New York, NY
75°
Clear
7:06 am6:17 pm EDT
Feels like: 75°F
Wind: 9mph WSW
Humidity: 76%
Pressure: 29.9"Hg
UV index: 0
9 pm10 pm11 pm12 am1 am
72°F
70°F
68°F
66°F
64°F
ThuFriSatSunMon
66°F / 59°F
75°F / 54°F
57°F / 43°F
59°F / 45°F
66°F / 50°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Turystyka

Laos piękny, Laos biedny

05.05.2026

Są kraje, które bez przerwy goszczą na pierwszych stronach gazet, czołowych miejscach portali internetowych, czy głównych wiadomościach dzienników telewizyjnych. Powody ich obecności „na świeczniku” są różne: zawirowania polityczne, wydarzenia kulturalne, przestępczość, imprezy sportowe, wojny, epidemie, odkrycia naukowe i wdrażane nowe technologie.

***

Ale są też kraje, o których nikt nie mówi, nikt nie pisze, których brak w telewizji. Zwykle są to kraje biedne, leżące gdzieś na końcu świata, kraje, do których trudno dotrzeć i po których trudno podróżować.

Do takich miejsc na mapie globu należy leżący w Azji Południowo- Wschodniej na Półwyspie Indochińskim Laos. Pomimo ciągłego wzrostu gospodarczego, pozostaje jednym z najbiedniejszych krajów regionu. Stoi przed poważnymi wyzwaniami związanymi z ubóstwem, zwłaszcza w obszarach wiejskich. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz natknąłem się choćby na kilkuzdaniową wzmiankę w regularnie czytanych gazetach i periodykach amerykańskich i polskich, ale musiało to być bardzo dawno, bo nie nęka mnie skleroza. Dopiero przed planowaną podróżą zacząłem zbierać informacje i na ich podstawie układałem marszrutę wyjazdu. Czym się kierowałem jadąc do tego dalekiego kraju?

Głównym powodem była chęć obcowania z nietkniętą ludzką ręką naturą, chodzenie gęsto zalesionymi szlakami górskimi, dżunglami, pływanie czystymi rzekami i odwiedzenie zabitych dechami wiosek, do których dotarcie pochłania kilka godzin.

Jadąc do Laosu nie należy nastawiać się na wygody i zwiedzanie zabytków w klasycznym tego słowa znaczeniu, gdyż tych pierwszych praktycznie nie ma a drugich jest jak na lekarstwo. Większość zagranicznych przybyszów to zaprawieni w niskobudżetowym podróżowaniu turystów, wśród których liczną grupę stanowią ludzie młodzi, ale, co jest dla wielu zaskakujące, nie brakuje osób starszych, w tym wielu emerytów. Dla wszystkich tym, co ich tu przyciąga są niskie ceny za noclegi, transport, a przede wszystkim za posiłki. Wykwintny obiad, czy kolacja w eleganckiej restauracji, a takie się trafiają, w przeliczeniu na polską walutę, nie przekracza kilkudziesięciu złotych, a dla Amerykanów jest jeszcze taniej.

Z moich obserwacji wynika, że najliczniejszą nację stanowią Francuzi i Amerykanie. Dalej wymieniłbym Niemców i Hiszpanów. Spotkać można też Włochów i Brytyjczyków. Na Polaków ciężko jest się natknąć. W całej podróży tylko dwa razy słyszałem język polski.

Moim drugim powodem wyjazdu do Laosu było przyjrzenie się, jak funkcjonuje jeden z kilku krajów globu rządzonych przez komunistów. Od razu powiem, że ocena, jaką bym im wystawił to dwója, bo taką za moich szkolnych czasów można było dostać, ale gdyby były niższe, bez wahania bym je postawił.

Laotańska Partia Ludowo-Rewolucyjna jest jedyną legalną partią polityczną w kraju, która powstała wraz z powołaniem Laotańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej w grudniu 1975 roku. Ruch ten zakończył trwające sześć wieków rządy monarchistyczne. Naczelny symbol laotańskiego państwa, były król Savang Vatthana abdykował i został uwięziony w „obozie seminaryjnym”, a następnie wraz z całą rodziną został zgładzony.

Po wygranej rewolucji komunistycznej rozpoczęły się represje wojskowych, mnichów oraz prominentnych działaczy politycznych poprzednich rządów. Według szacunkowych danych, liczba ofiar waha się pomiędzy dziesięcioma, a czterdziestoma tysiącami.

Prześladowaniom poddano także chrześcijan, dla których najgorszym okresem były lata 1975-1978. Później sytuacja trochę się ustabilizowała. Jednak wyznawcy Chrystusa nadal są monitorowani i atakowani. Wszelka działalność misjonarska jest zabroniona. Mniejszości religijne zazwyczaj nie posiadają budynków kościelnych – na nabożeństwa spotykają się w domach. Chrześcijanie muszą ukrywać swoją wiarę w tajemnicy, aby nie popaść w konflikt z władzami komunistycznymi, które utrudniają im dostęp do pomocy, utrudniają codzienne życie i funkcjonowanie w państwie.

Rządy komunistów, jak wszędzie, gdzie sprawują władzę, to przykład nieudolności w gospodarce. Laos nie odbiega od tego schematu. Rozwojowi ekonomicznemu nie pomagają znikome złoża surowców naturalnych i brak infrastruktury przemysłowej. 80 procent ludności zatrudnionych jest w rolnictwie, które dostarcza 49 procent PKB.

Obecność symboli komunistycznych jest wszechobecna. Idąc ulicą w jakimkolwiek mieście, czy zajeżdżając do sklepu na dalekiej prowincji, powiewają czerwone flagi z sierpem i młotem. Widziałem ich tak dużo, że raziły oczy. Już pierwszy kontakt z krajem uświadamia człowiekowi, gdzie przybył. Na małym, zaniedbanym, pamiętającym lata panowania króla, lotnisku w Luang Prabang, od którego zacząłem pobyt w Laosie, wisi ich co najmniej kilkanaście. Miałem wypełnioną elektronicznie kartę wjazdową, którą pokazałem urzędnikowi granicznemu. Przeglądnął ją uważnie i stwierdziwszy, że jest poprawnie wypełniona oraz po pobraniu opłaty w wysokości 40 dolarów, wbił mi do paszportu wizę pochłaniającą całą stronę. Gdyby wszędzie takie wbijali, po kilku wyjazdach musiałbym zmieniać paszport.

Celowo wybrałem Luang Prabang pomimo tego, że ani nie jest stolicą, ani największym miastem w kraju, ale ma najwięcej zabytków, w tym wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO Stare Miasto i pokaźną liczbę buddyjskich świątyń. Godnym polecenia jest Pałac Królewski Ho Kham, wybudowany początkiem XX wieku łączącym laotański styl pełen tradycyjnych motywów nawiązujących do przeszłości i religii kraju. Mieszkał w nim ostatni król Laosu do momentu jego wygnania. Obecnie mieści się w nim Muzeum Narodowe z eksponatami i pamiątkami kultury z różnych okresów.

Przewodniki i blogerzy opisujący swoje relacje z podróży polecają doświadczenie swego rodzaju ewenementu, jakim jest codzienna jałmużna mnichów, którzy w liczbie około dwustu, o wschodzie słońca, przechodzą wybranymi ulicami miasta i zbierają żywność, głównie ryż i owoce. Małe, kilkunastoosobowe grupki z ogolonymi głowami i boso, odziani w pomarańczowe szaty z zasłoniętym lewym ramieniem, uważanym za nieczyste, wyposażeni w zbiorniki przypominające termosy, w milczeniu i bez kontaktu wzrokowego, odkrywają wieczka, do których wierni i turyści wrzucają kiście ugotowanego ryżu. Nie przyjmują pieniędzy.

Rytuał nawiązuje do Buddy, który, zanim doznał oświecenia, żył w bogactwie. Opuścił swój pałac i zaczął nauczać, żył z jałmużny wiernych. Byłem trochę zdziwiony, że wśród mnichów są bardzo młodzi chłopcy, a nawet dzieci w wieku około dziesięciu lat. Później dowiedziałem się, że do klasztoru trafiają na dłużej lub krócej, nawet na tydzień, a nie na zawsze, jak mi się wydawało.

Być w Luang Prabang i nie pokusić się o przejażdżkę przepływającą przez miasto rzeką Mekong, to tak, jak być w Rzymie i nie widzieć papieża. Ten konieczny punkt do zaliczenia najlepiej zaplanować na późne popołudnie, tak aby zakończyć go po zachodzie słońca. Za jednym zamachem podziwiać można miasto z jego zabudową po jednej stronie brzegu, a zalesione wzgórza po drugiej.

Długa łódź motorowa, którą płynąłem, mijała dziesiątki podobnych jednostek. Na niektórych rozbawieni goście śpiewali piosenki, na innych bawiło się wesele, którego uczestnicy głośno nas pozdrawiali, wznosząc lampki z szampanem. W pewnym momencie motorniczy zatrzymał łódź i wskazał na zachodzące słońce. Wyciągnąłem komórkę i pstryknąłem parę zdjęć, bo chowało się szybko i zaraz robiło się ciemno. Grupka Irlandczyków, która akurat popijała piwo przy małym barku, nie słyszała tego, co mówił kierujący łódką, przegapiła okazję utrwalenia majestatycznego zjawiska na swoich telefonach komórkowych.

Atrakcjami w pobliżu Luang Prabang, których nie powinno się pominąć, są jaskinie Pak Ou i wodospady Kuang Si. Można doń dopłynąć Mekongiem, albo dojechać minibusem. Wybrałem drugą wersję i trochę żałowałem, gdyż droga doń prowadząca pozostawiała, delikatnie mówiąc, wiele do życzenia. Jest w niej nieopisana liczba dziur, które należy omijać, ale są takie, które przecinają nawierzchnię na całej szerokości i należy się przed nimi zatrzymać i potem powoli, na najniższym biegu, pokonywać. Te przeszkody powodują, że średnia prędkość jazdy waha się w granicach 20 km na godzinę.

Aby dotrzeć do jaskiń, należy łodzią przedostać się z jednego brzegu Mekongu na drugą. Płynąc, zastanawiałem się, jak czysta lub brudna jest najdłuższa rzeka kraju, która jest głównym szlakiem wodnym w całej Azji Południowo-Wschodniej. Licząca około 4880 km długości rzeka przepływa przez sześć krajów. Częściowo wyznacza granicę Laosu i Tajlandii oraz Mjanmy. Znajduje się w stanie poważnego kryzysu ekologicznego i jest uważana za jedną z najbardziej zanieczyszczonych plastikiem rzek na świecie. Wody Mekongu zawierają substancje chemiczne, a jego ekosystem jest niszczony przez tamy, szczególnie liczne na chińskim odcinku rzeki, zmiany klimatu i nielegalny połów ryb. Z uwagi na niezwykle silne napływy morskie, wody w delcie okresowo są bardziej słone, a okresowo bardziej słodkie. Brudnobrązowy kolor wód może sugerować, że jest to spowodowane spływającymi ściekami komunalnymi i przemysłowymi, ale to wynik składników mineralnych niesionych przez nurt. To dzięki nim delta tworzy doskonałe warunki dla upraw i życia społeczno-gospodarczego milionów ludzi. Mekong dostarcza wodę do obszarów rolniczych i miejskich. Wykorzystywany jest jako źródło wody pitnej i jest używany do nawadniania pól ryżowych i innych upraw. Rzeka to dom dla różnorodnych gatunków ryb, co stanowi ważny aspekt kulturowy i gospodarczy.

Jaskinie, które reklamują wszystkie agencje organizujące doń wyjazdy, trochę mnie rozczarowały. Oprócz około czterech tysięcy figurek Buddy, które przez lata gromadzono na skalnych półkach, nic mnie tam nie zauroczyło. Jednak cieszyłem się z fizycznego wysiłku, jakim było pokonanie kilkuset stromych schodów, bo naprawdę mi go brakowało.

Po zwiedzeniu Luang Prabang i okolicy przyszła pora pojechać gdzieś dalej. Wybór padł na oddalony od niego o około 140 km Nong Khiaw. To małe górskie miasteczko ściąga piechurów z całego świata, gdyż wokół niego wyznaczono wiele tras trekkingowych prowadzących przez gęste lasy, pola ryżowe i pastwiska bydła. Aby się tam dostać trzeba nastawić się na katorgi fundowane przez fatalną drogę, na której szerokie i głębokie dziury pojawiają się z tak dużą częstotliwością, że trudno to sobie wyobrazić. W minibusie, którym jechałem, cały ostatni rząd był pusty. Położyłem się, żeby uciąć sobie drzemkę, ale pojazd tak podskakiwał, że nie dało się zamknąć oczu. Po kilkunastu minutach przesiadłem się z powrotem na siedzenie w rzędzie bliżej przodu, gdzie mniej trzęsło. Po dotarciu na miejsce, zamierzałem wejść na jeden z wielu punktów widokowych, ale strasznie się rozpadało i z bólem serca zrezygnowałem.

Następnego dnia zaraz po śniadaniu kierowca busa podwiózł całą grupę do przystani na rzece Nam Ou, skąd typową lokalną łodzią motorową przez ponad godzinę płynęliśmy w kierunku odległych wiosek, które nie bez przesady można powiedzieć, że leżą na krańcu świata. Po dwóch godzinach marszu, dotarliśmy do pierwszej z nich o nazwie Ban Na. Biednie tu, aż piszczy. W wiosce nie ma elektryczności. Rozwalające się chałupy, pozbijane deskami i nie mające okien, są w gorszym stanie niż wszędzie indziej, jakie widziałem. Udało mi się zaglądnąć do kilku z nich i nawet nakręcić krótki filmik. Jako formę wsparcia, kupiłem jakiś drobiazgi, bo ściskało mi serce. Przechadzając się tzw. gościńcem, natknąłem się na dwie dziewczynki w wieku 10-11 lat. Obydwie trzymały w ręce telefony komórkowe, które w Laosie są strasznie drogie. Widok ten bardzo mnie zaskoczył. Jeżeli nie tu elektryczności, to jak je ładują? Lokalny przewodnik towarzyszący grupie, z którym nie mogłem się dogadać w żadnym języku, za pomocą tłumacza zainstalowanego w moim telefonie, powiedział, że używają paneli solarowych, które też kosztują ciężkie pieniądze. I tak obok siebie funkcjonują dwa różne światy.

Laos jest opóźnionym, żeby nie powiedzieć zacofanym krajem, ale ma jedną nowoczesną rzecz – szybkobieżną kolej. Do niedawna sieć tego środka komunikacji składała się z jednej stacji stanowiącej przedłużenie linii kolejowej z Tajlandią.

Kolej w Laosie z prawdziwego zdarzenia została uroczyście otwarta w grudniu 2021 roku. Zbudowali ją Chińczycy w latach 2016 – 2021 kosztem 6 miliardów dolarów, z czego 70 procent wyłożył Kraj Środka, a pozostałe 30 procent sfinansował rząd laotański. Łączy stolicę kraju Wientian z przejściem granicznym Boten-Mohan i dalej na odcinku chińskim z miastami Yuxi oraz Kunming.

Ten technologiczny przeskok o kilka dekad okazał się strzałem w dziesiątkę. Podróż została skrócona dwu, czy trzykrotnie, i co trzeba zauważyć, odbywa się w miarę w komfortowych warunkach. Siedzenia są wygodne, a toalety czyste. Jest w nich ciepła woda, mydło papier toaletowy i jednorazowe ręczniki. Drzwi otwierają się i zamykają przez przyciśnięcie przycisku. Nie ma tłoku, gdyż każdy pasażer ma przydzielone miejsce.

Jedynym utrudnieniem może być dotarcie do dworca, bo są zlokalizowane nie w miastach, lecz zwykle kilkanaście kilometrów poza nimi, więc należy dojechać taksówką (tuk tukiem). Wyglądem i procedurą wejścia przypominają lotniska. Przechodzi się przez bramki wykrywające metal, a bagaże są prześwietlane. Pasażerowie muszą okazać bilet papierowy lub cyfrowy oraz dokument tożsamości (w przypadku obcokrajowców – paszport). Jest to o tyle dobre, że po dworcu nie szwendają się przypadkowi ludzie.

Czym jeszcze wyróżnia się laotańska kolej? Na filarach szerokich peronów umieszczone są tabliczki z numerami wagonów i pociąg zatrzymuje się dokładnie tam, gdzie powinien. Pasażerowie wpuszczani są na nie kilkanaście minut przed przyjazdem składu, więc nie ma bałaganu, biegania i przepychanek. Ja jechałem tylko na jednym, dwugodzinnym odcinku Luang Prabnang – Vang Vieng i z powrotem i muszę przyznać, że przyjemnie ta podróż przebiegła. Nie korzystałem z podawanych odpłatnie posiłków, bo nie byłem głodny, ale wielu podróżnych konsumowało przekąski, zupy i drugie dania.

Vang Vieng niczym nie różni się od podobnych miasteczek w Laosie. Sporo w nim turystów, których przyciągają tu okoliczne trasy trekkingowe, jaskinie, spływy kajakowe, naturalne akweny wodne, a przede wszystkim loty balonem o wschodzie i zachodzie słońca. Panoramę można podziwiać z kilku punktów widokowych, z których najbardziej spektakularne nazywa się Nam Xay, gdzie prowadzi 360 stromych stopni, a z góry jak na dłoni widać całą rzeczną dolinę.

W swojej podróży po Laosie nie dotarłem do stolicy Vientiane, gdyż brakło mi na nią czasu. Z Luang Prabang poleciałem do Tajlandii, gdzie z grupą żeglarzy z Polski pływaliśmy dwoma katamaranami w Zatoce Tajlandzkiej, która należy do Oceanu Spokojnego. Przygodę z tego rejsu opiszę w następnym reportażu.

Autor tekstu i zdjęć: Wiesław Cypryś

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE