New York
36°
Rain Shower
7:06 am5:12 pm EST
7mph
86%
30.2
WedThuFri
41°F
45°F
34°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Warto przeczytać
Opinie i Analizy

Niech serce taje, niech dusza się wznosi

19.12.2022
FOTO: DREAMSTIME

Rodzic dla dziecka zrobi wiele. Po pandemii jeszcze więcej. Rok temu posłusznie podreptaliśmy za Młodszą na bal wiktoriański, bo wiedzieliśmy, ile dla niej znaczył, wiedząc jednocześnie, że bez rodzicielskiej obstawy nigdy by się tam nie wybrała.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Impreza okazała się najlepszą rzeczą, jaka nam się przytrafiła w pierwszych dwóch latach pandemii. Piękne, zabytkowe miejsce, wytworne, adekwatnie historyczne kreacje, a przede wszystkim przemiła atmosfera w gronie ludzi, z którymi przyszło nam spędzić ten wieczór. Nie było mowy, byśmy się znów nie wybrali w tym roku.  

Wiadomo jednak – życie uwielbia każde plany weryfikować lub przynajmniej testować. Tak było i teraz. Druga połowa tego roku – bal wyznaczony był na połowę listopada – zarzuciła nas „rozmaitymi rozmaitościami”, w obliczu których wesołe pląsy w przebraniu staroświeckiego Kopciuszka na zamku wydawały się coraz bardziej niedorzecznym pomysłem. A nawet i odległą perspektywą. Covid, który niemal zaprowadził mnie do szpitala, kolejny trudny pobyt w Polsce z coraz bardziej chorą mamą, remont w domu, który z trzech tygodni przedłużył się do czterech miesięcy, a do tego złamana noga Starszej, która wywróciła nam do góry nogami rodzinne życie i resztki lata, przekreślając szanse na choćby krótki wyjazd (i ucieczkę z rozmontowanego domu).

Gdy wyszło, że Starsza będzie przystępować do bardzo ważnego egzaminu, do którego przygotowywała się kilka miesięcy, w przeddzień balu poziom entuzjazmu, jaki odczuwałam na myśl o tym wydarzeniu, zaczął otwarcie zjeżdżać pod kreskę z zerem. I wtedy zaatakowała mnie bestia z jeszcze większymi zębami – kac moralny, bo dla Młodszej zbliżający się bal był wydarzeniem roku. Z zapamiętaniem szyła nam wszystkim kostiumy i planowała w szczegółach cały weekend. Wciąż mam w pamięci jej smutek i przygnębienie sygnujące czas lockdownów i szkoły zdalnej. Jej uśmiech jest dziś ważniejszy od wszystkiego. Zacisnęłam zęby, zebrałam się w sobie. Oczywiście, że pojedziemy.

Starsza egzamin pisała w domu. Nie było dyskusji – musieliśmy się na ten czas gdzieś wynieść, inaczej, tłumaczyła nam, będziemy ją rozpraszać nawet siedząc w bezruchu na ławce w ogrodzie. Nie było wyjścia, zabukowałam dla siebie i Młodszej motel w miasteczku, gdzie miał się odbywać bal. Mąż wybył na pół dnia do znajomych z planem, że dojadą ze Starszą na bal niedługo przed jego rozpoczęciem następnego dnia.

Gdy otworzyłyśmy drzwi motelowego „apartamentu” od razu było jasne, że wygód nie będzie. Będzie dobrze, jeśli nam pocieknie z kranu woda, zadziała prysznic, a na noc włączy się ogrzewanie. Rzecz istotna, bo temperatura na zewnątrz leciała na łeb, na szyję. Szykował się pierwszy tego roku poważniejszy atak zimy.

– Mamo? Bardzo mnie kochasz? – zapytała Młodsza, gdy ustawiwszy torby na krzesłach, same też zainstalowałyśmy się na łóżku. Kontakt z brunatną, bardzo zabytkową wykładziną wolałyśmy ograniczyć do minimum.  

 – A co to w ogóle jest za pytanie? – zamrugałam ze zdziwieniem.

 – No jest, bo może byś mi pomogła wykończyć suknię?

 Znów zamrugałam, tym razem z niedowierzaniem.

– To ona jeszcze nie jest skończona? Mówiłaś, że w tym roku nie będzie tak jak w poprzednich…

Słowo wyjaśnienia. Dwa „profesjonalne” bale, które Młodsza zaliczyła do tej pory w życiu miały ze sobą jedną, wspólną rzecz: niegotowe na czas kreacje, które pomagałam jej kończyć w atmosferze paniki na granicy z histerią i obowiązkowych łez. Bez mojej rundy przy maszynie do szycia z obu imprez byłyby (tylko) nici. I zwoje niezużytego materiału.

Humor skisił mi się jeszcze bardziej. Niespokojna o Starszą, która przed egzaminem przeżywała własne skrajne emocje, nieprzekonana, że w podupadłym motelu uda mi się odpowiednio odpocząć przed czekającym mnie ciężkim dniem tańców, cieszyłam się na myśl, że przynajmniej wybierzemy się z Młodszą do jakiejś fajnej knajpy na smakowitą kolację.

– A co tam jeszcze trzeba zrobić? – zapytałam z rezygnacją.

Młodsza wyciągnęła swoją suknię. Potem wyciągnęła moją suknię. A potem jeszcze wyciągnęła suknię Starszej. Nie pomogło żadne zaklinanie rzeczywistości. Roboty było na kilka godzin. O żadnej knajpie nie było mowy.

Szyłyśmy. Rozmawiałyśmy. I nagle stało się coś nieoczekiwanego. Czas stanął. A potem zaczął tańczyć w rytm subtelnej muzyki płynącej z telefonu Młodszej. Pomieszały się ze sobą epoki, osoby i obyczaje. Opowiadałam Młodszej o mojej własnej fascynacji staroświeckimi sukniami w czasach, gdy byłam w jej wieku, a ona mnie o swojej fascynacji muzyką klasyczną. Miała w telefonie całą listę swoich ulubionych klasycznych przebojów. Kompletnie mnie zaskoczyła. Jak to możliwe, że nie wiedziałam o niej tak podstawowej rzeczy? Że kocha deszczową etiudę Szopena, ale o Czajkowskim uważa, że jest przereklamowany? Jak to możliwe, że jest w swoich upodobaniach i fascynacjach taka podobna… do mnie?

Nie wiem, w którym dokładnie momencie poczułam, że serce, takie ciężkie przez długie miesiące, zmęczone, strwożone, zaczęło tajać. Czy wtedy, gdy śmiałyśmy się do rozpuku knując podstępny plan obdarowania mojego męża na Gwiazdkę wiktoriańską bielizną? Czy wtedy, gdy Młodsza, z beztroską pewnością cechującą młodość powiedziała:

 – Widzisz jak fajnie, że was w te bale wkręciłam? Pomyśl, ile ich jeszcze mamy przed sobą! A każdy w innej sukni! Ile to szycia! Ile szczęścia!

Nie ma dnia, bym nie myślała o magicznym wieczorze, który spędziłyśmy w obskurnym motelu kilka tygodni temu. Rok się jeszcze nie skończył i kto wie, czym mnie zaskoczy, ale w tej chwili w rankingu najlepszych rzeczy, jakie mi się przytrafiły w mijającym roku, właśnie on zajmuje najwyższe miejsce.

Życzę Państwu, by w zbliżające się święta poczuli Państwo podobny rodzaj magii i łączności z najbliższymi. W końcu to dzięki nim świat ma urodę i sens, i odkrywa przed nami, gdzie i dlaczego jest w nim nasze miejsce. A przede wszystkim daje siłę, by stawiać czoło kolejnym wyzwaniem, gdy znów się pojawią na naszej drodze.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY