Co najmniej 67 tys. Izraelczyków wróciło z zagranicy, by oddać głos we wtorkowych wyborach parlamentarnych – podał w poniedziałek „Financial Times”. To niemal 1 proc. z 7,3 mln uprawnionych do głosowania. Według ekspertów jest to bezprecedensowe zjawisko w historii Izraela.
Szacunki dotyczące liczby powracających przedstawiła amerykańska organizacja AID Coalition, pomagająca Izraelczykom mieszkającym za granicą w organizacji podróży na wybory. Według jej badań ok. połowa powracających przyleciała z Europy, a 45 proc. ze Stanów Zjednoczonych.
W Izraelu głosowanie za granicą jest co do zasady niemożliwe. Wyjątek stanowią m.in. dyplomaci i urzędnicy państwowi pełniący służbę poza krajem.
Według analityków cytowanych przez „Financial Times” do masowych powrotów przyczynił się przede wszystkim sprzeciw wobec rządu premiera Benjamina Netanjahu oraz obawy o przyszłość izraelskiej demokracji.
Do kraju przyjeżdżają jednak również zwolennicy premiera, w tym emigranci ze środowisk ultraortodoksyjnych żydów.
Według socjologa wyborczego Rafiego Smitha powroty tak dużej liczby obywateli mogą mieć znaczący wpływ na wynik wyborów. Ich preferencje nie są bowiem uwzględniane w sondażach, ponieważ nie ma możliwości przeprowadzenia reprezentatywnego badania tej grupy.
Znaczenie dodatkowych głosów jest szczególnie duże w sytuacji, gdy sondaże wskazują na wyrównaną rywalizację między obozem Netanjahu a opozycją. Według większości badań żaden blok nie ma zapewnionej większości 61 mandatów w 120-osobowym Knesecie, a w przeszłości o wynikach izraelskich wyborów decydowało niekiedy zaledwie kilka tysięcy głosów.(PAP)
baj/ piu/