„Nigdy więcej wojny” to hasło, które swoją zamaszystością miało objąć cały świat. Ale jak się przyjrzeć historii świata po II wojnie światowej, to ono nie zadziałało. Nigdzie. I nie zadziała, dopóki zwykli obywatele będą pozwalać czynić z siebie narzędzia do wykonywania celów przez ludzi u władzy. A tymi kierują nieraz różne pobudki, nie zawsze tzw. dobro narodu.
W Centrum Polsko-Słowiańskim na Greenpoincie w ostatnim tygodniu września odbyło się niezwykłe teatralne przedstawienie pt. „Maczek w Aleppo”, które zaprezentował Off Theater Zigarre. Teatr założyła Zofia Delest w Brunszwiku w Niemczech. Jest on migranckim teatrem zaangażowania społecznego. Tworzone w nim spektakle włączają w innowacyjny sposób w proces produkcyjny szerokie rzesze lokalnej społeczności, a od projektu „Maczek w Aleppo” także osoby żyjące w różnych krajach.
Widowisko „Maczek w Aleppo” przenosi nas w czasie do okresu II wojny światowej i przedstawia historię 1 Dywizji Pancernej gen. Maczka. Autorka zaprosiła uczestników-widzów do biura podróży, które proponuje wyjazdy do krajów, w których toczy się wojna.
Jaka była motywacja powstania tego widowiska, szczególnie w obliczu tak niespokojnego świata zagrożonego III wojną światową?
W 2021 roku dostałam zlecenie z Konsulatu Generalnego w Hamburgu, aby zrobić tłumaczenie o polskiej enklawie na niemieckich terenach po zakończeniu II wojny światowej. W trakcie pracy stwierdziłam, że my – Polacy – posiadamy bardzo nikłą wiedzę na ten temat, jak i o postaci samego generała Maczka. W Belgii, Holandii żołnierze 1 Polskiej Dywizji Pancernej są po dziś dzień hołubieni, a w Polsce wiedza o ich dokonaniach jakby kończyła się na nazwach ulic. Chciałam to zmienić i przybliżyć ich postaci rodakom, w tym informacje o praktycznie nieznanym epizodzie z naszej historii: o polskiej enklawie w latach 1945-1948 na terenie powiatu Emsland – polski Maczków.
Mieszka pani na stałe w Niemczech. Czy Niemcy są jeszcze zainteresowani tą niechlubną historią swojego narodu?
Zależało mi, aby naszą polską historią zaciekawić też obcokrajowców. Niemcy wprawdzie czują się w obowiązku pielęgnować pamięć o ofiarach reżimu narodowosocjalistycznego, ale czują się też tematem II wojny światowej zmęczeni. Musiałam znaleźć sposób, jak zdobyć ich zainteresowanie historią, która toczy się w tym okresie i zaraz po kapitulacji III Rzeszy. Stąd m.in. pomysł na opowiedzenie jej w kontekście dzisiejszych wydarzeń na świecie, jako że Niemcy interesują się regionami, skąd do Europy przybywają uchodźcy. Od razu zdobyłam też zainteresowanie samych uchodźców, w jaki sposób chcę przybliżyć innym ich losy i dlaczego przez postać obcego im na początku projektu gen. Maczka.

Dlaczego wybrała pani gen. Maczka?
Postać gen. Maczka zafascynowała mnie. Wojna potrafi zmienić ludzi, a on, uczestnik wielu wojen, starał się w swoich decyzjach podczas walk pozostać do końca możliwie humanitarnym. W tekście słuchowiska, które prowadzi widzów, padają słowa: „Zobaczyłam gen. Maczka i uwierzyłam, że żołnierz może pozostać człowiekiem”. Mamy obecnie różne konwencje nt. praw człowieka i zakazanych działań podczas wojen, a jednak, co chwilę słyszymy o przestępstwach dokonywanych na żołnierzach przeciwnej strony oraz ludności cywilnej w różnych konfliktach zbrojnych w różnych regionach świata. Rozkazy do takich działań wydają ludzie, a inni je wykonują, choć w zapisach różnych armii znajduje się punkt o prawie odmowy żołnierza do wykonania rozkazu, jeśli godzi on w konwencję o prawach człowieka. Jedna z głównych myśli, jaka mi przyświecała przy tworzeniu spektaklu, mówi o tym, że jako jednostka nie mamy wpływu na to, czy żyjemy w czasach pokoju, czy wojny. Ale jeśli w udziale przypadnie nam to drugie, to jak ona wygląda, zależy od ludzi, którzy zostaną na nią posłani. Idąc dalej tokiem tej myśli, to jest ona także aktualna dla czasów pokoju. Wojna z wystrzałami stanowi ostatni etap procesu przygotowywania mentalnego społeczeństwa, że takie rozwiązanie jest konieczne. Jeśli przez dłuższy czas uprawia się wrogą propagandę wobec pewnych grup, narodowości czy innych krajów próbując uzasadnić, dlaczego rozwiązania siłowe wobec tych ludzi są słuszne, to znaczy, że doszło do mentalnego „ugotowania społeczności”, która daje przyzwolenie na takie działania rządzących.
Mentalne przygotowanie społeczeństwa na wojnę?
Przyjrzyjmy się, dokładnie retoryce rządów różnych krajów w czasach pokoju. Kto kogo bierze na celownik i przedstawia, jako zagrożenie? Populiści łatwo manipulują masami, rozdzielając ludzi na „my” i „oni”. Wybiera się pewne wartości jako jedyne słuszne, a inne niepasujące do konceptu, jako zagrożenie. Patrzenie na świat w kolorach czarno-białych upraszcza wiele spraw, a gros ludzi ciągle nie wyniosło nauki z historii, że takie patrzenie jest bardzo niebezpieczne nie tylko wobec innych, ale i dla zachowania własnej wolności.
Przykłady współczesne?
Weźmy przykładowo kontrowersyjny temat polityki przyjmowania uchodźców. Większość Polaków oraz Niemców ma kompletnie odmienne zdanie na ten temat, a źródła obu postaw należy doszukiwać się m.in. w historii II wojny światowej (w przypadku Polaków trzeba sięgać dalej, bo do czasów rozbiorów). Polacy, którzy stosunkowo krótko cieszą się wolnością swojego kraju, boją się zalania obcą kulturą i zaniknięciem przez to polskich tradycji, stanowiących przez lata spoiwo dla narodu bez swojego, tudzież okupowanego kraju. A ten jest utożsamiany z hasłem: „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Takie myślenie o ojczyźnie przeraża z kolei Niemców. Dla nich stawianie ojczyzny na piedestale doprowadziło do rządów narodowych socjalistów. Niemcy w poczuciu swojej historycznej winy wykształtowali zupełnie inne hasła „Kein Mensch ist illegal” („Żaden człowiek nie jest nielegalny”) oraz „Deutschland als Zuwanderungsland” (Niemcy, jako kraj otwarty dla przybyszy). Z punktu widzenia Polaków to niszczenie własnej tkanki społecznej i dalej przyczynek do niszczenia Europy. Z punktu widzenia Niemców, Polacy, Niemcy Wschodni także przeciwstawiający się obecnej polityce migracyjnej oraz podobnie im myślące narody z Europy Środkowo-Wschodniej są po prostu niehumanitarne, skrzywione moralnie (tj. Niemcy to sobie tłumaczą po czasach komunizmu). W obydwóch przypadkach mamy do czynienia z myśleniem zero-jedynkowym, czyli wiarą w słuszność swojej postawy oraz brakiem pytań o przyczyny decyzji inaczej myślącej grupy.
A jest jakiś złoty środek?
Każdy naród jest produktem swojej historii, i dopóki tego nie zrozumiemy będziemy łatwym materiałem do manipulowania przez osoby decyzyjne. Aby doszło do konfliktu zbrojnego, rządzący muszą mieć mandat większości swojego społeczeństwa, albo naród musi być tak ubezwłasnowolniony, aby nie mógł się przeciwstawić. To znaczy, że w którymś momencie historii doszło do sytuacji, gdy odebrano wolność mentalną danej społeczności. Nie da się jednoznacznie określić ogólnych wytycznych dla wszystkich społeczności. Ten punkt przeciążenia leży dla nich gdzieś indziej i jest znowu uwarunkowany historią. Ciężko bowiem oczekiwać od mieszkańców Afryki, aby podchodzili do zbrodni II wojny światowej z podobnym namaszczeniem, jak my to czynimy, jeśli przez wieki nikt nie interesował się zbrodniami popełnionymi na ich terenach. Gdy pokazywano im zdjęcia ofiar obozów koncentracyjnych, to niejednokrotnie śmieszyły ich one, bo ci ludzie po raz pierwszy widzieli, że biali mogą być podobnie chudzi jak czarnoskórzy w obszarach objętych głodem. Kolonializm i stworzone w jego czasach obozy były niejako pierwszym testem późniejszych obozów koncentracyjnych i te zbrodnie po dziś dzień nie zostały rozliczone.

Jak ta sytuacja ma się we Francji, czy innych imperiach kolonialnych?
Jako germanistka wiem, że zbrodnie okresu kolonializmu nie zostały rozliczone. Dopiero od stosunkowo niedawna można w różnych sferach zaobserwować ruchy w tym kierunku, ale jeszcze bardzo dużo pracy zostało do wykonania w tej przestrzeni. Jak słusznie zauważył enerdowski dramaturg Heiner Müller – zbrodnie narodowego socjalizmu zszokowały, bo zadziały się we własnym gnieździe: w Europie. Konsekwencją tego szoku było hasło „Nigdy więcej wojny”. Hasło, które swoją zamaszystością miało objąć cały świat. Ale jak się przyjrzeć historii świata po II wojnie światowej, to ono nie zadziałało. Nigdzie. I nie zadziała ono tak długo, póki zwykli obywatele będą pozwalać, aby uczynić z siebie narzędzia do wykonania celów przez ludzi u władzy, a tymi kierują nieraz różne pobudki, nie zawsze tzw. dobro narodu.
Czy można znaleźć możliwie prawdopodobną, główną przyczynę takiego stanu rzeczy?
Możemy mieć różne zdanie, które wynika z różnych doświadczeń, ale pierwszym krokiem do braku porozumienia i konfliktu, jest brak komunikacji i próby zrozumienia motywów działań oponenta. Upierając się tylko przy swoich racjach doprowadzamy tylko do polaryzacji. Media społecznościowe podsycają takie zachowania w obecnych czasach. I nawet jeśli tworzone w ten sposób konflikty nie skończą się między poszczególnymi stronami wojną, to je osłabiają. A komuś na tym zależy.
Czy wynieśliśmy zatem naukę z II wojny światowej?
W moim pojęciu i tak, i nie. Tak, bo chociażby na przykładzie Niemców obserwuję, jak wiele mechanizmów w swoim prawodawstwie starali się wprowadzić, aby nie dopuścić do powtórki historii z lat 30-tych XX wieku. Nie, bo przed każdym późniejszym konfliktem społeczeństwa uległy jakiejś propagandzie, że ten, czy tamten konflikt zbrojny jest konieczny z jakiegoś powodu. Krytykujemy Niemców, że poszli za Hitlerem. Dzisiejsza propaganda, której ulegają masy społeczne, wcale wiele się, nie różni od tej, która spowodowała, że kiedyś Niemcy poszli za swoim Führerem. Póki będziemy pozwalać z siebie robić stado beczących, w jednej tonacji baranów, bez próby spojrzenia na dany problem z różnych perspektyw, to będziemy mieli historię, która toczy się kołem. I o tym mówi mój wiersz na koniec spektaklu, w którym pojawiają się słowa:
„(…) I będą jeszcze setki zrujnowanych Warszaw, Sarajew, Aleppo
i będziemy kłaść kwiatki i wygłaszać łzawe przemówienia,
a potem pić znowu rano poranną kawę
i tony alkoholu wieczorem
i tańczyć w szale odurzenia(…)”
Jak mogłaby Pani podsumować spektakl „Maczek w Aleppo” w Centrum- Polsko-Słowiańskim?
„Maczek w Aleppo” jest moim czwartym spektaklem, będącym krzykiem niewysłuchanych ofiar. Przy czym, w każdej z moich sztuk inną grupę ofiar stawiam na postumencie. W „Maczku w Aleppo” przywołuję przede wszystkim niesprawiedliwie przez los potraktowanych polskich żołnierzy. Bardzo mi zależało, aby głównym odbiorcą krzyku o ich losie byli obcokrajowcy, którzy praktycznie w ogóle nie są świadomi ich historii. Pokazy w Niemczech pokazały, że tamtejsza publiczność ze zdziwieniem się dowiadywała, iż nasi żołnierze po upadku kampanii wrześniowej walczyli potem z aliantami na różnych frontach. Obok nich staję się też tubą krzyku dzisiejszych uchodźców, którzy uciekają z terenów objętych wojną i gdzie dzieją się podobnie okrutne rzeczy, jak dla nas podczas II wojny światowej. Nie twierdzę, że polityka migracyjna krajów europejskich jest właściwa. Rozumiem nasze obawy przed „zalaniem inną kulturą”. Dlatego mój spektakl nie daje odpowiedzi. Nie ma w nim dobrej, czy złej decyzji. Chcę jednak, aby uczestnik zastanowił się nad pytaniem, na ile własna trauma przeszłości i lęk przed utratą swojej tożsamości daje nam rozgrzeszenie w odmowie miejsca schronienia innym, którym we współczesnych czasach przypadło w udziale życie w czasach wojny. W końcu na poziomie ludzkim wszyscy mamy podobne pragnienia: być szczęśliwym, a ludzkie życie jest takie krótkie… Na koniec, „Maczek w Aleppo” to też przestroga, że los opowiedziany w tej sztuce może przypaść w udziale każdego z nas. Przestroga ta otwiera cały spektakl.
Katarzyna Drucker zaprosiła Off Theater Ziggare do współpracy. Jest również niezwykłą śpiewającą artystką-uczestnikiem w spektaklu „Maczek w Aleppo”.
Czy to jakieś przeznaczenie, że podobnie działające teatry w dwóch różnych krajach zaczęły współpracować?
Tak. Połączyło nas przeznaczenie, nie przypadek. Stało się to dzięki prof. Karolinie Prykowskiej-Michalak, polskiej badaczce, specjalizującej się w teatrze współczesnym, w tym w niemieckim teatrze i teatrze migrantów. Jej projekt badawczy Teatr Polskich Migrantów w Stanach Zjednoczonych przeprowadzony w 2023 roku, naniósł THEOS Theatre and Opera Society na mapę teatrów polskich poza granicami Polski.
Jak to się mówi, nie ma w życiu przypadków, tylko ścieżki, które prowadzą nas tam, gdzie powinniśmy być. To dzięki temu badaniu powstał Cyfrowy Atlas Polskiego Teatru i dzięki niemu Zosia Delest z OFF THEATER ZIGARRE odnalazła ścieżkę, która doprowadziła ją do mnie w Nowym Jorku. Od razu nawiązałyśmy teatralną przyjaźń i powstał pomysł wymiany teatralnej Niemcy – Nowy Jork. Zosia zaplanowała przyjazd z „Maczkiem w Aleppo” a ja z „Marią i Magdaleną” (przedstawienie o siostrach i rodzinie Kossaków, które kończy się wybuchem II WW).

Projekt „Przejrzyjmy się w swojej twórczości cz. 1 Wymiana polskich teatrów z Niemiec i USA” został sfinansowany przez Senat RP w ramach opieki nad Polonią i Polakami za granicą w konkursie „Senat – Polonia 2025”. Prowadzony wspólnie z Fundacją Polonii Świata przy Radzie Polonii Świata – World Polonia Council. Wspólnie z Zosią i dzięki Zosi jesteśmy również członkiniami Międzynarodowego Forum Perspektyw Kulturalnych.
Skąd narodził się pomysł dodania utworu Ave Maria, który śpiewasz w „Maczek w Aleppo?
Utwór Ave Maria, który śpiewam w na zakończenie przedstawienia „Maczek w Aleppo”, skomponowałam podczas pandemii COVID, gdy cały świat był pogrążony w chaosie, który rozłączył rodziny czasem na wiele miesięcy, a czasem na zawsze. To był w pewnym sensie czas wojny z niewidocznym gołym okiem wrogiem. Ja opiekowałam się wtedy moim ciężko chorym tatą. Byliśmy razem odizolowani. Usłyszałam podkład w aplikacji tzw. Beat i wtedy powstała w mojej głowie melodia. Słowa „Ave Maria” są uniwersalne, zna je cały świat bez względu na wyznanie, wierzący i ateiści. Ten utwór był i stał się taką moją modlitwą dla mnie dla taty i dla świata. Zosia, gdy usłyszała ten utwór, zakochała się w tej interpretacji i zapytała, czy może go użyć, ponieważ jest idealny do scenerii, jaką stara się stworzyć w przedstawieniu „Maczek w Aleppo”. Odpowiedź mogła być tylko jedna: TAK.
Co ma wspólnego Aleppo – Syria, z Matką Bożą?
Niewielu ludzi wie, że w Syrii w Sednaya, znajduje się Sanktuarium Matki Bożej, największe po Sanktuarium w Jerozolimie, założone w VI wieku przez cesarza Justyniana I. Miejsce to odwiedzają zarówno chrześcijanie, jak i muzułmanie, co czyni je symbolem duchowego dialogu. Matka Boża w Sednaya czczona jest jako Opiekunka Syrii, a klasztor od wieków był miejscem modlitwy o pokój. Jak to się mówi, nie ma w życiu przypadków, tylko ścieżki, które prowadzą nas tam, gdzie powinniśmy być. Ja dodam od siebie słowa mojego nauczyciela z Chicago: „Skupmy się nie na tym, co nas dzieli, ale na tym, co nas łączy”, jako ludzi, zwykłych szarych ludzi, którzy jedyne, czego tak naprawdę chcą, to żyć w pokoju i miłości.
Pamiętajmy te słowa Zofii Nałkowskiej z przeszłości: „Ludzie ludziom zgotowali ten los”. I niech te słowa zostaną w przeszłości, a przyszłość zależy od nas.
Rozmawiała Elżbieta Popławska
