„Kanał Zero to miejsce, które nadaje ton publicznej debacie w Polsce i wyznacza trendy” – mówi w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” Jacek Prusinowski, doświadczony i ceniony dziennikarz polityczny, publicysta Kanału Zero i autor bestsellerowej książki „Alfabet Millera”, napisanej wspólnie z byłym premierem Leszkiem Millerem.
***
Kanał Zero wszedł na polską scenę medialną z wielkim przytupem, ale za oceanem nie wszystkim jest dobrze znany. Mógłbyś opisać naszym Czytelnikom, czym tak naprawdę jest Kanał Zero?
Kanał Zero to miejsce w polskich mediach, gdzie jest dzisiaj najwięcej życia, najwięcej energii. Ubiegłoroczna kampania prezydencka najdobitniej to pokazała, ale również dzisiaj niezwykle często uwaga polskiej opinii publicznej ogniskuje się właśnie wokół Kanału Zero. To miejsce, które w sporej mierze nadaje ton publicznej debacie, wyznacza trendy.
Gdy projekt startował, wiele osób miało poważne wątpliwości, czy tak potężna inicjatywa może się udać.
Szczerze mówiąc, gdy powstawał Kanał Zero, to ja – obserwując to w tamtym czasie z boku – umiarkowanie wierzyłem w powodzenie tego projektu. Wydawało mi się wtedy, że YouTube to miejsce bardziej dla małych, sprofilowanych kanałów i że nie maja tam racji bytu kanały potężne, na których jest wszystko – o przyrodzie, o kinie, o sporcie, o historii i oczywiście o polityce. Ale okazało się, że to nie ja miałem rację, tylko Krzysztof Stanowski. To jest człowiek, który ma nieprawdopodobną intuicję, jeśli chodzi o media. Nieraz już to udowodnił, a Kanałem Zero – przede wszystkim. Dziś wszystko wskazuje na to, że media w przyszłości będą wyglądały właśnie tak.
Po ponad dwóch latach działania Kanału Zero można powiedzieć, że zrewolucjonizował on polski rynek medialny?
Na pewno bardzo mocno go zmienił. Kanał Zero udowodnił, że rozmowy, dyskusje, debaty na YouTube mogą trwać godzinę, dwie, trzy i uwaga widzów z czasem tylko wzrasta. Widzimy to po wynikach oglądalności. Zdarza mi się prowadzić „Godziny Zero”, czyli wieczorne programy w Kanale Zero. Nie tak dawno dyskutowaliśmy ze Sławomirem Cenckiewiczem przez dwie i pół godziny. W telewizji tradycyjnej nie byłoby miejsca na taki format, ale na YouTube – już jak najbardziej. Taka tendencja zaczęła się na YouTube już pewien czas temu, a Kanał Zero wszedł w to bardzo mocno, skorzystał z tej fali, która wyniosła go do miejsca, w którym jest dzisiaj. Więc w jakimś sensie na pewno zmienił polskie media, choć ta rewolucja – patrząc globalnie – zaczęła się już nieco wcześniej.
Wspomniałeś o ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej, w której czynny udział brał właściciel Kanału Zero – Krzysztof Stanowski. Jego obecność wewnątrz, jako kandydata, ale też dziennikarza, sprawiła, że widzowie mogli spojrzeć na tę kampanię z zupełnie nowej, nieznanej dotąd perspektywy.
Wydaje mi się, że Krzysztof Stanowski wprowadził trochę świeżego powietrza i dystansu do tej kampanii. Na pewno dla samej kampanii bardzo ożywcze było pokazanie widzom jak to wygląda od środka, pokazanie kulisów debat, spotkań, narad itd. Stanowski wymyślił sobie rolę w pewnym sensie Stańczyka, zwłaszcza podczas najważniejszych debat przed pierwszą turą wyborów, których było kilka. To była absolutnie wartość dodana. I znowu powiem, że początkowo wydawało mi się to kiepskim pomysłem, żeby dziennikarz czy wydawca, właściciel mediów, brał udział w kampanii wyborczej. A okazało się, że dla samej kampanii było to ciekawe i przyniosło zdecydowanie więcej dobrego niż złego.
Przed drugą turą wyborów w 2025 roku poprowadziłeś być może najważniejszą debatę prezydencką całej kampanii, w której wzięli udział Karol Nawrocki i Rafał Trzaskowski. Możesz zdradzić, kiedy i w jakich okolicznościach dostałeś propozycję prowadzenia debaty?
To była całkiem zabawna sytuacja. Podczas decydującej narady przed debatą, w której brali udział przedstawiciele sztabów obu kandydatów oraz przedstawiciele stacji telewizyjnych, miał miejsce impas. TVP proponowała na prowadzącego Dorotę Wysocką-Schnepf, na co sztab Karola Nawrockiego domagał się, by „dla równowagi” debatę współprowadził ktoś z TV Republika. Nie bardzo się mogli dogadać. W tamtej naradzie brał udział również mój znajomy, z którym wcześniej pracowałem w grupie ZPR, a który dziś pracuje w TVP. Zadzwonił do mnie, a ja odbierając telefon zażartowałem: „Tak, mogę poprowadzić dla was tę debatę”.
Takimi słowami odebrałeś telefon?
Tak. Na co on ze zdziwieniem spytał, skąd wiem, z jaką sprawą on do mnie dzwoni. Powiedziałem mu, że żartowałem. A wtedy wyjaśnił, że naprawdę dzwoni do mnie z taką propozycją. Podobno ktoś z TVN-u powiedział w trakcie narady, że skoro debata „Super Expressu”, którą prowadziłem przed pierwszą turą wyborów była udanym wydarzeniem, to może ja będę właściwą osobą. Ostatecznie wszyscy przystali na tę propozycję i w taki sposób tam trafiłem.
Jakie to uczucie – prowadzić taką debatą, od wyniku której mogą zależeć wyniki wyborów prezydenckich?
Dla mnie ta propozycja była bardzo miła, budująca i nobilitująca. A podczas samej debaty miałem jedno zadanie – stworzyć równe warunki do dyskusji Karolowi Nawrockiemu i Rafałowi Trzaskowskiemu. I mam wrażenie, że je stworzyłem. Moja rola była dość skromna, ale wydaje mi się, że poprawnie ją wypełniłem.
Na początku czerwca do polskich księgarni trafiła książka „Alfabet Millera”, którą napisałeś wspólnie z byłym premierem Leszkiem Millerem. Taki sam tytuł nosi program, który prowadziłeś jeszcze w „Super Expressie”, a w którym Leszek Miller wspominał ważne osoby i wydarzenia ze swojego życia – nie tylko politycznego. Skąd pomysł na taki format?
Pomysł nie był mój, tylko redaktora naczelnego „Super Expressu”, czyli Grzegorza Zasępy. To miał być od początku program, opisujący życiową drogę Leszka Millera – tę polityczną, ale nie tylko. Wiadomo, że była to droga bardzo długa, bogata, ale też momentami bardzo kręta. Grzegorz Zasępa uważał, że ja powinienem prowadzić ten program, premier Miller zgodził się na to, żebym to ja z nim rozmawiał i tak to się zaczęło.
Nagraliście razem wiele odcinków „Alfabetu Millera”, które cieszyły się naprawdę dużą popularnością. Jak wspominasz ten czas?
To była bardzo przyjemna praca – przygotowywanie się do tych odcinków, do kolejnych programów z Leszkiem Millerem. Zawsze grzebałem w archiwach, starałem się wyciągnąć coś ciekawego, o co mógłbym premiera zapytać. W domu mam sporo książek dotyczących polityki z lat 90. To jest mój konik. Więc do każdego programu starałem się przygotować porcję ciekawostek, a potem jeszcze od premiera usłyszeć, jak to wszystko wyglądało z pierwszej ręki. Wiadomo, że premier Miller to kopalnia anegdot i opowieści. Potrafi też bardzo dobrze opowiadać o swoich osobistych emocjach, przeżyciach, związanych z poszczególnymi wydarzeniami i politykami. Tego po prostu chce się słuchać.
A kiedy pojawił się pomysł na książkę?
Tak jak wspomniałeś, program faktycznie bardzo dobrze się oglądał. Pierwsze odcinki – o Andrzeju Lepperze, o Aleksandrze Kwaśniewskim czy o Ukrainie, wykręcały potężne liczby na kanale „Super Expressu” na YouTube. Więc po jakimś czasie pomyśleliśmy, że warto by było przysiąść nad tym, spisać dotychczasowe rozmowy, uzupełnić je, dodać nowe. I tak powstała książka „Alfabet Millera”.
Rozmawiał Kacper Rogacin
Cała rozmowa jest dostępna w najnowszym wydaniu „Nowego Dziennika”