpliwości, wówczas próba jest przerywana i pacjent nadal jest leczony. Z doświadczenia wiem, że rodzicom łatwiej jest pogodzić się ze śmiercią starszych dzieci, nastolatków, oraz takich dzieci, które mają przeszłość medyczną, czyli wcześniej chorowały.

PAP: Rozumiem, że w Polsce nie mogłoby się wydarzyć to, co zdarza się w krajach anglosaskich, że sąd – choć chory może oddychać samoistnie – zasądza nie tylko odłączenie go od aparatury medycznej, ale także nakazuje zaprzestanie odżywiana i nawadniania „w jego najlepszym interesie”.

P.W.: Nie, w Polsce jest to niezgodne z prawem. Są zasady opracowane przez Polskie Towarzystwo Pediatrii, specjalistów zajmujących się pediatryczną opieką paliatywną. Opracowane standardy mówią o jakości umierania, istnieją zasady tzw. dobrego umierania, znane jako „pięć nie ma”. Dziecko nie ma się bać, nie ma mu być duszno, nie ma go boleć, nie ma być głodne i nie ma mu być zimno. Mimo że są one opracowane dla dzieci, to okazuje się, że są bardzo uniwersalne i dla pacjentów dorosłych. Więc nawet jeśli opieka paliatywna jest wdrażania na oddziale intensywnej terapii, to nigdy nie obejmuje ona zaprzestania nawadniania i karmienia pacjenta. Nie ma takiej możliwości. Jedynie jeśli się stwierdzi śmierć mózgu, co jest równoznaczne z odłączeniem od respiratora, wtedy człowiek umiera albo jest przygotowywany jako dawca narządów, ale w tym ostatnim przypadku nawadnianie i odżywiane pozajelitowe są kontynuowane. I co jeszcze ważne – w Polsce jest możliwość niewyrażenia zgody przez rodziców na podłączenie do respiratora dziecka z ciężką, postępującą i nieodwracalną chorobą np. mięśniową, gdzie narasta niewydolność oddechowa. Rodzice, w porozumieniu z zespołem terapeutycznym, decydują, że lepsza będzie opieka paliatywna, a nie wentylacja domowa, gdyż nie chcą eskalacji leczenia, choć ta odmowa wiąże się ze zgonem pacjenta. To samo zresztą dotyczy dorosłych pacjentów. Zdarzają się przypadki, że pacjent w domu, wentylowany nieinwazyjnie, zaczyna mieć narastającą duszność – czy to w wyniku postępu choroby, czy np. infekcji. Gdy się człowiek zaczyna dusić, to jest to okropne uczucie, gorsze niż ból. Człowiek jedzie do szpitala, zostaje więc wykonana tracheotomia i pacjenta podłącza się do respiratora. I wtedy pacjent może błagać, żeby go odłączyć, ale polskie prawo tego nie przewiduje, niczego już nie można zmienić.

PAP: Rozumiem. A czy jest możliwe, że przeprowadzone badania stwierdziły śmierć mózgu pacjenta, odłączono go od respiratora, a on nagle zaczyna sam oddychać?

P.W.: Nie. Jedną z prób, która służy orzeczeniu śmierci mózgu, jest próba bezdechu – pacjenta, który jest zaintubowany, odłącza się od respiratora, do rurki intubacyjnej jest wkładany cewnik, przez który „leci tlen” i każdy człowiek, który nie dostaje leków, jeżeli narasta mu CO2 w krwi, powinien zacząć spontanicznie oddychać. W trakcie tej próby jest pobierana gazometria, takie badanie z krwi tętniczej pacjenta, jeśli pacjent nie podejmuje spontanicznego oddychania, to trwa parę minut, to jest na powrót podłączany do respiratora, I zdarzało się, że pacjent nie przeżywał takiej próby – podczas tego odłączenia dochodziło do zatrzymania krążenia, bo był w tak ciężkim stanie, że to sztuczne oddychanie było mu bardzo, bardzo potrzebne. Dlatego jeśli pacjent ma wykonane te dwie próby bezdechu i mimo suplementacji tlenu nie podejmuje spontanicznej czynności oddechowej, to można uznać odłączenie od respiratora za taką trzecią próbę. Nie słyszałem nigdy, żeby po niej pacjent zaczął oddychać. Zresztą świadczyłoby to o tym, że te wszystkie badania były bezsensowne, że mogło dojść do pomyłki.

PAP: Od czasu do czasu głośno jest o ludziach, którzy pozostawali w śpiączce przez wiele lat, nie dawano im szans, ale zostali z niej wybudzeni. Czy pan się spotkał z takimi przypadkami?

P.W.: Bardziej znam te medialne przykłady, osobiście się z takim cudownym wydarzeniem nie spotkałem. Chociaż… Spotkałem się z przykładami dzieci – a dziecko to taki niesamowity organizm, że choć czasem się wydaje, że pacjent nie ma szans, a one z tego wychodzą. Taki mały pacjent może zaskoczyć wszystkich. Natomiast jeśli chodzi o te wybudzenia, które ja widziałem, to myślę, że troszeczkę inaczej odbierają to bliscy, a trochę inaczej osoby, które mają dystans, patrzą na to z boku. Bo jeśli od dłuższego czasu pacjent jest bez kontaktu, to w momencie, kiedy zaczyna otwierać oczy, kiedy poruszy ręką, zaczyna mu fiksować wzrok, bliskim wydaje się, że on celowo wykonuje te ruchy. I pewnie nawet tak jest. Bliscy uważają, że ten człowiek się wybudził. Osobiście nie znam żadnego przypadku, że pacjent się wybudził i stał się osobą samodzielną, wyrehabilitowaną. Że mógł wrócić do stanu sprzed wypadku, sprzed zatrzymania krążenia, normalnie funkcjonować, pójść do szkoły, wrócić do pracy, być samodzielnym, nie wymagać opieki. Podam przykład młodego mężczyzny, którego znałem przed wypadkiem przez wiele lat – pełen sił, zdrowy facet. Do końca nie wiadomo, co się stało – jechał na rowerze i albo ktoś wpadł na niego, albo on na kogoś. Doznał dużego urazu głowy. Trepanacja czaszki, intensywna terapia… Rodzina, w czym bardzo pomagałem, chciała go zabrać do domu. Na początku była to wentylacja domowa, minęło parę lat, śledzę losy tego człowieka, on był początkowo zupełnie sparaliżowany, zależny od bliskich. Teraz, po najróżniejszych turnusach rehabilitacyjnych, zbiórkach, w których różni ważni ludzie brali udział, ten niesamowity człowiek rusza palcami, siedzi, obsługuje tablet, komunikuje się ze światem, potrafi samodzielnie jeść, siostra z mamą wożą go do restauracji – zrobił bardzo duże postępy. Ale nigdy nie wróci do stanu sprzed tego zdarzenia. Do końca życia będzie uzależniony od pomocy osób drugich.

PAP: Kiedy mówiliśmy o śmierci mózgowej dzieci powiedział pan, że rodzicom tym trudniej się jest pogodzić z tym wszystkim, że widzą swoje maleństwo jakby śpiące. Oddycha, na policzkach ma rumieńce, więc żyje… Jak pan rozmawia z tymi rodzicami?

P.W.: To jest bardzo trudne. Bo jedna rzecz to jest to, co nam się wydaje, a druga – co się dzieje faktycznie. Te osoby są w szoku, nie dociera do nich prawda, dlatego staram się rozmawiać spokojnie. Trzeba wiele rzeczy im powtarzać, upewniać się, czy to, co mówimy, jest dla nich zrozumiałe. Proszę zrozumieć – na oddziałach intensywnej terapii toczy się walka. Kiedy przywożą pacjenta w zagrożeniu życia, wszyscy się bardzo starają, żeby ten proces, w który pacjent już wszedł, odwrócić, żeby go odzyskać. Ale czasem się nie da. Okazuje się, że obrażenia są na tyle duże, iż nie jesteśmy w stanie pacjenta uratować. I jest część rodziców, do których to powoli dochodzi, i są też tacy, że nie dopuszczają tego do świadomości. Miałem taką sytuację, że nastolatek miał próbę samobójczą, w wyniku której doszło do śmierci mózgu. Jego mama bardzo szybko podjęła decyzję, że chciałaby, aby jej syn został dawcą narządów. Ale są też takie osoby, którym – mimo długich rozmów – bardzo trudno jest coś wytłumaczyć i przekazać. Nie wierzą, że stało się coś nieodwracalnego, w czym utwierdzają ich „doradzacze” z rodziny czy przyjaciele, a nawet obcy z internetu. Oni wszyscy mają mentlik w głowie. Mnóstwo sprzecznych informacji, dobrych, złych, odbierających nadzieję, ale też i tych, które ją dają, a oni są w środku największej do wyobrażenia tragedii. Nie dziwię się ich wahaniu – dziecko wczoraj jeszcze chodziło, jadło kolację, poszło rano do szkoły, a teraz to się wszystko skończyło. Czasem zdarza się, że bliscy odsiewają racjonalne informacje, wybierają te, które dla nich są dobre, które dla ich największego skarbu są korzystne. Podjęcie decyzji, aby nasze dziecko zostało dawcą narządów, to jest wyjątkowe bohaterstwo.

PAP: Łatwiej jest pogodzić się ze śmiercią, jeśli dziecko choruje przewlekle, np. na chorobę nowotworową?

P.W.: Myślę, że tak, gdyż choroby onkologiczne z reguły nie mają jakiegoś piorunującego przebiegu, to rodzice chorują razem ze swoimi dziećmi, często przez wiele lat. Dziecko jest długo hospitalizowane, opiekun mieszka z nim na oddziale szpitalnym, na bieżąco dostaje informacje – że ta chemioterapia nie zadziałała, radioterapia także… Okazuje się, że są przerzuty, że ognisko pierwotne, które miało się zmniejszyć, jest większe, że dziecko odczuwa coraz większe dolegliwości… Często mały człowiek jest bardzo umęczony tym leczeniem, myślę, że opiekun to widzi. Ale w grę wchodzi coś, co nazywam pozytywnym egoizmem: każdy rodzic chciałby, żeby jego dziecko jak najdłużej żyło. Każdy dzień jest dla niego istotny, pomimo tego, że ten czas dla dziecka może być bardzo zły. To wyparcie jest normalne, ale jeśli jest rozciągnięte w czasie, to pewne rzeczy zaczynają do nas dochodzić, zaczynamy rozumieć. Mamy szansę na prowadzenie częstszych rozmów, jest kontakt z psychologiem, choć na początku nie wierzymy lekarzowi prowadzącemu, to zasięgamy opinii gdzieś indziej, wysyłamy wyniki… I jeśli odpowiedź z wielu źródeł jest spójna, zaczynamy się godzić z tym, że dziecko może zakończyć swoje życie. Zresztą często dzieci próbują na ten temat porozmawiać z rodzicami.

PAP: Dzieci wiedzą, że umierają?

P.W.: Myślę, że to doskonale czują. Nie zawsze ze względu na objawy, bo to lekarze mogą ustabilizować, ale z tego powodu, że obserwują, w jaki sposób zachowują się dorośli. Natomiast nastolatkowie to odrębny temat – to tak naprawdę dorośli ludzie. Jeżeli widzą, że jeśli ktoś z dnia na dzień jest słabszy, nie potrafi wykonać przy sobie podstawowych rzeczy, ma na sobie pieluchomajtki, nie jest w stanie przełożyć się z boku na bok, z łóżka na fotel, a tydzień, dwa tygodnie temu było to możliwe, to rozumieją, że to nie jest chwilowe pogorszenie samopoczucia. Nie wolno kłamać. Dlatego, jeśli dziecko zapyta, to dostaje odpowiedź – przystępną, dostosowaną do jego wieku. Może być tak, że bliska osoba nie będzie w stanie z takim młodym człowiekiem na ten temat porozmawiać, bo sama do tej sytuacji nie dorosła – i tak ma prawo jak najbardziej być – jest w kiepskim stanie psychicznym, ale od tego jest lekarz, psycholog albo inna osoba z personelu medycznego, żeby tak normlanie, po ludzku pogadać. Do takiej trudnej rozmowy pacjent wybiera sobie sam osobę, do której ma zaufanie, w towarzystwie której najlepiej się czuje. Jeszcze raz powtórzę – nie oszukujmy. Bo mamy takie czasy, kiedy nawet bardzo młody pacjent ma przy sobie smartfona, Ipada, może sobie wszystko wygooglać, dzieciaki znają języki, szukają sobie informacji w literaturze medycznej, więc oszukiwanie ich nie ma sensu.

PAP: Co pan odpowiada, kiedy młody człowiek zadaje pytanie: czy ja umrę?

P.W.: Kiedy ciężko chory młody pacjent zadaje mi takie pytanie, to odpowiadam pytaniem: czy tak czuje. I jeśli mi odpowiada, że właśnie tak czuje, to przeważnie tak jest. Te osoby, które pytają, przeważnie noszą w sobie odpowiedź. To nie jest tak, że ktoś pyta, a moja odpowiedź może go załamać. Ci pytający znają odpowiedź, potrzebują tylko potwierdzenia. Czasem jest to rodzaj testu: czy ktoś jest z nimi szczery. Więc jeśli ktoś mi mówi, że czuje, iż umiera, to ja nie oponuję. To jest trudne dla personelu medycznego, żeby nie zanegować. Ludzie bardzo często mówią takiemu umierającemu: co ty opowiadasz, ale gdzie tam, masz dziś gorszy dzień, wszystko będzie dobrze. Tymczasem ten człowiek wie, że nie będzie dobrze, że umiera. I, nie mogąc się podzielić swoimi obawami z najbliższymi, zaczyna ich chronić, udawać, żeby to oni lepiej się poczuli. Więc do poważnych rozmów często zostajemy my. To oczywiście nie jest tak, że mówimy człowiekowi: za dwa dni umrzesz. Ale np. w przypadku opieki paliatywnej dajemy tzw. strzał ostrzegawczy. To polega na tym, że jak pacjent pokazuje kolejne wyniki badań, mówię: są gorsze, niż się spodziewałem. I czekam, co ten ktoś odpowie. Jeśli nie wgłębia się, tylko zaczyna gadać o rzeczach nieistotnych, ucieka od tematu, to ja to szanuję. Nie jest rolą personelu medycznego, żeby kogoś uświadamiać. Pacjent powinien wiedzieć tyle, ile chce wiedzieć. To od niego powinna wyjść chęć szczerej rozmowy, a my przed nią nie możemy uciekać.

PAP: Ludzie boją się śmierci, to naturalne, bo instynkt życia jest jednym z najsilniejszych popędów. Mam jednak wrażenie, że nie boimy się tego, że nas nie będzie, tylko samego umierania. Ja np. boję się, że umierając będę się bała, a nienawidzę się bać.

P.W.: Ma pani rację, ludzie nie boją się śmierci, bo to jest sprawa jednorazowa, ale boją się tego procesu przejścia, procesu umierania. Chociaż, gdyby się tak człowiek zastanowił, to w przypadku ciężkiej choroby proces umierania jest czymś rozciągniętym w czasie. Nawet podejmując jakieś karkołomne próby leczenia – umieramy. Bo następuje śmierć relacji, bo nie pojedziemy nad morze, gdyż w poniedziałek mamy tomografię, a w ogóle to jest chłodno i może się przeziębię… Nie pójdę do teatru, choć znajomi zaprosili, bo nie mam mocy… Odcinamy te kupony nie zdając sobie sprawy, że nasze życie zaczyna ginąć. Dopiero potem, kiedy dociera do nas, jak jesteśmy ciężko chorzy, zaczynamy się bać. Że będzie nam duszno, że będziemy sami, że będzie bolało… Choć wydaje mi się, że to „będzie bolało” nie jest dziś na tyle istotne, gdyż są możliwości takiego postępowania przeciwbólowego, żeby pacjent nie cierpiał. Natomiast ludzie boją się jeszcze utraty szacunku. Będąc ciężko chorym jest się zależnym od kogoś, z dnia na dzień coraz bardziej. A bliskim oraz personelowi medycznemu ciężko jest poświęcić wystarczającą ilość czasu, zadbać o tę godność chorego. Więc jemu także trudno jest zachować szacunek do samego siebie, zwłaszcza kiedy przy tych najbardziej intymnych czynnościach – jak chociażby zmienianie pieluchomajtek – ktoś musi być, pomagać. Czasem trudniej jest zaakceptować pacjentowi, że jest to bliska mu osoba, choć wydawałoby się, że akurat jej nie powinien się wstydzić. Wolą, żeby robiła to osoba obca, choć tutaj nie ma reguły. Umieranie jest trudne, do głowy przychodzą im tysiące myśli, ludzie się zamartwiają, co będzie z ich bliskimi, czy, kiedy odejdą, tamci sobie poradzą. W umieraniu jest także istotna utrata roli – tak, jak w życiu zawodowym, jak w rodzinie: jeśli ktoś do pewnego czasu kierował bliskimi, wszyscy działali pod jego dyktando, to takiemu człowiekowi jest bardzo ciężko chorować, pogodzić się z byciem zależnym od innych, ze swoją słabością. W takich osobach jest bardzo wiele gniewu, złości, to wymaga dużo czasu na przepracowanie. Ale tak, ludzie najbardziej boją się umierania, nie samej śmierci.

PAP: Czy wiara pomaga w przejściu na drugą stronę?

P.W.: Jeśli ktoś jest bardzo wierzący, to tak. Kiedy mamy do czynienia z osobą, która zbliża się do kresu swojego życia, zawsze pytamy, czy chciałaby się spotkać z księdzem, przyjąć sakramenty – osoby starsze chętnie z tego korzystają. Natomiast 20-30-40-latkowie robią to coraz rzadziej. Tę więź z nieskończonością bardziej widać u osób starszych, one są też takie bardziej uporządkowane, mają poczucie, że już przeżyły swoje życie, nie widać u nich takiej szarpaniny, niezgody na śmierć. Są też osoby, które się nawracają – choć nie były praktykujące, nie było im po drodze do kościoła, ale kiedy przychodzi trudny czas, to chętnie korzystają z wizyty księdza. Niemniej jednak wydaje mi się, że to jest tylko wizyta. Wprawdzie przyjmują sakramenty, ale – z punktu widzenia obserwatora – to nie jest coś, co odmienia ich życie. A może tak właśnie jest?

PAP: Czy są jakieś symptomy, na podstawie których moglibyśmy się zorientować, że dana osoba szykuje się do wyprawy na tamten świat?

P.W.: Jeśli rozmawiamy o takim typowym wygaszaniu organizmu, zmianach, które możemy zaobserwować, gdyż one są rozciągnięte w czasie, to jako pierwszy rzuca się w oczy zanik zainteresowania otoczeniem. Ludzie zaczynają dużo spać, nawet ci, którzy będąc osobami chorymi, leżącymi, interesowali się otoczeniem. A teraz nie są zainteresowani co u dzieci, co u wnuków, są skupieni na sobie. Kiedy śmierć zaczyna się jeszcze bardziej zbliżać, następuje utrata apetytu. Osoby z chorobą nowotworową są w kacheksji, co oznacza 30-40 proc. utraty masy ciała, ale one odczuwają sytość, opiekunowie często bezskutecznie z nimi walczą, usiłując ich nakarmić. Potem następują problemy z piciem, następnie pojawiają się obrzęki – np. na nogach, zaburzenia krążenia, przyśpieszona czynność serca. Wreszcie przychodzą zaburzenia świadomości – pacjent to jest w letargu, to się trochę wybudza. Wreszcie pojawiają się pojękiwania, boimy się, że tego człowieka może boleć, ale jego nie boli. Pojawił się proces niedotlenienia, czasami – jak literatura podaje – te osoby wyobrażają sobie pewne rzeczy, wracają do wspomnień z przeszłości. Dźwięki, które wydają, nie są wyrazem bólu, tylko sposobem komunikacji z tym, co się dzieje w ich świadomości.

Na końcowym etapie zmienia się człowiekowi twarz, pojawia się – to brzydkie określenie – taki trójkąt śmierci. Oczy się mogą niedomykać, bo spada ilość tkanki tłuszczowej i powieki się skracają. Nos, w porównaniu do policzków, które szybko chudną, robi się bardzo wydatny. Ludzie mają problem z tym, żeby zamykać buzię. Pojawia się takie zjawisko jak rzężenie, to kwestia gromadzącej się w górnych drogach oddechowych wydzieliny, której chory nie ma siły odkrztusić. Nie jest odpowiednio nawodniony, więc wydzielina jest bardzo gęsta. Dlatego charczy, rzęzi, co w tym momencie jest dla niego bez znaczenia, nie odczuwa już żadnego dyskomfortu z tym związanego, niemniej jednak dla jego opiekunów jest to bardzo trudne. Potem pojawia się nieregularny oddech, na początku może być przyśpieszony, potem coraz płytszy, pojawiają się takie głębsze oddechy z następującymi po nich pauzami, ilość tych pauz staje się coraz większa… Wreszcie dochodzi do zatrzymania oddechu, czasem wcześniej dochodzi do zatrzymania akcji serca. Albo wszystko to dzieje się razem.

PAP: To długo trwa, ta agonia?

P.W.: Najdłuższa, jaką widziałem, trwała ponad cztery dni. Natomiast w większości przypadków mówimy raczej o godzinach. Jeżeli są już zaburzenia świadomości, oddychania, ciało robi się chłodne, nie ma już tętna na obwodzie, tylko na dużych tętnicach, co świadczy o tym, że ciśnienie krwi jest prawie nieoznaczalne, to śmierć jest kwestią od kilku do kilkunastu godzin.

PAP: Kilkanaście tygodni temu ratowaliśmy kolegę, który zakrztusił się przy obiedzie i zaczął schodzić. Zastosowaliśmy tłocznię brzuszną, wrócił do żywych. Potem mi powiedział, że był wściekły, że go reanimujemy, bo odchodzenie było bardzo przyjemnym doświadczeniem.

P.W.: Powiem tak: nigdy się nie spotkałem z tym, kiedy ktoś umierał w moim towarzystwie, żeby miał jakiś grymas bólu na twarzy. Twarze umierających są bardzo odprężone, zwłaszcza, jeśli porównać to z początkiem opieki nad pacjentem z zaawansowaną chorobą nowotworową, kiedy ten ma jeszcze nieopanowane dolegliwości, np. bólowe. Nie wydaje się, żeby umieranie było nieprzyjemne dla człowieka. Oczywiście nie mówimy o sytuacjach skrajnych, nagłych, kiedy pojawia się np. krwotok, duży uraz czy o innych dramatycznych sytuacjach. Natomiast jeśli człowiek po prostu gaśnie, to nie wygląda to na coś bardzo nieprzyjemnego.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

Autorka: Mira Suchodolska

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY