New York
73°
Cloudy
5:24 am8:27 pm EDT
5mph
49%
29.98
ThuFriSat
84°F
86°F
82°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Wywiady
Kultura

Jan Pietrzak: najważniejszą ideą kabaretu „Pod Egidą” było mówić o sprawach istotnych

10.02.2023

Najważniejszą ideą „Pod Egidą” było mówić o sprawach istotnych. Liczyły się tylko dobre i ważne teksty. To była nasza specjalność – odważne mówienie o ważnych sprawach nie wprost – powiedział PAP satyryk i założyciel kabaretu „Pod Egidą”, Jan Pietrzak. 10 lutego mija 55 lat od pierwszego występu kabaretu.

Polska Agencja Prasowa: W jakich okolicznościach powstał kabaret „Pod Egidą”?

Jan Pietrzak: Kabaret „Pod Egidą” powstał na skutek wyrzucenia mnie i kilku kolegów z kabaretu studenckiego „Hybrydy” za „demoralizację młodzieży socjalistycznej”. Był rok 1967. W „Hybrydach” od 1961 r. wystawialiśmy przedstawienia dramatyczne i jednocześnie działał tam kabaret. Realizowali tam swoje sztuki Janusz Krasiński, Jerzy Krzysztoń, Włodzimierz Odojewski i inni pisarze. Zebrało się jednak jakieś partyjne gremium, któremu nie podobały się „Hybrydy”, więc władza je skasowała. Rozpędzono nas. Wraz z kolegami – Jonaszem Koftą i Adamem Kreczmarem – postanowiliśmy jednak, że nie poddamy się i będziemy próbować grać dalej. Byliśmy już dość popularni, jeździliśmy po Polsce i występowaliśmy w różnych środowiskach. Znaleźliśmy miejsce – mały lokal dla mniej niż 100 osób w budynku Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych przy ówczesnej ulicy Rutkowskiego 5/7 (ob. ul. Chmielna). Szef tego klubu nas bardzo lubił i uzyskał zgodę, żebyśmy w tym małym pomieszczeniu występowali. Rządząca partia łaskawie się zgodziła, wierząc, że nie będziemy już demoralizować socjalistycznej młodzieży, i pozwolili nam na występy.

PAP: Kabaret powstał jeszcze pod koniec 1967, ale wystartował kilka miesięcy później.

J. P.: Premiera kabaretu „Pod Egidą” odbyła się 10 lutego 1968 r. Okazało się, że niedługo później zaczęła się polityczna rozróba, „walka klas” wewnątrz PZPR. Posługiwaliśmy się metodą „faktów dokonanych”: gdy już zagraliśmy pierwszy raz, oni już to inaczej traktowali. W marcu 1968 r. były kolejne występy. Pamiętam ten czas jako szczególny egzamin, że w skomplikowanej sytuacji nie daliśmy się rozpędzić. To już był nasz pierwszy sukces. Mieliśmy fantastyczny program. Natychmiast dowiedziała się o tym warszawska publiczność, 100 osób to był tłum, który się nie mieścił w tym ciasnym, piwnicznym pomieszczeniu tuż koło składu węgla. Czułem się w tym miejscu bardzo dobrze, bo w tłoku i ciasnocie zawsze dobrze się robi kabaret.

PAP: Jak wspomina pan pierwsze występy „Pod Egidą”?

J. P.: To był sezon, kiedy milicja pałowała studentów na Uniwersytecie Warszawskim. Była atmosfera buntu, niepokoju; walki na ulicach. Sytuacja zmieniała się dynamicznie. W geście solidarności podczas przedstawień nosiliśmy wtedy studenckie czapki. Wcześniej napisałem piosenkę na entrée. Jej słowa brzmiały: „Rozruch, unikajmy jednak rozrób. Bo rozruchy czasem kończą się wybuchem. W razie co krewnych pozdrów”. Świetnie wpasowała się w ogólną sytuację. Wczesne „Pod Egidą” tworzył zespół: Kofta, Kreczmar, Pietrzak i kompozytorzy Janek Raczkowski oraz Krzysztof Paszek. Dobraliśmy znanych aktorów, m.in.: Barbarę Krafftównę, Ankę Prucnal, która właśnie odeszła z STS-u, Hankę Okuniewicz, Wojciecha Siemiona i Wojciecha Brzozowicza.

PAP: Co było głównym przesłaniem i misją „Pod Egidą”?

J. P.: Najważniejszą ideą było „mówić o sprawach istotnych”. Tym się różniliśmy od innych kabaretów i za to nas wyrzucono z „Hybryd”. Bo na ogół domeną kaberetów i teatrzyków w PRL-u, ale i teraz, są tematy obyczajowe. Cenzura takie rzeczy dopuszczała i większość żartownisiów nie chciała się mieszać do spraw ważnych.

Od kolegów wymagałem, by pisali wyłącznie o sprawach ważnych. Poruszaliśmy kwestie naprawdę kluczowe. Czasem Jonasz Kofta przynosił bardzo dobry tekst piosenki, ale to było świetne na festiwal, ale ja oczekiwałem, by była to piosenka z ważnym przesłaniem. To nas odróżniało od innych. Już później, w 1976 r., zabrzmiała pieśń „Żeby Polska była Polską”. Od początku lat 70. pojawiały się utwory, które odwoływały się do najważniejszych wartości i negowały realny socjalizm. Nie można było tego robić wprost, używaliśmy ezopowego języka. Publiczność rozumiała, co chcemy powiedzieć mimo cenzury. Niektóre dowcipy były bardzo zakamuflowane, cenzura demaskowała to dopiero na sali, bo z tekstu, który czytali cenzorzy, to nie wynikało. To była nasza specjalność – odważne mówienie o ważnych sprawach nie wprost. Byliśmy kabaretem spraw istotnych i odważnie formułowaliśmy nasze poglądy. Tego wtedy nikt nie robił w takiej skali pomiędzy Łabą a Władywostokiem.

PAP: W lutym 1975 r. SB wdrożyła sprawę obiektową „Tercet”. Pana i wielu innych twórców „Pod Egidą” inwigilowano i utrudniano państwu życie.

J. P.: To było nieustanne molestowanie. Cenzorzy mieli zarezerwowany na stałe stolik, a cenzura to była część esbecji, tylko taka bardziej jawnie sformalizowana. Cenzorzy mieli też u nas stałe dyżury. Ale występy kabaretu obserwowali także tajni esbecy. Niektórzy próbowali się z nami zaprzyjaźnić. Czasem prosili o dodatkowe miejsce „służbowe”. Zrozumiałem, że „Pod Egidą” robi rzeczy niezwykłe. Bo jeśli cały blok komunistyczny, ze Związkiem Sowieckim na czele, boi się trzech młodych chłopaków żartujących wieczorami, to znaczyło, że oni się nas boją. Robiono specjalne narady władz. Partyjne gazety i rożne gadzinowe pisma nas opluwały, że to „dywersja”, że „skandal, że nasze żarty „godzą w sojusze”. Po latach otrzymałem z IPN wgląd do tych dokumentów i zobaczyłem, co o nas wypisywano. To pokazuje, że zajmowaliśmy się naprawdę ważnymi rzeczami. Dlatego władze utrudniały nam życie. Byliśmy zmuszeni wielokrotnie zmieniać siedzibę. Z Rutkowskiego trafiliśmy w 1975 r. do kawiarni „Melodia” przy ul. Nowy Świat 3, w latach 1980-1981 graliśmy w hotelu „Forum” i w sali na MDM nad restauracją „Kandelabry”. Po stanie wojennym graliśmy w Domu Mody Polskiej „Ewa” przy ul. Konopnickiej.

„Wpadliśmy na ścianę” tępego uporu władzy. Blokowano nam paszporty. Do tej pory, a mamy luty 2023 r., kabaret „Pod Egidą” jest w Warszawie zakazany. Jest tu kilkadziesiąt sal teatralnych i kilkadziesiąt domów kultury i do żadnego nie mam wstępu. Działo się to także „za wolnej Polski” po 1989 r. Kiedy tylko zagrałem w jakimś domu kultury, na Smolnej czy Elektoralnej, to po roku wyrzucano dyrektora i mnie. Do dziś obowiązuje zakaz moich występów w Warszawie. Gdy później grałem w prywatnych restauracjach, odbierano ludziom koncesje. Przestałem grać, bo nie chciałem narażać tych sympatycznych ludzi na problemy. W PRL-u podczas przedstawień mówiłem „Do zobaczenia w wolnej Polsce”, to ludzie znacząco pukali się w czoło: „Co pan wygaduje, panie Janku? Jaka wolna Polska?”. Byłem głęboko przekonany, że Polska jednak będzie wolna, i miałem rację. Z tym mankamentem, że dla mnie miejsca nie ma. Jak w ostatniej zwrotce „Murów” Jacka Kaczmarskiego, kiedy po obaleniu murów „śpiewak” został sam.

PAP: Kabarety w PRL-u nazywano „zaworami bezpieczeństwa”, ale „Pod Egidą” był raczej solą w oku władzy.

J. P.: Krążyły różne teorie, sam podtrzymywałem teorię, że jesteśmy „wentylem bezpieczeństwa”, żeby cenzura coś nam jednak puściła. Ale to była tylko część prawdy. Gdy wybuchła Solidarność, niemal wszystkie radiowęzły w zakładach pracy odtwarzały nagrania z naszego kabaretu. Były marnie nagrane, ale pomagały młodym ludziom, bo Solidarność to był bunt młodych. Oni szukali jakiegoś oparcia. Pokazywaliśmy im, że nawet w PRL-u można być odważnym, że można mówić: „wprowadźmy komunizm na Saharę, a po tygodniu piasku zabraknie”, albo że można kpić z różnych Gierków, Babiuchów itd., że to są też obywatele, z których można żartować. Był na przykład taki „Towarzysz Dycymber” – działacz PZPR z Katowic, którego parodiowaliśmy. W gruncie rzeczy chodziło o ważniejsze sprawy niż żarty z działaczy partyjnych.

PAP: Razem z panem „Pod Egidą” tworzyli m.in. Kofta, Piotr Fronczewski, Janusz Gajos, Ewa Dałkowska i wiele innych nazwisk. Mieliście także wybitnych widzów.

J. P.: Tworzyli go wspaniali artyści z różnych pokoleń. W 1977 r. w „Pod Egidą” debiutował bardzo młody Jacek Kaczmarski. Pojawiła się tu Edyta Geppert, zanim zasłynęła w szerszej skali. Debiutowało tu wielu młodych ludzi. Grało z nami wielu znakomitych aktorów. Występował np. profesor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej Kazimierz Rudzki ze swoim wspaniałym, przedwojennym stylem. Grał z nami świetny aktor Andrzej Szczepkowski, grał Wojciech Siemion, właśnie Piotr Fronczewski i wielu innych. W kabarecie „Pod Egidą” zaczynała tuż po szkole teatralnej Krystyna Janda, również Danusia Rinn i Ewa Błaszczyk. To tylko niektóre nazwiska, cała lista aktorów kabaretu to ponad kilkadziesiąt osób. Świetni aktorzy i aktorki to były filary „Pod Egidą”. Liczyły się tylko dobre i ważne teksty. Nie było miejsca na błahe teksty i głupoty. Musiały dotyczyć spraw polskich, istotnych. I tak powstała legenda kabaretu. Na nasze występy przychodzili wybitni pisarze, naukowcy i wykładowcy. Z najstarszego pokolenia bywał u nas m.in. prof. Władysław Tatarkiewicz, prof. Aleksander Gieysztor, Jerzy Andrzejewski, bywali pisarze: Melchior Wańkowicz, Zbigniew Herbert, Tadeusz Konwicki i Stanisław Dygat. Przychodzili także młodsi – zobaczyć, jak wygląda ten „underground” – oryginalna jak na ustrój placówka.

PAP: Jaki był przełomowy moment w historii „Pod Egidą”?

J. P.: Takim momentem był bunt Solidarności. Piosenki z kabaretu pisane dla inteligencji trafiły na barykady, do strajkujących robotników. W latach 1980-1981 staliśmy się niezwykle popularni w całej Polsce. Musieliśmy się nieco przestawić ze sposobem mówienia, bo inaczej gra się w kameralnej piwnicy, a inaczej w halach fabrycznych. Wymagało to zmian – bardziej komunikatywnego języka, rozszerzenia tematyki. Byliśmy zszokowani tym, co historia z nami zrobiła, a ona wyniosła nas na barykady. Na początku stanu wojennego, w styczniu 1982 r., prezydent USA Ronald Reagan zrobił wielki, popierający Solidarność show: „Let Poland be Poland” – „Żeby Polska była Polską”. Obejrzało go 200 mln ludzi na całym świecie. Pieśń „Żeby Polska była Polską” śpiewałem od 1976 r. Była formalnym, całkowicie spontanicznym hymnem Solidarności. Wszyscy ją śpiewali. Dopiero po stanie wojennym zaczęto robić podchody, żeby ją wycofać, bo podobno jest „nacjonalistyczna”. Zaczął się na mnie hejt inspirowany przez moskiewską „Prawdę” oraz jej przedstawicieli w Polsce. Tępią mnie za to do dziś, choć ustrój się zmienił. Do dziś „Pod Egidą” nie ma stałej siedziby. Nie ma dla mnie miejsca w Warszawie, moim rodzinnym mieście. Incydentalnie występuję z kolegami w Katolickim Centrum Kultury na Bielanach i czasami w Domu NOT przy ul. Czackiego.(PAP)

Rozmawiał Maciej Replewicz

autor: Maciej Replewicz

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

baner