New York
72°
Rain
5:45 am8:20 pm EDT
4mph
90%
29.97
WedThuFri
82°F
84°F
86°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Kultura
Warto przeczytać
Wywiady
Polonia

Lubię fajny groove i odpowiedni puls

01.04.2023
Krzysztof Medyna jest znanym saksofonistą, który potrafi odnaleźć się w każdym stylu i odmianie jazzu / Foto: PIOTR POWIETRZYŃSKI

„Uważam, że prawdziwy jazzman musi potrafić zagrać w różnych stylach. To tak jak w przypadku klasycznego pianisty, który gra zarówno Bacha, Chopina, jak i Skriabina, mimo że reprezentują oni różne epoki i style” – podkreśla w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” znany saksofonista jazzowy Krzysztof Medyna.

Pół roku temu pojawiła się płyta współtworzonego przez Ciebie zespołu Breakwater z archiwalnymi nagraniami zarejestrowanymi w latach 1979-1980. Właśnie teraz pojawiła się także w ogólnoświatowej sprzedaży na Amazonie. Okazuje się, że po tylu latach kompozycje te nadal świetnie brzmią, a album bardzo dobrze sprzedaje się w Polsce, a nawet znajduje się na liście jazzowych bestsellerów sieci Empik. To sukces, na który chyba mało kto liczył. Skąd pomysł na takie wydawnictwo?

Nie był to nasz pomysł. Mówiąc w liczbie mnogiej mam na myśli siebie i Andrzeja Winnickiego, który jest moim partnerem muzycznym od ponad 40 lat. Pomysł pojawił się w Polsce, w głowie naszego przyjaciela Andrzeja Androchowicza, byłego szczecinianina, który w dalszym ciągu ma to miasto głęboko w sercu, a poza tym sekunduje nam we wszystkich naszych przedsięwzięciach. Jest on także dziennikarzem i ma dobre kontakty z właścicielem firmy wydawniczej GAD Records, z Michałem Wilczyńskim. Właśnie on zasugerował mu, żeby zainteresował się naszymi nagraniami radiowymi, których trochę zrealizowaliśmy. Tak się złożyło, że po wygraniu festiwalu Jazz nad Odrą w 1979 roku umożliwiono nam dokonywanie tzw. archiwalnych nagrań w różnych studiach Polskiego Radia. Tak więc sukcesywnie wykorzystywaliśmy tę okazję, ponieważ na nagranie płyty nie mieliśmy wówczas szans, i to z kilku powodów, z czego — jak myślę — najważniejszym było to, że nie byliśmy ani z Warszawy, ani z Krakowa, tylko ze Szczecina. Po tym wrocławskim festiwalowym zwycięstwie zaczęliśmy rosnąć w siłę i zdobywać popularność, a nawet zaczęło nam się wtedy dostatnie życie. Jednak nie trwało to długo, bo szybko zniknęliśmy z polskiej sceny.

Okładka płyty Breakwater wydanej we wrześniu 2022 roku i zawierającej archiwalne radiowe nagrania grupy / Foto: ARCHIWUM KRZYSZTOFA MEDYNY

Patrząc na zawartość płyty można śmiało powiedzieć, że jest to zbiór bardzo ważnych nagrań. Na pewno do takich należy chociażby utwór otwierający album i noszący tytuł „W niedzielę” ponieważ jest to Wasza pierwsza i chyba nawet jedyna zespołowa kompozycja.

Tak, masz rację. Utwór ten nagrywaliśmy w opolskim studiu pod kierownictwem red. Edwarda Spyrki i po zarejestrowaniu utworu nadaliśmy mu nazwę zasugerowaną przez Andrzeja — „W niedzielę po kościele”. Jednak wówczas, ze względów politycznych oczywiście to nie mogło przejść przez cenzurę i tytuł został skrócony. Tak się składa, że naszym głównym kompozytorem był Andrzej i tak jest do tej pory. Ja mam na swoim koncie kilka utworów w tej naszej historii, a „W niedzielę” faktycznie jest naszą jedyną zespołową kompozycją.

Kto dokonał wyboru utworów, które znalazły się na tej płycie?

Dyrektor GAD Records Michał Wilczyński skontaktował się z nami i myśmy go naprowadzali na studia radiowe, w których były zarejestrowane nagrania. On je odnajdywał i wydobywał z archiwum, ponieważ my – mieszkając w Stanach Zjednoczonych – nie mieliśmy takiej możliwości. Później dostał je do przesłuchania, z tym, że każdy utwór miał co kilkadziesiąt sekund dograny specjalny sygnał, żeby ich nie można wykorzystać bez zgody i opłat. Jednak mogliśmy je wszyscy odsłuchać i później razem z nim zastanawialiśmy się, co umieścić na płycie. Współpraca ta była bardzo dobra i szybko okazało się, że Michał Wilczyński ma doskonałe wyczucie muzyczne. Cały proces trwał półtora roku. Później dyrektor GAD Records musiał kupić licencję i otrzymał oryginalne nagrania zarejestrowane w stereo. Następnie Andrzej Poniatowski – który notabene w tamtych czasach był najlepszym realizatorem dźwięku w Polsce i nagrywał nas w studiu Radia Lublin – dokonywał teraz remasteringu i equalizacji tych utworów.

Zespół Breakwater zadebiutował w 1979 roku na festiwalu Jazz nad Odrą we Wrocławiu zdobywając tam główną nagrodę. Od lewej: Piotr Put, Marek Kazana, Krzysztof Medyna, Andrzej Winnicki i Bogusław Fortunka / Foto: ARCHIWUM KRZYSZTOFA MEDYNY/MAREK KAREWICZ

Analizując daty rejestracji tych kompozycji, a przede wszystkim rok, w którym zaczęliście wspólnie działać, myślę, że śmiało można tę płytę nazwać jubileuszowym albumem wydanym na 45-lecie powstania zespołu Breakwater, bo mimo że zadebiutowaliście, i to z wielkim sukcesem, na festiwalu Jazz nad Odrą w 1979 roku, to zespół powstał rok wcześniej. We Wrocławiu zdobyliście wówczas główną nagrodę, a Ty dodatkowo zostałeś uznany przez jury za najlepszego instrumentalistę. Dla debiutantów to na pewno musiał być ogromny sukces. Co to wówczas dla Was znaczyło i co Wam dało? Jak potoczyły się późniejsze losy Breakwater?

Jeżeli chodzi o naszą grupę, to powstała jesienią 1978 roku. Wiekowo ja byłem w niej najstarszy i miałem największe doświadczenie, które zdobyłem w Szwecji, gdzie przez trzy lata pracowałem jako muzyk. Zespół założyłem wspólnie z Andrzejem Winnickim po powrocie do Polski. A wygrana we Wrocławiu była dla nas ogromnym osiągnięciem. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi, no bo wiadomo, że jeśli się startuje w jakimś konkursie i ten konkurs się wygrywa, to człowiek musi się cieszyć. Niestety, nie pamiętam, czy myśmy wówczas snuli jakieś plany związane z tym sukcesem, ponieważ wtedy Polska była zamkniętym krajem. Jedynie, co mogliśmy, to pojechać na koncerty do NRD i Związku Radzieckiego, gdzie faktycznie byliśmy. Dlatego gdy pojawiła się przed nami możliwość wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, to chętnie z niej skorzystaliśmy licząc na łut szczęścia. Oczywiście chcieliśmy występować, bo dla nas – dla mnie i Andrzeja Winnickiego – granie wynika z potrzeby i miłości do muzyki, i sprawia nam ogromną frajdę. My nigdy nie nastawialiśmy się na współzawodnictwo czy ściganie się z innymi, bo jak powiedział Balla Bartok: „Współzawodnictwo jest dla koni, nie dla artystów”. My również wychodzimy z takiego założenia i prywatnie patrząc na naszą działalność oraz hierarchię wartości, to dla nas na pierwszym miejscu jest rodzina, a na drugim muzyka. W przypadku wielkich artystów, w dziewięćdziesięciu procentach wygląda to na odwrót. Dlatego my inaczej tą ścieżką podążamy, spokojniej, bez nerwów i stresu, przez co ani nie musimy ćpać, ani się nie załamujemy itd.

Krzysztof Medyna występuje w różnych amerykańskich klubach i salach koncertowych / Foto: PIOTR POWIETRZYŃSKI

Dzięki temu również świetnie się rozumiecie na scenie, bo widziałem kilka Waszych wspólnych występów. To jest świetna współpraca, taka fuzja pomiędzy Tobą a nim, pomiędzy Waszymi solówkami oraz wspólnym partiami. A skoro mowa o fuzji, to powróćmy jeszcze na moment do Waszego debiutu. Myślę, że śmiało można powiedzieć, że jesteście twórcami polskiego fusion, a już na pewno jednym z pierwszych zespołów jazzowych, który uprawiał taką jego odmianę. Wiem, że to co nowe nie zawsze jest dobrze postrzegane przez wiele osób, zwłaszcza konserwatywnych krytyków czy odbiorców. Wiem też, że nie mieliście łatwo.

Tak, byliśmy jednym z pierwszych polskich zespołów grających fusion, co oczywiście dyskredytowało nas w oczach wielu ludzi. Poza tym mieliśmy dodatkową trudność, ponieważ krytycy dowiedzieli się, że akompaniujemy Jerzemu Połomskiemu. W ten sposób zarabialiśmy pieniądze, i tak było przez 3,5 roku. W sumie zagraliśmy z nim 600 koncertów. Jednak z Połomskim nie występowaliśmy jako Breakwater, tylko jako zespół instrumentalny pod kierownictwem Krzysztofa Medyny. Taka też informacja pojawiała się na plakatach i dzięki temu nikomu nie przychodziło do głowy, że to jest jakiś nietakt.

Co Wam bardziej szkodziło w tamtym czasie, czy akompaniowanie Jerzemu Połomskiemu, czy też odmiana jazzu, którą uprawialiście, bo jak zauważyłem w opisie we wkładce do płyty CD, stwierdziłeś tam, że: „Granie fusion niestety degradowało nas w oczach krytyków”.

Tacy muzycy jak np. Jan Ptaszyn Wróblewski i jemu podobni, to w ogóle nie mogli zaakceptować naszej muzyki, bowiem uważali, że fusion to nie jest jazz. To było właśnie tak jak powiedziałeś. Jeśli wprowadza się coś nowego, to od razu u osób starszych wzbudza to podejrzenia, dezaprobatę itd. Ale wtedy byliśmy młodymi muzykami i na nas największe wrażenie robili Amerykanie grający w tym stylu, jak np. Weather Report czy Brecker Brothers, bo to dla nas było świeże, coś, w czym chcieliśmy być. To oczywiście nie oznaczało, że nie byliśmy w stanie odnaleźć się w czymś innym, i tak było. Gdy zespół Breakwater reaktywował się w polsko-amerykańskim składzie w Nowym Jorku to lata 90 ub. w. okazały się dla nas wspaniałe, bo graliśmy wtedy w wielu klubach, a fusion był na topie. Jednak gdy wiek XX chylił się ku schyłkowi, moda na fusion zaczęła gwałtownie maleć i w pewnym momencie, kiedy chcieliśmy zarezerwować termin na kolejny koncert, to pytano nas, czy mamy kontrabas. Niestety, nie mieliśmy, i zaczęły się problemy. W tym czasie koncertowo ucierpiał także m.in. Michał Urbaniak, który także grał fusion. Wówczas uwaga świata znowu zaczęła wracać do akustycznego jazzu. Dlatego wymyśliliśmy Komeda Project, w którym pojawił się kontrabas, bo rzeczywistość nas do tego zmusiła, żeby zmienić styl. Nie było to jednak dla nas, jako dla muzyków, żadnym problemem. Zresztą uważam, że prawdziwy jazzman musi potrafić zagrać w różnych stylach. To tak jak w przypadku klasycznego pianisty, który gra zarówno Bacha, Chopina, jak i Skriabina, mimo że reprezentują oni różne epoki i style. Podobnie – w moim mniemaniu – jest z muzykami jazzowymi. W moim przypadku takim ekstremalnym dowodem na to jest współpraca z Adamem Makowiczem, z którym gram muzykę z lat 30. i 40. W porównaniu z fusion to w ogóle jest inna planeta muzyczna.

Jaka muzyka bardziej grała Wam w duszach na przełomie lat 70. i 80., gdy zaczynaliście grać jako Breakwater – jazz czy rock? Czuliście się bardziej jazzmanami czy może jednak rockmanami?

Absolutnie jazzmanami, dlatego, że ten nasz jazz-rock w sferze rytmicznej, w sferze dynamiki czy też tzw. groove’u był bliżej rocka, w porównaniu z jazzem głównego nurtu, natomiast jego harmoniczna strona była taka, jaka jest w jazzie, bo w rocku to było tylko kilka akordów. Stąd pojęcie fusion – fuzja czegoś z czymś. W tym przypadku – połączenie jazzowej harmonii i jazzowego myślenia z rockową ekspresją. No i dochodzi jeszcze inne instrumentarium, bo zamiast kontrabasu jest gitara basowa, która nadaje charakter artykulacji, energii i dynamiki.

W ostatnim czasie Krzysztof Medyna (pierwszy z prawej) często występuje wraz z Andrzejem Winnickim (pierwszy z lewej) pod szyldem WM Project. Na zdjęciu także Jeff Dingler (drugi z lewej) i Michael Winnicki / Foto: ARCHIWUM KRZYSZTOFA MEDYNY

Obecnie w WM Project, który współtworzysz z Andrzejem Winnickim, jego synem Michaelem oraz Jeffem Dinglerem, również jest sporo rocka.

My świadomie wróciliśmy do tamtej muzyki z racji ukazania się płyty Breakwater. Chcemy pokazać, że nie zapomnieliśmy o tej muzyce, oraz że ona nadal w nas drzemie i w każdej chwili możemy do niej powrócić, wskoczyć w tamte stare buty i zaistnieć tak, jak to się działo prawie pół wieku temu.

A czy przy okazji wydania tej płyty w Polsce nie myśleliście, żeby spróbować w jakiś sposób reaktywować Breakwater, chociaż częściowo i zagrać jakiś wspólny koncert?

Pracowaliśmy nad tym i nic z tego nie wyszło, dlatego że nie ma chętnych. Potrzebny jest menedżer czy impresario, który zorganizowałby trasę. Mieliśmy załatwione dwa koncerty. Jeden w Szczecinie, skąd pochodzimy – tam zajął się tym mój przyjaciel. Drugi występ miał być w Bydgoszczy, ponieważ tam jest klub Eljazz, którego właścicielem jest Józef Eliasz. Pojawia się on w czterech nagraniach na naszej płycie, a poza tym graliśmy razem na trasie po Związku Radzieckim. On oczywiście chciał nas przyjąć w swoim klubie z otwartymi rękoma i był bardzo zmartwiony, gdy okazało się, że jednak nie przyjeżdżamy, bo dwa koncerty to za mało, żeby przynajmniej pokryć koszty. Także nie wiem, czy uda się np. jesienią coś jeszcze z tym zrobić, ale na pewno będziemy próbować.

Szkoda, bo tych ośrodków jazzowych, w których moglibyście wystąpić, jednak kilka w Polsce jest.

Kluby istnieją, ale możliwości są małe. Niestety polscy muzycy niezbyt chętnie patrzą na byłych kolegów z Polski, którzy mieszkają gdzieś indziej. Uważają, że po co my im jesteśmy potrzebni, gdy oni sami potrafią sobie poradzić.

Oni działają w Polsce, a Ty z Andrzejem Winnickim co jakiś czas wymyślasz kolejne projekty i też radzisz sobie w miejscu, w którym wiele lat temu zapuściłeś korzenie. Wspomniałeś wcześniej o reaktywowanej w Nowym Jorku grupie Breakwater z polsko-amerykańskim składem. Jak długo graliście razem?

Chwilę to trwało. Graliśmy od 1993 roku do końca lat 90, czyli przez siedem lat. W okresie tym powstała nawet płyta „In the Bush”, którą nagraliśmy pod szyldem Electric Breakwater. Zmodyfikowaliśmy trochę nazwę zespołu, ponieważ przed jej wydaniem sprawdziliśmy ją i okazało się, że podobnie nazywał się soulowy zespół z Kalifornii. Nie chcieliśmy mieć problemów prawnych, więc dorzuciliśmy słowo Electric, co w rzeczywistości nie było niczym nowym, ponieważ w Polsce też przez pewien czas posługiwaliśmy się taką rozszerzoną nazwą. Przy okazji jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że dyrektor GAD Records Michał Wilczyński ma zamiar wydać drugą płytę z naszymi nagraniami, która pojawi się właśnie pod szyldem Electric Breakwater. To był powiększony skład, z którym wystąpiliśmy w dniu premier na Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu w 1981 roku. W tym składzie nagrywaliśmy też dla rozgłośni Polskiego Radia, lecz tym razem było to w Bydgoszczy i w Szczecinie. Wśród tych nagrań są cztery utwory śpiewane, w których wokalnie udzielał się nasz basista Bogusław Fortunka. Niestety zmarł siedem lat temu w Stanach Zjednoczonych.

Krzysztof Medyna (pierwszy z lewej) w najbliższym czasie zagra w Waszyngtonie i Baltimore. Wystąpi wraz z Jeffem Dinglerem (w środku) i Adamem Makowiczem / Foto: PIOTR POWIETRZYŃSKI

Co jeszcze macie w planach wydawniczych?

Kolejnym pomysłem jest wydanie płyty Breakwater z archiwalnymi nagraniami, która we wrześniu ub.r. wyszła na CD, ale tym razem w wersji winylowej. Ma to nastąpić jeszcze w tym roku i bardzo się cieszę z tego powodu, ponieważ płyty analogowe są teraz bardzo modne. Następnym projektem będzie wspomniany album z archiwalną muzyką Electric Breakwater, na którym znajdzie się trochę piosenek oraz trochę instrumentalnych utworów. Muzycznie będzie ona nieco inna niż ta wydana pod szyldem Breakwater ponieważ tam znajdą się utwory funkowe. Też czekam na to wydawnictwo, bo lubię bardzo wszystko, co ma fajny groove i odpowiednio pulsuje.

Skoro znamy plany wydawnicze, to na zakończenie powiedz jeszcze coś o planach koncertowych.

Na razie nie mam w planach żadnego koncertu z Andrzejem Winnickim, z którym od pewnego czasu tworzę pod nazwą WM Project. Teraz do tej nazwy dodajemy „/Breakwater”, czyli działamy jako WM Project/Breakwater, żeby ludzie wiedzieli, że to jest pewna kontynuacja starego projektu. Mam jednak nadzieję, że uda mi się załatwić kilka koncertów WM Project/Breakwater przy okazji grania z Adamem Makowiczem, bo w kwietniu będziemy razem występowali w Waszyngtonie oraz w Baltimore w bardzo ważnym klubie Keystone Korner. Przy tej okazji będę starał się przekonać właściciela, żeby nas również zaangażował na jakiś koncert.

Rozmawiał Wojtek Maślanka

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

baner