New York
46°
Mostly Cloudy
6:59 am4:29 pm EST
9mph
52%
29.87
ThuFriSat
45°F
48°F
59°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wywiady
Polonia

Język jest nam szczególnie drogi, gdy mieszkamy poza krajem

14.10.2022

„Studiując polonistykę uczyłam się kochać literaturę, nasz język, doceniać ludzi, którzy mi go w piękny sposób przybliżali. A język staje się szczególnie nam drogi, gdy mieszkamy poza krajem. To w Stanach Zjednoczonych uświadomiłam sobie swoją miłość do niego i chociaż na co dzień posługuję się angielskim, to głęboko tkwiąca we mnie polskość przyczyniła się do moich wyborów pisarskich” – mówi Aleksandra Ziółkowska-Boehm, polska pisarka mieszkająca w USA.

Spotykamy się dzisiaj, Pani Aleksandro, aby porozmawiać o Pani książkach, o nagrodach, którymi ostatnio Panią wyróżniono, ale także dlatego, że zbliża się Dzień Dwujęzyczności, a Pani jest doskonałym wzorem dla Polonii – i tej starszej, i tej młodszej – funkcjonowania w dwóch światach językowych: polskim i angielskim. Pisze Pani książki w jednym i drugim języku, ze swobodą porusza się w rzeczywistości amerykańskiej, w której żyje Pani na co dzień, a także nie traci Pani kontaktu z literaturą i teraźniejszą Polską, sięgając również do jej historii.

Od ponad 30 lat mieszkam w Stanach Zjednoczonych (w Wilmington, w stanie Delaware), dziewięć lat mieszkaliśmy z mężem w Teksasie. Ale też zachowałam swoje warszawskie mieszkanie na Mokotowie. Czeka na mnie, gdy przylatuję do Polski – to mój swoisty komfort, zawsze czuję się, jakbym wracała do domu.

W polskim duchu wychowałam syna (Thomas Tomczyk), architekta i dziennikarza, który objechał świat. Z Lekarzami bez Granic spędził wiele miesięcy m.in. w Afryce. Mieszka obecnie na Karaibach, gdzie prowadzi własne pismo.

Mój mąż, śp. Norman Boehm, nie mówił po polsku. W ciągu 27 lat naszego małżeństwa wzbudził w sobie niemałe zainteresowanie polską kulturą i historią. Czytał polecane mu przeze mnie książki; okazywał wiele empatii wobec naszej dramatycznej historii. Wiele razy pisał listy do prasy amerykańskiej w obronie dobrego polskiego imienia.

W czasie starań, by Polska została przyjęta do NATO, pisał listy do (wtedy) senatora Delaware Joego Bidena, który zmienił stanowisko – z przeciwnika stał się wielkim zwolennikiem przyłączenia Polski do sojuszu. Podobnie pani senator Hutchison z Teksasu, do której Norman wysyłał listy podpisane (jak radził Jan Nowak-Jeziorański) przez wielu Amerykanów niepolskiego pochodzenia. Gdy Norman zmarł, PAP napisał pięknie, że odszedł „wielki przyjaciel Polski”. Tak więc oboje z mężem byliśmy zainteresowani Polską współczesną, ale ważna też była dla nas – i jest dla mnie nadal – tragiczna polska historia. Uważam, że trzeba ją przywoływać w artykułach, książkach, filmach. Aby świat się dowiedział. Niech każdy z nas robi, „co może”.

Za książki promujące polską historię została Pani wyróżniona w tegorocznej edycji konkursu Fundacji Janusza Kurtyki, noszącego nazwę „Przeszłość/Przyszłość”, w kategorii „Polonia i Polacy za granicą”.

Z dużą radością odebrałam tę nagrodę. Przyjęłam ją jako docenienie moich pisarskich zainteresowań, m.in. historią Polski. Studiując polonistykę uczyłam się kochać literaturę, nasz język, doceniać ludzi, którzy mi go w piękny sposób przybliżali. Tym bardziej że miałam szczęście znać tak wybitne postaci, jak m.in. Melchior Wańkowicz, prof. Władysław Tatarkiewicz czy Ryszard Kapuściński. Język zaś staje się szczególnie nam drogi, gdy mieszkamy poza krajem. To w Stanach Zjednoczonych uświadomiłam sobie swoją miłość do niego i chociaż na co dzień posługuję się angielskim, to głęboko tkwiąca we mnie polskość przyczyniła się do moich wyborów pisarskich.

Nagroda Fundacji Janusza Kurtyki nie jest jedyną przyznaną Pani w tym roku. W maju statuetką Wybitnego Polaka w USA wyróżniła Panią Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” za wybitną działalność w dziedzinie kultury. Nie mogła jej Pani odebrać osobiście, bo w Polsce też na Panią czekano…

Ogromnie się ucieszyłam z przyznania mi statuetki Wybitny Polak w USA. To wielki zaszczyt. Kiedy dostałam wiadomość, że w maju tego roku odbędzie uroczystość w polskim konsulacie na Manhattanie, nie mogłam wziąć w niej udziału, bo wcześniej potwierdziłam zaproszenie do Łodzi – miałam już bilet do Polski – gdzie uhonorowano mnie dyplomem „Absolwent VIP Uniwersytetu Łódzkiego”. Miałam też zaplanowane spotkania w Warszawie.

W Polsce na wiadomość, że nie mogę być w tym czasie w Nowym Jorku na ważnej dla mnie uroczystości, podjęto decyzję, że statuetka Wybitnego Polaka zostanie mi wręczona w dniu rozpoczęcia majowych Targów Książki w Warszawie. I tak się stało, dzięki między innymi Rafałowi Skąpskiemu, wielkiemu przyjacielowi pisarzy. W Warszawie wręczył mi ją Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

Specjalny dyplom Uniwersytetu Łódzkiego z pewnością wywołał wspomnienia Pani związane ze spotkaniem z Melchiorem Wańkowiczem…

Tak, rzeczywiście… Znajomość z Melchiorem Wańkowiczem zaczęła się już w moich czasach studenckich. Pisałam wówczas pracę magisterską na Uniwersytecie Łódzkim na temat tego wielkiego polskiego reportażysty. Napisałam do niego list, wymieniłam zagadnienia dotyczące jego twórczości, zadałam kilka pytań. W odpowiedzi zaprosił mnie na spotkanie do Warszawy. Przyjechałam, długo rozmawialiśmy. Zapoznał się z moimi tzw. pracami zaliczeniowymi na temat jego twórczości. Na koniec zaproponował mi pracę researcherki – abym wyszukiwała materiały potrzebne mu do nowej książki. Pisał wtedy „Karafkę La Fontaine’a”, w której m.in. zastanawiał się, czym jest twórczość, jakim zasadom powinno się być wiernym. Jak mówił – pisanie to nie jest czekanie na natchnienie, tylko przede wszystkim praca. Potrzebne mu były przykłady, jak pisarze zbierają materiały, jakie warunki są potrzebne do koncentracji, jakim zasadom powinno się być wiernym. Po roku zbierania materiałów skończył pierwszy tom. A kiedy postanowił napisać drugi, zaproponował mi pracę asystentki i sekretarki. Byłam już po obronie pracy magisterskiej w Łodzi, niedługo potem na Uniwersytecie Warszawskim zaczęłam pisać pracę doktorską. Wańkowicz miał już duże problemy ze zdrowiem. Po skończeniu „Karafki La Fontaine’a” poprosił wydawcę, by zamieścił w drugim tomie dedykację dla mnie z podziękowaniem – jak napisał – za „współpracownictwo”. W testamencie – przed wyjazdem na operację – zapisał mi swoje archiwum.

Ogólnie znałam Wańkowicza – licząc od pierwszego spotkania, gdy byłam studentką, potem jego asystentką – tylko 2 lata i 4 miesiące. To krótki, ale dla mnie bardzo ważny okres.

Wiele Pani książek ma charakter reportażu. Czy ten wybór gatunku literackiego jest wynikiem Pani spotkania i znajomości z Melchiorem Wańkowiczem – mistrzem reportażu?

Od dawna interesowała mnie literatura faktu. Na pewno niemały wpływ na wybór mojej formy pisarskiej wywarł Wańkowicz. Widziałam, jak on „to robi”. Poza tym opisał swoje własne doświadczenia i spostrzeżenia, podzielił się uwagami innych twórców – niekoniecznie reportażystów, ogólnie ludzi pióra. Każdy z nas może ustalić własną formę wypowiedzi. Za jedną z najlepszych książek na temat metody i pracy twórczej uważam „Karafkę La Fontaine’a” Wańkowicza. Poznałam wielu reportażystów, z wieloma byłam ładnie zaprzyjaźniona, m.in. z Ryszardem Kapuścińskim, który cenił pisarstwo Wańkowicza. Myślę, że XXI wiek jest czasem literatury faktu, która przybiera nowe formy, między innymi – „opowieści reportażowej”, z którą się utożsamiam.

Prozę realistyczną i reportaż dzieli bardzo cienka granica. Cechą reportażu jest prawdziwość opisywanych wydarzeń. Melchior Wańkowicz twierdził, że posługuje się metodą mozaiki (np. z pięciu bohaterów tworzy jednego, najbardziej syntetycznego). Pani jednak wybrała inną metodę.

Bardzo interesująca jest „metoda mozaiki” Wańkowicza. Łączenie wielu losów w jeden. Jest wtedy pokazana prawda nie jednostkowa, tylko ogólna. Pisarz słusznie zauważał, że każdy z nas ma zazwyczaj w życiu choćby jeden ciekawy okres – trudny, bolesny lub radosny i szczęśliwy. Zamiast pokazywać 10 życiorysów i losów – pisarz pokazywał jednego bohatera, któremu się „wiele przydarzyło”.

Ja podchodzę inaczej do tego zagadnienia – piszę o konkretnych osobach, konkretnych rodzinach. Jak na przykład Kaja, bohaterka książki „Kaja od Radosława”, uczestniczka powstania warszawskiego, która opowiada i swoim dzieciństwie na Syberii, i o tym, jak przez 54 lata przechowywała Krzyż Virtuti Militari majora Henryka Dobrzańskiego. Piszę o hubalczyku Romanie Rodziewiczu, który dzieciństwo spędził w Mandżurii, o rodzinie Ewy Jaxa-Bąkowskiej, która straciła dwór, ziemie, stadninę koni arabskich. Ojciec Ewy zamordowany został w Katyniu, także ojciec jej bliskiego kuzyna Janusza Krasickiego. O kolejach losów tych ludzi piszę w książkach „Dwór w Kraśnicy” i „Lepszy dzień nie przyszedł już”.

Podczas zbierania materiałów do książek moi bohaterowie stają mi się bliscy, potem nie tracę z nimi kontaktu. Nie da się bowiem po miesiącach rozmów powiedzieć ot tak „do widzenia”. Oni mnie cenią, a ja ich. Nie pozywają mnie do sądu po wydrukowaniu książki, jak się czasami autorom zdarza. Bohaterka „Kai od Radosława” z wdzięczności zapisała mi… miejsce w grobie na Powązkach (czym trochę zdenerwowała moją mamę i męża).

Bohaterowie Pani książek to ludzie doświadczeni przez los, historię, wojnę, która odcisnęła na ich życiu niezatarte piętno. Jaki cel przyświeca Pani, gdy podejmuje się Pani opowiedzenia wybranych zdarzeń czy też opisania postaci?

Piszę o ludziach, którzy swoim zachowaniem i szczególną godnością mi imponują. Nasłuchałam się wielu opowieści, jak wojna „przerwała ludziom życie”, jak stracili najbliższą rodzinę, utracili posiadłości, należące do nich od wielu pokoleń. Nie piszę o generałach, piszę o „normalnym” człowieku, który zapłacił ogromną cenę m.in. za „rozkazy generałów”. Reaguję na dramatyczne losy, na nieszczęścia. Chcę utrwalić losy zwykłych ludzi, bo historia to nie tylko ta wielka, którą opisuje się w książkach naukowych czy podręcznikach, to przede wszystkim jednostki, ponoszące konsekwencje wydarzeń rozgrywających się na arenie świata.

W Pani książkach odczuwa się nie tylko ciekawość drugiego człowieka, ale empatię oraz umiejętność słuchania ludzi. Jak ich odnajduje? Co sprawia, że otwierają się przed Panią?

Jak wszyscy, spotykam wielu ludzi, niektórzy opowiadają ciekawie o różnych fragmentach swojego życia. Pytam o „więcej”, a niektórych chcę spotkać ponownie i poprosić, by opowiedzieli mi „jeszcze więcej”. Mówię, że napiszę. Że im pokażę. Że będę fair.

Kaja od Radosława czytała każdy rozdział, aby nie było „błędów”. Prosiła także, by niektóre tematy, fragmenty usunąć. Mówiła, że się otworzyła przede mną, abym „rozumiała jej życie”, ale żeby jego część pozostała między nami. I dotrzymałam słowa. Choć kilka fragmentów – gdyby zostały – wzbudziłyby łzy u czytającego… Ona jednak mówiła: „Nie chcę, aby mi ktokolwiek współczuł”. I uszanowałam to.

Słucham opowieści ludzi, których podziwiam; przejmuję się nimi. Umiejętność słuchania to może jest dar od Boga. Więcej o swoim rozumieniu literatury faktu napisałam w książce „Pisarskie delicje”.

Bohaterem reportażu może być nie tylko człowiek, ale także przedmiot i zwierzę, i roślina. Panią jednak interesują przede wszystkim ludzie (chociaż w jednej z książek uwieczniła Pani swoją kotkę Suzy).

Tak, w kręgu moich zainteresowań są przede wszystkim ludzie. Bardzo różni. Nie tylko Polacy. Napisałam książkę na temat amerykańskich Indian „Otwarta rana Ameryki” (amerykańskie wydanie „Open Wounds a Native American Heritage”, które sponsorowali Apacze). Zaczęłam ten temat od podziwu dla dzieła mojego stryja Korczaka Ziółkowskiego, rzeźbiarza, który w Dakocie Południowej zaczął rzeźbić monumentalną postać wodza indiańskiego Crazy Horse’a (rzeźba ciągle nie jest skończona, po śmierci Korczaka prace kontynuuje rodzina).

Napisałam także o aktorce Ingrid Bergman, znanej np. z filmu „Casablanka”, trzykrotnie nagrodzonej Oscarem. Była bliską krewną mojego męża Normana (babcia Normana i ojciec Ingrid byli rodzeństwem). Norman zachował jej listy pisane do jego babci, do ojca i do niego. Tak powstała książka, która ukazała się w języku polskim w Polsce pt. „Ingrid Bergman prywatnie” i w Stanach pt. „Ingrid Bergman and her American Relatives”.

Bohaterką jednej z moich książek stała się także… kotka Suzy, która zaadoptowała Normana i mnie w Teksasie. Byłam pełna podziwu, jak czule okazywała nam swoje przywiązanie. Odbyliśmy wspólne podróże po rezerwatach indiańskich, byliśmy z nią ponad 20 razy w Polsce. Pisałam o Suzy do Szymona Kobylińskiego – zdumiona, że kot może być tak „uczuciowy jak pies”. Szymon zachęcił mnie: „Napisz książkę o tej kotce…”. I tak powstały „Podróże z moją kotką”, które miały dwa wydania w Polsce, a w USA jest wciąż „in print”. Książkę wydało wydawnictwo Purdue University Press pt. „On the Road with Suzy from Cat to Companion”.

Skoro jesteśmy przy wydaniach angielskojęzycznych… Podjęła Pani wiele starań, aby Pani książki – opowiadające o historii Polski poprzez losy opisywanych postaci – ukazały się na rynku amerykańskim. Odniosła tu Pani sukcesy, ale nie było łatwo…

Cieszę się, że moje książki ukazują się w języku angielskim. Rzeczywiście, wymagało to wielu długich starań. Nie było łatwo, ale nie trzeba się zniechęcać…

Mogę powiedzieć, że dzięki niektórym moim książkom czytelnik amerykański poznał fragmenty historii Polski, która – chociażby przez swój tragizm – warta jest szerszego kręgu zainteresowanych. Jeden z wydawców powiedział, że moje opowieści pokazujące polskie losy czyta się ze wzruszeniem, że opisane tragedie wywołują łzy, niezależnie od narodowości czytającego.

Chciałabym też podkreślić, że wydawnictwo amerykańskie Lexington Books opublikowało moją książkę „Melchior Wańkowicz. Poland’s Master of the Written Word”. Miała ona już dwa wydania. Jest dostępna w ponad 800 bibliotekach naukowych nie tylko w USA i Kanadzie, ale także w Nowej Zelandii, Australii, Ekwadorze, Kolumbii, Meksyku, Niemczech, we Włoszech.

Wiele książek Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm ukazało się w języku angielskim

Cieszę się też ogromnie, bo moje starania o anglojęzyczne wydania książek Wańkowicza zostaną zwieńczone sukcesem. Już wkrótce bowiem słynne dzieło pisarza o Monte Cassino ma się ukazać w języku angielskim w Stanach Zjednoczonych. Tłumaczem jest prof. Charles S. Kraszewski. Jego dziadkowie byli emigrantami z Polski, ojciec i wuj byli lotnikami w armii amerykańskiej w czasie II wojny światowej. Tłumaczenie sponsorowało Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (SWAP) w Nowym Jorku – najstarsza w świecie niezależna organizacja byłych polskich żołnierzy, działająca nieprzerwanie od 1921 roku

Na polskim natomiast rynku czytelniczym ukazało się właśnie nowe wydanie „Na tropach Smętka” Wańkowicza (wzorowane na edycji z 1936 r.) z Pani przedmową, w której przypomina Pani losy książki. Nic dziwnego, że wydawnictwo Księży Młyn właśnie do Pani zwróciło się o napisanie słowa wstępnego, bo przecież jest Pani autorką wielu książek o naszym pisarzu.

Książka „Na tropach Smętka”, do której nowego wydania w tym roku napisałam wstęp (posłowie napisał Grzegorz Nowak), gdy się ukazała pierwszy raz w 1936 roku, zyskała ogromne uznanie i popularność dzięki ciekawej formie, ale przede wszystkim dlatego, że autor poruszył w niej sprawy dotychczas nieznane, pokazał żywe przykłady polskości na ziemiach Warmii i Mazur. Co więcej, przepowiedział wybuch wojny, umieścił w książce grafikę z zegarem odtwarzającym trzy lata wcześniej to, co miało się zdarzyć we wrześniu 1939 roku: przebieg ataku z morza, lądu i powietrza.

Ukazało się kilka moich książek na temat twórczości, życia i osoby Wańkowicza, także na temat jego procesu z 1964 roku. Opracowałam m.in. jego korespondencję z Jerzym Giedroyciem, z córkami Krystyną i Martą, z żoną Zofią. Redagowałam serię 16 tomów „Dzieł wszystkich” Wańkowicza, którą wydało wydawnictwo Prószyński i S-ka, pisałam posłowie do każdego tomu. Wstępy zamawialiśmy u wspaniałych autorów – np. do „Bitwy o Monte Cassino” napisał Norman Davies.

Jest Pani uznaną strażniczką pamięci o Wańkowiczu, docenianą nie tylko w środowisku czytelniczym. Dzięki Pani staraniom pisarz ze swoimi książkami – przez pewien czas marginalizowany – coraz silniej zaznacza swoją obecność w naszej literaturze. Okazuje się też, iż Pani książki reportażowe zainteresowały młodych czytelników, czego dowodem jest praca magisterska Aleksandry Biegaj pt. „Obrazy ludzkich losów w twórczości Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm”. Jak ją Pani przyjęła? Czy coś w niej Panią zaskoczyło?

Aleksandra Biegaj zwróciła się do mnie, kiedy już miała pracę przemyślaną i w części napisaną. Rozmawiałyśmy przez telefon na tematy, które się pojawiały w trakcie jej dalszej pracy nad materiałem. Przeczytałam całą pracę magisterską pani Aleksandry, którą obroniła na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Bardzo mnie ujęła jej postawa, jej sposób pisania, wrażliwość na tytułowe „obrazy polskich losów”. Jest moją „pokrewną duszą”. Ucieszyłam się tą pracą.

Ostatnie moje pytanie jest zupełnie standardowe – kiedy możemy spodziewać się Pani następnej książki?

Zacytuję moją mamę, która – kiedy mówiłam o wspólnych z nią planach – odpowiadała: „Obyśmy tylko zdrowe były”. Mam niemal gotową kolejną książkę… Gdy ją skończę, może to będzie powód do naszego kolejnego spotkania…

Rozmawiała Jolanta Wysocka

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY