Wielokrotnie przebiegał linię mety, w dodatku z bardzo dobrym czasem. Niedawno, 12 listopada, zrobił to po raz ostatni bowiem okazało się, że był to finisz jego życia. Tym razem zrobił to z czasem wynoszącym 90 lat, w dodatku w wyjątkowym dniu, w dniu swoich imienin.
Wojtek Maślanka
Witold Białokur znany jest w polonijnym środowisku przede wszystkim jako biegacz, maratończyk, trener i tancerz, bowiem te aktywności uprawiał wśród ludzi, często wraz ze swoimi znajomymi i przyjaciółmi. Jednak był on osobą posiadającą o wiele więcej pasji i talentów – lubił podróże, dobrą muzykę co oczywiście wiązało się ze wspomnianym tańcem, ale także uwielbiał rysowanie i malowanie, które z reguły uprawiał w zaciszu domowym lub spokojnym miejscu. Był też osobą bardzo towarzyską i przyjacielską, szybko zyskiwał sympatię innych osób, chętnie dzielił się opowieściami zwłaszcza dotyczącymi jego pasji.
Były też tematy, po które nie chciał sięgać, mimo że mocno go uwierały na sercu. Niestety przywoływały w nim dramatyczne i traumatyczne wspomnienia. A związane były z jego dzieciństwem, które przeżył w czasie wojny, w dodatku na Wołyniu. Jednak pewnego dnia odważył opowiedzieć o tym straszliwym okresie.

„To jest pierwszy wywiad jakiego udzieliłem na ten temat. Zawsze go unikałem ponieważ to są ciężkie wspomnienia” – usłyszałem od niego po prawie dwu i półgodzinnej rozmowie dotyczącej rzezi wołyńskiej i jego wojennych losów. Miało to miejsce cztery lata temu, po tym jak wcześniej wysłuchał kilku wywiadów z projektu „Świadkowie historii” z osobami, które – podobnie jak on – przeżyły to okrutne ludobójstwo. Ich świadectwa i opowieści skłoniły go do „wyrzucenia z siebie” głęboko skrywanych traumatycznych wspomnień.
Później – jak stwierdził – poczuł się trochę lepiej, co też było słychać z każdą kolejną minutą naszej rozmowy. Przyznał też, że nie chciał dotykać wspomnieniami tych najbardziej krwawych i okrutnych sytuacji. Mimo wszystko opowieści te były przesączone tragizmem i grozą. W dodatku jego ojciec jako były legionista, nauczyciel i dyrektor szkoły został przez Sowietów zesłany na Sybir, i nigdy nie wrócił do domu. Natomiast on wraz z matką i rodzeństwem po różnych przeżyciach i tułaczkach ostatecznie uciekli ze Starokonstantynowa (Starego Konstantynowa) w powiecie krzemienieckim na Wołyniu i znaleźli schronienie w Krakowie, gdzie zaczęło się dla nich lepsze życie.
Jak stwierdził nigdy nie mógł zrozumieć skąd w Ukraińcach było tyle nienawiści i okrucieństwa w stosunku do Polaków, tym bardziej, że był on rdzennym Wołyniakiem, a jego ród spod szlacheckiego znaku Białego Kura mieszkał tam od średniowiecznych czasów.

Po zakończeniu wojny i powrocie do normalnego życia Witold Białokur bardzo interesował się sportem. W okresie szkoły średniej i studiów był pływakiem, później został szczypiornistą, aż wreszcie skupił się na lekkoatletyce, którą trenował w Cracovii. Mimo wielu indywidualnych sukcesów zawsze miał tendencję analityczną i skupiał wokół siebie innych zawodników, którym udzielał różnych rad aż wreszcie został trenerem.
„Zawsze chciałem studiować na AWF-ie, ale jednak z wielu powodów wybrałem Politechnikę Krakowską. Po jej ukończeniu zrobiłem trzyletnie studium trenerskie na AWF-ie w Warszawie i bardzo szybko zdobyłem odpowiednie uprawnienia. Najpierw byłem instruktorem, a później zostałem trenerem drugiego i pierwszego stopnia” – wspominał w innym z wywiadów jakie miałem przyjemność z nim przeprowadzić.
W latach 1965-1979 – w Cracovii wyszkolił kilku reprezentantów Polski. Wśród nich byli m.in.: Jan Balachowski i Edward Mleczko. Pod koniec 1970 roku wyjechał z Polski i po trzyletnim pobycie w Wiedniu wyemigrował do Nowego Jorku, gdzie mieszkał aż do śmieci. Zawodowo przez dwadzieścia lat – jako inżynier – kierował grupą osób zajmujących się projektowaniem elektrowni atomowych, a w wolnym czasie oddawał się swoim pasjom.
W Wielkim Jabłku do sportu i biegania powrócił na początku lat 80. Zajął się także trenowaniem innych, a nawet wyszkolił dwóch reprezentantów Stanów Zjednoczonych m.in. słynnego średniodystansowca Rossa Donoghuego. W 1983 roku założył także swoją grupę Witold’s Runners, z którą trenował prawie do końca swojego życia. Na swoim koncie ma wiele nagród i medali.

W 2015 roku został uznany przez amerykańską organizację lekkoatletyczną – USA Track & Field – za najlepszego biegacza w Stanach Zjednoczonych w grupie wiekowej 80-84 lata. Aż trzydziestokrotnie zdobywał przyznawaną przez New York Road Runners nagrodę Freddiego zwaną także sportowym Oskarem.
Jego dom pełen jest medali i trofeów z różnych zawodów biegowych i stanowi takie małe muzeum, zresztą uzupełnione sztuką – obrazami i rysunkami. Właśnie te dwie pasje najchętniej wspominają jego znajomi i przyjaciele.
„Pana Witolda spotkałem już przy pierwszym swoim nowojorskim maratonie w 1993 roku. Był on jednym ze współorganizatorów spotkań maratończyków w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie. W tym czasie organizował też treningi na Queensie i Brooklynie” – wspomina Andrzej Wojtoń, współzałożyciel Polska Running Team, grupy polskich biegaczy powołanej do życia w 2007 roku.

„Był naszym dobrym duchem, chociaż początkowo patrzył z lekkim przymrużeniem oka na nowy klub” – dodaje nasz rozmówca. Andrzej Wojtoń zwraca też uwagę, że pan Witold na mecie nigdy nie wypadał poza drugie miejsce w swojej grupie wiekowej, a bardzo często był pierwszy.
„Wielokrotnie był wybierany biegaczem roku przez New York Road Runners. Chociaż nigdy nie biegałem w jego klubie, to mieliśmy dobre relacje. Z dużą dozą uśmiechu wysłuchiwałem opowieści o jego metodach treningowych, również tych stosowanych w Polsce. Jako, że zajmowałem się biegami narciarskimi, zawsze wspominał jak agitował biegaczy narciarskich do ścigania się na bieżni i reprezentowania głównie klubu Wawel Kraków” – wspomina współzałożyciel Polska Running Team.
Warto podkreślić, że w tym czasie, o którym opowiadał Witold Białokur, biegacze narciarscy należeli do czołówki krajowej na bieżni.
„Podziwiałem zaangażowanie, sposób biegania, technikę i długowieczność pana Witolda. Będzie go bardzo brakowało w naszym środowisku” – dodał na zakończenie rozmowy Andrzej Wojtoń.

Z kolei plastyczny i taneczny talent Witolda Białokura utkwił w pamięci Januszowi Skowronowi, polonijnemu artyście i promotorowi kultury. Oczarował go dziewięć lat temu podczas wizyty w Klubie Seniora Amber Health na Greenpoincie.
„Gdy go poznałem i dowiedziałem się, że jest osobą o wielu talentach i pasjach to zaprosiłem go do naszego klubu by zaprezentował seniorom różne tańce. Zgodził się bez problemów, a nawet zrobił dwa pokazy. Za pierwszym razem przez godzinę tańczył walce z paniami z naszego klubu, a za tydzień przyszedł ze swoją żoną Urszulą i razem zademonstrowali tango argentyńskie, podczas którego Wito trzymał w zębach czerwoną różę. Był to piękny i bardzo ekspresyjny taniec” – wspomina dyrektor nieistniejącego już Klubu Seniora Amber Health. W trakcie tych spotkań Witold Białokur opowiedział seniorom także o swoich podróżach, bieganiu i sztuce.
„Okazało się, że będąc na emeryturze zaczął pracować jako instruktor tańca ma statkach turystyczno-wycieczkowych. Tam miał też sporo czasu, więc także chętnie rysował” – opowiada Janusz Skowron, który był zachwycony rysunkami przedstawiającymi m.in. wybrzeże Brazylii, które pan Witold utrwalił na papierze.

„Byłem bardzo ciekaw innych jego prac, więc podczas naszej rozmowy zaprosił mnie do swojego domu, gdzie mogłem zobaczyć także jego stare rysunki z młodości i z czasu krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie – jak mi powiedział – przez rok uczęszczał jako wolny słuchacz. Tam też stworzył wiele pięknych prac. W późniejszym, dorosłym życiu najważniejszym tematem, który pojawiał się na jego rysunkach i obrazach małego formatu był taniec – podkreślił polonijny promotor kultury.
„Jego prace udało mi się pokazać na kilku wystawach, które organizowałem. Dwukrotnie były wyeksponowane na „Sztuce pod choinką”, gdzie nawet sprzedał swoją akwarelę i bardzo się z tego powodu cieszył oraz na wystawie w Citibanku i w Fine Art Corner na Greenpoincie” – wspomina Janusz Skowron. Dodał, że nawet zainspirował pana Witolda do rysowania twarzy.
„Dzięki temu zrobił serię portretów m.in. Stana Borysa, Michała Hochmana, mnie, a także mojego syna Artura. Bardzo się cieszył gdy mógł te prace podarować osobom, które narysował” – dodał nasz rozmówca. Wśród podobnych portretów oprawionych w ramki i wiszących na ścianach w domu Witolda Białokura są także muzycy, zwłaszcza jazzmani, a nawet prezydent Donald Trump. Z kolei spośród starszych prac, uwagę przykuwa „Przyjaźń”, rysunek z 1959 roku przedstawiający konia i dorożkarza, lecz wyjątkowego, bo „zaczarowanego dorożkarza i zaczarowanego konia”, dokładnie tego dorożkarza i tego konia, którego znamy z wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.
