New York
7:09 am5:08 pm EST
SunMonTue
52°F
48°F
39°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Opinie i Analizy

Karuzela z McCarthy’m

17.01.2023
Speaker of the House - Kevin McCarthy FOTO: PAP/EPA

Wybory nowego przewodniczącego Izby Reprezentantów pokazały meandry, jakimi musi czasami kręcić się amerykańska demokracja. Cenę, za jaką Kevin McCarthy mógł podnieść w Kongresie młotek przewodniczącego, zapłacić mogą wszyscy wyborcy.

Tomasz Deptuła

W amerykańskim porządku konstytucyjnym przewodniczący Izby Reprezentantów jest trzecią osobą w państwie – po prezydencie i wiceprezydencie. W przypadku, gdy ci dwaj nie są zdolni do pełnienia funkcji, to właśnie Speaker of the House przejmuje urząd prezydencki. Stąd osoba przewodniczącego izby niższej (podobnie jak w Polsce marszałka Sejmu) jest uważana za jedną z najważniejszych postaci w amerykańskim życiu politycznym. Co więcej, House leader decyduje o porządku obrad całej izby, a więc o tym, jakimi ustawami zajmować się będzie Kongres, a co wyląduje w legislacyjnej “zamrażarce”. W sytuacji, gdy kontrolę nad Białym Domem i nad Senatem mają przeciwnicy polityczni – demokraci – osobowość przewodniczącego może przesądzać o tym czy Kongres stanie się polem politycznej konfrontacji, czy będzie poszukiwać pragmatycznych rozwiązań.

Do 15 razy sztuka

Ostatni raz zwycięska partia miała kłopoty z wyborem przewodniczącego izby niższej amerykańskiego Kongresu ponad sto lat temu. Aż do minionego tygodnia. Na Kevina McCarthy’ego, republikanina z Kalifornii, w nowym 118. Kongresie musiano głosować aż 15 razy i to pomimo tego, że nie miał w swoim ugrupowaniu żadnego poważnego konkurenta. Za kilka głosów przesądzających o ostatecznym wyborze trzeba było zapłacić sporą cenę.

Do tej pory przewodniczącego Izby ugrupowanie posiadające większość w Kongresie wybierało bez większych kontrowersji już podczas pierwszego posiedzenia po rozpoczęciu kadencji. Tym razem było inaczej. Powodem bezprecedensowego impasu był opór 20 republikańskich kongresmanów, którzy chcieli, aby nowy przewodniczący zobowiązał się do zorganizowania pracy całej Izby tak, aby uwzględniała ona stanowisko konserwatywnego skrzydła GOP. Ta grupa to zaledwie niewielka część wszystkich kongresmanów Partii Republikańskiej (jest ich łącznie 221), ale wyraźnie dała do zrozumienia, że chce odgrywać znaczącą rolę w politycznym dyskursie. A to praktycznie oznacza utrudnianie pracy administracji Joe Bidena i brak porozumienia z Senatem, gdzie demokraci mają przewagę 51-49. Po ostatnim, zwycięskim głosowaniu Kevin McCarthy podziękował byłemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi, który podjął się negocjacji między kongresmanem a konserwatywną frakcją.

Ustępstwa i miecz Damoklesa

Większość republikańskich kongresmanów bagatelizuje znaczenie koncesji poczynionych przez McCarthy’ego. Ale niektóre zmiany są niepokojące. Na przykład zgoda na to, że głos jednego kongresmana może uruchomić proces usunięcia przewodniczącego Izby Reprezentantów będzie wisiała nad McCarthym jak przysłowiowy miecz Damoklesa. “To zła decyzja – uważa umiarkowany republikański kongresman z Nebraski Don Bacon. – Wystarczy wniosek jednej osoby o odwołanie i cały proces trzeba będzie przeprowadzać od nowa. Kto chciałby robić to każdego tygodnia? (…) To osłabia przewodniczącego i wzmacnia najmniej liczną ze wszystkich frakcji”.

Konserwatywni krytycy McCarthy’ego domagali się także, aby każdorazowej zgodzie na zwiększenie amerykańskiego długu publicznego (bez czego rząd nie byłby w stanie emitować nowych obligacji) powinno towarzyszyć ograniczenie wydatków publicznych, w tym na Social Security oraz Medicare. “Nie można dopuścić do niemal automatycznego podnoszenia zadłużenia” – argumentuje konserwatywny kongresman z Pensylwanii Scott Perry, który także ociągał się z poparciem dla McCarthy’ego.

Ci republikańscy kongresmani, którzy sytuują się bliżej politycznego centrum, byli także zaniepokojeni żądaniami bardziej konserwatywnie nastawionych kolegów, aby ci ostatni objęli funkcje przewodniczących w komisjach i podkomisjach Izby Reprezentantów. To odstępstwo od zasady, że o przewodzeniu komisjom przesądza liczba lat spędzonych w Kongresie. Prawicowa frakcja miała nawet wywalczyć trzy miejsca w kluczowej Komisji Regulaminowej (House Rules Committee), znacznie więcej, niż wynikałoby to z rzeczywistego rozmieszczenia głosów.

Inne zmiany przyjęte przez republikanów w nowym Kongresie uznano za mniej kontrowersyjne. Przewidziano między innymi zwiększenie możliwości zgłaszania poprawek do ustaw, większą kontrolę Kongresu nad instytucjami federalnymi oraz wprowadzenie reguły 72-godzin, czyli przesłania do członków Izby projektów ustaw co najmniej 3 dni przed rozpoczęciem samej debaty. Każda z tych reguł w przeszłości obowiązywała w Kongresie.

Między obstrukcją a pragmatyzmem

Nad 15 głosowaniami na przewodniczącego można by było przejść do porządku dziennego, gdyby nie to, że tygodniowy impas z jego wyborem może mieć wpływ na życie milionów Amerykanów. Ceną za poparcie 20 najbardziej konserwatywnych republikanów były bowiem koncesje, na jakie miał zgodzić się McCarthy. Co więcej, dokładnie nie wiadomo jakie, bo jesteśmy skazani częściowo na domysły. Wśród zgłaszanych przez opornych kongresmanów żądań najbardziej niepokojące wydają się propozycje cięcia wydatków na takie program, jak Medicare i Social Security.

Na szczęście amerykański system, oparty na zasadzie równowagi i kontroli (check and balance), utrudni przyjmowanie radykalnych rozwiązań. Oprócz tego, do stanowienia nowego prawa potrzebna jest zgoda obu izb Kongresu i podpis prezydenta, a żadne z ugrupowań na Kapitolu nie dysponuje wystarczającą liczbą głosów, która pozwoliłaby na obalenie prezydenckiego weta. Republikanie, a raczej najbardziej konserwatywne i antyestablishmentowe skrzydło ugrupowania, mogą jednak próbować blokować zwiększanie wydatków publicznych, co w obliczu inflacji i konieczności utrzymania zobowiązań rządu federalnego będzie koniecznością. Na Kapitolu może więc być w najbliższych miesiącach bardzo nerwowo.

W opinii większości komentatorów – zarówno prawicowych, jak i lewicowych – negocjacje McCarthy’ego z konserwatystami i 15 głosowań osłabiły pozycję przewodniczącego Izby Reprezentantów już na samym początku kadencji. Stał on się zakładnikiem frakcji, która jest bardziej zainteresowana w obstrukcji prac Kongresu niż w poszukiwaniu pragmatycznych rozwiązań ponad politycznymi podziałami. A to oznacza, że w nowej, wybranej już po raz 118, Izbie Reprezentantów na pewno nie będzie spokojnie.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY