New York, NY
70°
Showers in the Vicinity
6:31 am4:47 pm EST
Feels like: 70°F
Wind: 8mph SW
Humidity: 87%
Pressure: 29.94"Hg
UV index: 2
12 pm1 pm2 pm3 pm4 pm
73°F
75°F
73°F
72°F
72°F
FriSatSunMonTue
68°F / 57°F
63°F / 52°F
61°F / 50°F
63°F / 48°F
68°F / 48°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wywiady

Poczobut: Łączy nas polskość

17.10.2026

„Polacy na Białorusi to jest jeden z nielicznych tematów, który nie budzi kontrowersji ani po jednej, ani po drugiej stronie politycznej. Rządy się zmieniały i z każdym mieliśmy dobre relacje. To był powód, dlaczego mogłem podziękować i jednym, i drugim. To pokazuje, że jest coś co nas łączy, i warto sobie o tym przypomnieć w tych naszych trudnych czasach” – podkreślił w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” działacz Związku Polaków na Białorusi oraz dziennikarz i więzień polityczny.

***

Panie Andrzeju, po pięciu latach spędzonych w więzieniu, w dodatku w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze, w końcu odzyskał Pan wolność. Niedawno minął piąty miesiąc od pańskiego uwolnienia. Czy zdążył się Pan już przyzwyczaić do normalności, czy jednak ciągle doskwiera Panu więzienna trauma?  

Ja do normalności jeszcze nie wróciłem. Te pięć miesięcy były bardzo intensywne. Myślę, że jako dziennikarz wie pan, że każdy temat ma swoje pięć minut, czyli czas, w którym ludzie się nim interesują. Właśnie te pięć przysłowiowych minut próbuję wykorzystać, żeby opowiedzieć światu przede wszystkim o Polakach i o sytuacji mniejszości polskiej na Białorusi. Moja wizyta w Stanach Zjednoczonych też jest częścią tej strategii. Wcześniej robiłem to samo w Polsce spotykając się praktycznie ze wszystkimi najważniejszymi politykami. Byłem też w Parlamencie Europejskim w Strasburgu, w Watykanie, odwiedzałem Litwę i Czechy, a teraz jestem tutaj żeby przybliżyć opinii publicznej sytuację, w której się znajdujemy. 

Czyli właściwie robi Pan coś podobnego, co kiedyś na Białorusi przed trafieniem do więzienia z tym, że teraz na większą skalę, bo są większe możliwości dotarcia do ważnych ludzi. 

Dokładnie. To jest dokładnie to, co robię. 

Proszę powiedzieć, za co tak naprawdę został Pan skazany? Jak brzmiał wyrok i z jakiego paragrafu został Pan oskarżony?  

To był art. 130 Kodeksu karnego, czyli rozpalanie waśni na tle narodowościowym, religijnym, bądź innym oraz art. 361 mówiący o nawoływaniu do działań, które mogłyby wyrządzić szkodę bezpieczeństwu narodowemu Republiki Białorusi. Tak naprawdę chodziło m.in. o działalność Związku Polaków na Białorusi oraz o publikacje na temat historii Armii Krajowej, itp. Czyli de facto władze potraktowały moją działalność społeczną oraz opiekę nad miejscami pamięci narodowej m.in. sprzątanie grobów i cmentarzy z okresu drugiej wojny światowej i po jej zakończeniu z czasu działalności antykomunistycznego podziemia na Białorusi, które działało do lat 50., jako działalność separatystyczno-wywrotową, która miała doprowadzić do wybuchu wojny. Był to karkołomny proces, który białoruskie władze utajniony i zamknęły dla opinii publicznej. To dlatego, że te zarzuty, które sformułowano wobec mnie były absurdalne, a władze zdawały sobie sprawę, jak zareaguje opinia publiczna, nie tylko na Białorusi, ale też w Polsce i wielu innych krajach, gdyby ten proces był przeprowadzony publicznie. 

Czyli kultywowanie polskiego dziedzictwa narodowego i dbanie o historię było wystarczającym powodem dla reżimu Łukaszenki do stwierdzenia, że jest Pan dla niego niebezpieczny? Jak to było argumentowane podczas procesu? 

Sprawa karna została spisana w 85 tomach. Wiele dokumentów było w języku polskim ponieważ dotyczyło działalności Związku Polaków na Białorusi, a nasze spotkania, które były podsłuchiwane i nagrywane przez służby specjalne, prowadzone były po polsku. Skala manipulacji była taka, że przykładowo słowo „harcerz” zostało przetłumaczone jako „szpieg”. Tak więc rozmowy o organizacji harcerskiej zostały potraktowane jako rozmowy o szpiegostwie, itd. Chodziło o to, żeby działalność organizacji społecznej, takiej samej jak działających tutaj w Stanach Zjednoczonych, na Litwie, na Ukrainie i w każdym państwie świata, gdzie jest Polonia, uznać za przestępstwo oraz oskarżyć o próbę zrobienia zamachu na Białorusi. Porównałbym to działanie do czasów stalinowskich, bo do takich wzorców odwołuje się władza białoruska. 

Zanim trafił Pan do kolonii karnej był Pan wcześniej zatrzymywany kilka razy, ale jednak zawsze w miarę szybko opuszczał Pan areszt. Czy był Pan przygotowany, przynajmniej mentalnie, na to, że kiedyś pańska działalność może się skończyć wieloletnim więzieniem? 

Związek Polaków na Białorusi od 2005 roku prowadzi działalność w warunkach nieuznawania, a de facto w warunkach nielegalności. To zderzenie autorytarnej władzy i polskiej mniejszości nastąpiło już dosyć dawno, i faktycznie uodporniło nie tylko mnie, ale też ludzi ze Związku Polaków na Białorusi. To pozwoliło wszystkim przetrwać te represje. Chodzi o to, że dziś Białoruś jest bez pięciu minut państwem totalitarnym. W tych pięciu minutach niedomkniętego totalitaryzmu mieści się właśnie działalność Związku Polaków na Białorusi. To jest jedyna organizacja społeczna, która tam przetrwała represje. Wszystkie opozycyjne partie polityczne oraz niezależne związki zawodowe padły, a organizacja mniejszości narodowej przetrwała. Z jednej strony to jest paradoksalne, a z drugiej byliśmy klasyczną organizacją, która powstała podobnie jak wiele innych. Ludzie w miejscach swojego zamieszkania zbierali się, tworzyli oddziały Związku Polaków i działali w ramach tych struktur. W momencie, kiedy przyszło uderzenie oraz pojawiła się fala represji, okazało się, że ci ludzie nawzajem się wspierają. Oprócz tego, to co łączy członków naszej organizacji to jest wspólna krew, przynależność i spuścizna narodowa, historia, umiłowanie do polskiej tradycji i kultury oraz religia, ponieważ Białorusini są w większości prawosławni, a my jesteśmy katolikami. To wszystko okazało się tak trwałe, że białoruski totalitaryzm bez pięciu minut, nie zdołał tego zniszczyć. To jest nasz wspólny sukces, sukces mniejszości polskiej na Białorusi, a także tych, którzy przez te lata wspierali Związek Polaków na Białorusi. To, że jesteśmy jedyni pokazuje unikalność tego zjawiska, jakim jest nasz organizacja. 

Spędził Pan pięć lat w więzieniu, w tym duży okres w kolonii karnej o podwyższonym rygorze. Jak wygląda życie w takiej celi?  

To jest trudne doświadczenie. Białoruskie więzienia są spuścizną po czasach sowieckich i stalinowskich. Tak więc panujące tam warunki są koszmarne. One oczywiście są nieco lepsze niż w gułagu stalinowskim, ale panuje w nich system, który właśnie z niego wyrósł. Obóz to jest miejsce ogrodzone płotem i drutem kolczastym. Na jego terenie są baraki, ale już nie drewniane, jak to było w czasach stalinowskich tylko murowane i wyglądające jak dwupiętrowy akademik. W tych budynkach są korytarze i pokoje, w których mieszka od 4 do 24 więźniów. Teren wokół nich jest ogrodzony, ale można się tam poruszać, można też wychodzić na zewnątrz. Jednak jeżeli chcesz opuścić ten dodatkowo ogrodzony wewnątrz obozu rejon, to musisz iść razem z funkcjonariuszami. Osobno jest ogrodzona tzw. zona robocza, czyli miejsce, gdzie więźniowie pracują. Tam zazwyczaj wykonuje się prace fizyczne związane z drewnem, robienie różnych skrzyń albo oczyszczanie drutu z izolacji. To taka mało opłacalna, ciężka i monotonna praca fizyczna. Jest na terenie obozu miejsce, które można nazwać więzieniem. Tam są umieszczani ludzie, którzy zdaniem administracji stwarzają problemy wychowawcze i nie są poddawani resocjalizacji. Ja w trakcie pobytu w obozie zostałem właśnie uznany za osobę nie poddającą się resocjalizacji. Moja wina polegała na tym, że nie chciałem uznać wyroku i winy, którą mi zarzucano oraz nie chciałem prosić Łukaszenki o łaskę. Tych dwóch rzeczy, nie zważając na te wszystkie lata więzienia, nigdy nie zrobiłem. 

Więzień polityczny, dziennikarz i opozycjonista oraz działacz Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut wraz z żoną Oksaną

To spowodowało, że został Pan uznany za groźnego przestępcę?

Tak. Siedzieli ze mną bardzo różni ludzie, a przede wszystkim byli to więźniowie kryminalni, od osób skazanych za wielokrotne morderstwa, do jakichś złodziejaszków i alkoholików. Rozrzut był bardzo duży, ale myślę, że doskonale pan wie, że dziennikarz musi umieć zdobyć informacje, czy też znaleźć sposób dotarcia do każdego, znaleźć porozumienie. Tak więc moje dwudziestoletnie doświadczenie pracy dziennikarskiej przydało mi się tam właśnie w budowaniu relacji z tymi ludźmi. Ja sobie z nimi dawałem radę, nie zważając na to, że dobierano ich specjalnie tak, żeby byli dla mnie nieprzyjemni oraz sprawiali mi trudności. W momencie, w którym służba więzienna się zorientowała, że jednak sobie z tym radzę, to wtedy uznali, że należy mnie izolować. Łącznie, chociaż było to z przerwami, samotnie spędziłem w celi ponad rok, i to doświadczenie było dla mnie najtrudniejsze. 

Czyli odizolowanie od wszystkich jest bardzo ciężkie do przeżycia w takich warunkach. 

Dokładnie. W pewnym momencie człowiek traci poczucie czasu i nie wie czy minęło 5, czy 15 minut, czy może 5 godzin.  

Z czym jeszcze najtrudniej było Panu sobie poradzić? 

Dobór prymitywnych środków represji, którymi władze chcą złamać człowieka to chłód, głód i budowanie poczucia zagrożenia wśród więźniów. Ja dwa lata żyłem przy otwartym oknie, cały czas. Nieważne czy była zima czy lato okno w mojej celi pozostawało otwarte. Można było czasem zawiesić na nim ręcznik, żeby mniej zimna wchodziło do środka, ale to było bardzo rzadko. Oni decydowali kiedy można go powiesić i kiedy należy go zdjąć. Oczywiście, w każdym więzieniu, w każdej celi jest kamera i więźniowie są obserwowani. Oni w ten sposób chcieli zmusić mnie, żebym uznał winę i poprosił Łukaszenkę o łaskę, i potęgowali to napięcie. 

Czyli wywierali presję i próbowali Pana złamać. 

Tak, chcieli żebym zrobił to, czego oni oczekują.

Jak sobie Pan radził z tą samotnością i z tymi okrutnymi warunkami? 

Kiedy już nie ma nic, to zawsze jest Pan Bóg. Zawsze pozostaje kwestia wiary i tego, że w takich warunkach człowiek zwraca się do Boga. To było to coś, co mi pomagało. Poza tym widziałem i zdawałem sobie sprawę, że nie jestem sam, że jest Związek Polaków na Białorusi, w którym ludzie modlą się o mnie i trzymają kciuki oraz wierzą, że mi się uda. Wiedziałem też, że podobnie jest poza granicami, czy to w Polsce, czy gdziekolwiek indziej, oraz że wszyscy rzeczywiście mnie popierają. To też jest honor narodowy. Przecież chodziło im tak naprawdę o polską historię oraz o uznanie, że Armia Krajowa i Wojsko Polskie to są bandyci, itd., o takie kwestie, które są drażliwe dla mniejszości narodowej. Takie rzeczy, które z mojego punktu widzenia były niedopuszczalne. 

Czyli ich podejście do polskiej historii jest podobne to tego jakie miały kiedyś władze komunistyczne w Polsce. 

Absolutnie tak. Jeżeli weźmiemy historię Białorusi, to widzimy, że to jest jeden ciąg.  

Te pięć lat więzienia to też była dla Pana rozłąka z rodziną. To chyba też bardzo bolało. 

Dwa lata podczas prowadzenia dochodzenia nie było widzeń. Później po wyroku, a przed jego uprawomocnieniem się, przez dwa miesiące dopuszczano możliwość widzenia. Spotkania takie odbywały się jednak przez szybę, a rozmowy przez telefon. Później znów przez trzy lata nie było żadnych widzeń. Tak to wyglądało. 

Jednak jakoś sobie Pan z tym poradził, a jak znosiła to rodzina? 

To jest bardzo ciężki temat. Człowiek w więzieniu żyje jednym dniem. Ten dzień jest podobny, i cały czas się powtarza i powtarza. Tak naprawdę nie masz poczucia ile czasu już minęło. W ten sposób zleciało mi pięć lat, mimo że ja nie wiedziałem ile czasu już siedzę. Gdy wyszedłem na wolność i zobaczyłem mojego syna, który kiedyś, gdy mnie aresztowano, miał metr czterdzieści, a teraz jest wyższy ode mnie o głowę, to zrozumiałem, że upłynęło już kilka lat. Myślę, że jednak rodzina najbardziej na tym wszystkim ucierpiała, i że dla niej był to naprawdę trudny czas. 

Pańska żona, mimo tego trudnego czasu i sytuacji, w jakiej się znalazła, w pewnym stopniu kontynuowała pańską działalność i informowała opinię publiczną o tym co wiedziała na temat Pana pobytu w więzieniu.  

Przede wszystkim jestem jej szalenie wdzięczny, za to, że wzięła na siebie opiekę nad dziećmi. Dzięki temu nasza rodzina przetrwała, bo tak naprawdę, kiedy ciebie nie ma, to twoje miejsce zajmuje pustka. 

Zwłaszcza gdy dzieci są jeszcze małe.  

Tak, dla nich to był bardzo trudny czas i traumatyczne doświadczenie. Tych pięciu lat nic nie wyrówna i nic nie zwróci, zwłaszcza w kwestii rodziny. Bardzo doceniam to, co przeszła moja żona. 

Jak rodzina zareagowała na wiadomość o wypuszczeniu Pana na wolność?  

Oczywiście wszyscy byli zadowoleni. Żona natychmiast razem z dziećmi przyjechała do szpitala, do którego mnie odwieziono prosto z granicy, gdzie mnie wypuszczono. Spędziłem w nim jakiś czas i tam się spotkaliśmy… Trudno mi o tym opowiadać. Oczywiście było to wielkie wzruszenie dla niej, dla mnie, i dla nas wszystkich. Najważniejsze było to, że w końcu znów możemy być razem. 

Mimo tych traumatycznych przeżyć, w tych nieludzkich warunkach do życia, praktycznie nie dał się Pan złamać. Jest Pan współczesnym przykładem działacza i człowieka niezłomnego. 

Ja generalnie nie lubię takich patetycznych określeń ponieważ nie czuję się kimś lepszym, twardszym, mocniejszym, czy mądrzejszym. Ja uważam, że jestem w tłumie, że jestem jednym z wielu działaczy. Ta historia pokazuje, że być może władze Białorusi mają rację, że tak bardzo boją się ducha polskiego nad Niemnem skoro mnie nie najmocniejszego, nie najtwardszego nie potrafili złamać. Więc to jest raczej świadectwo takiego polskiego ducha. Tak to należy odbierać, a nie w kategoriach osobistego bohaterstwa, bo ja bohaterem się nie czuję. 

Jednak bohatersko podszedł Pan do tej sytuacji, w której żądano, czy też proponowano Panu podpisanie listu o ułaskawienie. Po tym mógł Pan przecież opuścić więzienie, a jednak nie dał się Pan namówić ani złamać. 

Oczywiście, że tak, ale proszę sobie wyobrazić, że na Białorusi są tysiące Polaków, którzy patrzą na mnie. Ja byłem w kierownictwie Związku Polaków na Białorusi przez dłuższy czas. I nikt nie pchał mnie do przodu, żebym był jakimś kierownikiem. Ale jeżeli już czymś kierujesz, to bierzesz odpowiedzialność za ludzi. Dlatego nie można ich tak sobie po prostu porzucić dlatego, że chodzi o polepszenie własnych warunków życia. Tak więc ja czułem odpowiedzialność przed tymi ludźmi. To co robię dzisiaj, to też z myślą o nich, ponieważ nie chcę, żeby zmarnował się ten wysiłek, ten strach, przez który przeszli i nadal przechodzą nasi rodacy, zwłaszcza ze Związku Polaków na Białorusi. Chcę żeby to przyniosło efekt, żeby mniejszość polska miała lepsze warunki egzystencji na Białorusi, oraz żeby prawa Polaków były tam respektowane. 

A co Panu dokładnie proponowano, za napisanie tego listu do Łukaszenki o ułaskawienie?  

Ostatecznie nigdy nie doszło ze mną do takiej dokładnej rozmowy, dlatego że gdy tylko pojawiał się taki temat, to ja zawsze mówiłem, że nic od nich nie chcę, oraz że odsiedzę swój wyrok. To ich strasznie denerwowało, dlatego oni pogarszali mi warunki do życia. Twierdzili, że skoro ja nic nie chcę to oni zrobią mi jeszcze gorzej, i jeszcze gorzej. W ten sposób próbowali na mnie wymusić sytuację, w której ja sam do nich przyjdę, zapytam gdzie i co mam podpisać, i poproszę o ułaskawienie. 

Opozycjonista i działacz Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut (trzeci z lewej) wraz z żoną Oksaną wziął udział w 89. Paradzie Pułaskiego

Jednak udowodnił im Pan, że są bezsilni w stosunku do Pana. 

Ja uważałem, że skoro tam siedzą więźniowie kryminalni, którzy potrafią wytrzymać w tych warunkach, to czy człowiek, który ma poglądy, nie potrafi? Oczywiście, że potrafi tym bardziej, że zarówno moja żona jak i wszyscy znajomi twierdzą, że jestem uparty. I to jest prawda, i z tą moją upartością właśnie zderzył się aparat władzy. Ale nie uważam się za bohatera. Ja byłem i jestem osobą znaną. Na mnie patrzą sufity i na mnie są skierowane kamery. Patrzą też inni działacze. Ja jestem głosem tych zwykłych ludzi, i mam świadomość, że jeżeli ja dam się złamać, to co będzie z tymi, którzy mi zaufali, którzy poszli za mną,  zaufali kierownictwu Związku Polaków na Białorusi? Więc moja postawa wynikała z odpowiedzialności, do której tak właśnie należy podchodzić. 

Opuścił Pan więzienie 28 kwietnia br. dzięki działaniom wielu dyplomatów i służb specjalnych m.in. z Polski, Stanów Zjednoczonych i kilku innych krajów. Czy w momencie, w którym nastał dzień wymiany więźniów politycznych na granicy polsko-białoruskiej, wiedział Pan, że wychodzi na wolność? 

Nie. Obudzono mnie w nocy i powiedziano mi, że jestem przewożony do innego więzienia. Zabrano mnie z celi i przekazano funkcjonariuszom w kominiarkach, którzy na plecach mieli napis KGB. Od nich usłyszałem, że jadę na granicę, więc powiedziałem im, że nie chcę tam jechać ponieważ ja nie zamierzam opuszczać Białorusi. Chciałem być razem z tymi ludźmi, którzy nadal prowadzą działalność na rzecz Polaków na Białorusi. Jednak tym razem ta propozycja była inna. To dlatego, że wcześniej zawsze miał to być bilet w jedną stronę – „My ciebie uwalniamy, ale ty wyjeżdżasz i już nie wracasz”. Tym razem oficerowie próbowali mnie przekonać, że będę mógł wrócić, ale ja niestety nie chciałem im wierzyć. Tak więc całą drogę, ponad 200 km od Nowopołocka do granicy, KGB mówiło mi, że będę mógł wrócić na Białoruś, a ja im odpowiadałem, że nie wierzę KGB. Jednak później pojawiła się Andżelika Borys, czyli prezes Związku Polaków na Białorusi oraz przedstawiciel administracji prezydenta, który pokazał mi na komórce zdjęcie i powiedział: „To jest Christopher Smith z Departamentu Stanu USA. On będzie na granicy i on jest gwarantem, że będziesz mógł tutaj wrócić. Dzięki temu dowiedziałem się, że Amerykanie mają związek z tą historią. No i to się potwierdziło we wrześniu, gdy rzeczywiście wyjechałem z Polski na Białoruś i spędziłem tam tydzień. Wówczas odwiedzałem nasze punkty nauczania, szkoły oraz spotykałem się z działaczami Związku Polaków na Białorusi. Tak więc to był ważny tydzień, bowiem mogłem się zorientować, jak obecnie wygląda sytuacja na Białorusi. 

Wiele osób było wówczas zaskoczonych Pańską, bardzo odważną decyzją i obawiało się, że może Pan znów trafić do więzienia. 

To nie chodzi o moją odwagę, tylko o konsekwencje tej sytuacji. 

Czyli chciał Pan sprawdzić wiarygodność KGB? 

Nie chodziło mi też o sprawdzanie wiarygodności KGB, tylko o Polaków. Była to także pewna diagnoza zachowania białoruskich władz. Wiadomo, że Aleksandr Łukaszenka jest zainteresowany współpracą gospodarczą z Zachodem i dlatego nie jest mu potrzebny głośny proces polityczny oraz kolejny więzień polityczny. Z tego wywnioskowałem, że ta moja misja powrotu na Białoruś nie jest misją samobójczą. No i to się potwierdziło. 

Co się w ciągu tego tygodnia udało Panu zobaczyć oraz dowiedzieć?   

Cały czas jeździłem i miałem różne spotkania. Byłem w Mińsku, byłem w Brześciu i odwiedziłem wszystkie nasze najważniejsze placówki. Spotkałem się z setkami, jeżeli nie tysiącami ludzi. Były zorganizowane duże spotkania publiczne, m.in. w Mińsku, gdzie przyszło ponad sto osób. Były też mniejsze spotkania, rozmawiałem z księżmi i działaczami, i starałem się jak najlepiej wykorzystać ten czas. Mówiąc szczerze, moja żona ma już dosyć tych wszystkich spotkań i tego wszystkiego co się teraz dzieje, i mówi kiedy w końcu troszkę się uspokoimy. Będąc na Białorusi mieliśmy dużą częstotliwość tych wszystkich spotkań, ale ja wiedziałem, że mam na to tylko tydzień i musiałem to zrobić. Oczywiście wizytę tę zacząłem od odwiedzin moich rodziców i grobów moich przodków. To wszystko było dla mnie bardzo wzruszające, zwłaszcza gdy dowiedziałem się, że moi rodzice mieli wątpliwości, że doczekają dnia, w którym wrócę do domu. Także to osobiście była dla mnie wielka sprawa. Ważne było także to, że mogłem zobaczyć ludzi, porozmawiać z nimi i dowiedzieć się jak funkcjonuje nasza organizacja oraz jak sobie wszyscy radzą w tych warunkach.   

Tak więc, czy po tych pięciu latach coś się zmieniło na Białorusi? 

Ależ oczywiście, że się zmieniło. Po pierwsze na Białorusi strach jest gigantyczny. Działalność naszego związku została bardzo mocno ograniczona, a w polskich szkołach nie ma lekcji historii. Nie dlatego, że nie chcemy jej uczyć, ale z tego powodu, że obecnie program jest uzgodniony z Białoruskim Ministerstwem Edukacji. Tak więc mówić tego, co trzeba i czego oczekuje władza, to my nie będziemy, a uczyć tego co powinniśmy na lekcjach historii nie możemy ponieważ to spowodowałoby delegalizację nauki w polskiej szkole. Natomiast to jest jedyna możliwość żeby uczyć dzieci języka polskiego. 3800 dzieci w ubiegłym roku ukończyło naukę języka polskiego dzięki temu, że jest ponad 50 polskich punktów nauczania, które prowadzi Związek Polaków na Białorusi. To jest 3800 powodów, dla których należało wrócić na Białoruś oraz 3800 powodów dlaczego należy walczyć o Polaków na Białorusi. Ja wierzę, że w tym roku tych dzieci będzie jeszcze więcej. To jest to, po co została powołana nasza organizacja i po co ona istnieje. To jest to, o co nam tak naprawdę chodzi, bo zadaniem polskiej mniejszości nie jest robienie rewolucji na Białorusi, tylko krzewienie kultury polskiej, tradycji polskiej i języka polskiego. I nie jest naszą winą, że władza białoruska uznała to za działalność ekstremistyczną i terrorystyczną. Mogą ją uznać za co tylko chcą, ale i tak, my Polacy przetrwaliśmy Stalina więc i przetrwamy Łukaszenkę. 

Trzymam kciuki, żeby tak było. Domyślam się, że po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, zgodnie z sugestią żony – o czym Pan wspomniał wcześniej – w końcu spędzi Pan nieco więcej czasu z rodziną. Podejrzewam też, że jednak szybko powróci Pan do swojej aktywnej działalności. 

Oczywiście, że tak będzie. 

Dziękuję bardzo za spotkanie i rozmowę. 

Ja również dziękuję bardzo za rozmowę, a także jeszcze raz dziękuję wszystkim rodakom w Stanach Zjednoczonych, którzy pamiętali i pamiętają o Polakach na Białorusi. I tak jak mówią słowa piosenki: „Od Chicago do Tobolska…”, jesteśmy ponad granicami, jesteśmy ciągle jednym narodem i o tym warto pamiętać oraz nie zwracać uwagi na te dramatyczne podziały polityczne, które czasem są. Jest jednak coś, co nas wszystkich łączy, to jest polskość, i o tym należy pamiętać. 

To o czym Pan mówi było udowodnione przy okazji walki o Pana uwolnienie, ponieważ negocjacje prowadziła i jedna, i druga strona polityczna. Wszyscy razem skupili się na tym wspólnym celu.  

Dokładnie tak. Polacy na Białorusi to jest jeden z nielicznych tematów, który nie budzi kontrowersji ani po jednej, ani po drugiej stronie politycznej. Rządy się zmieniały i z każdym mieliśmy dobre relacje. To był powód, dlaczego mogłem podziękować i jednym, i drugim. To pokazuje, że jest coś co nas łączy, i warto sobie o tym przypomnieć w tych naszych trudnych czasach. 

Rozmawiał Wojtek Maślanka

Autor zdjęć: Wojtek Maślanka

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE