Maja Chwalińska, triumfując w turnieju rangi WTA 1000 w chińskim Wuhan, odniosła życiowy sukces. Być może jednak z jej perspektywy większe znaczenie ma fakt, że potwierdziła, iż finał wielkoszlemowy z Paryża nie był jednorazowym wyskokiem.
25-latka z Bielska-Białej została piątą polską tenisistką, która zwyciężyła w imprezie cyklu WTA, po Agnieszce Radwańskiej, Idze Świątek, Magdzie Linette i Magdalenie Fręch.
Poprzednio szansę na tytuł miała w czerwcu, ale w finale French Open przegrała z Rosjanką Mirrą Andriejewą. Turnieje WTA 1000 rangą ustępują co prawda Wielkim Szlemom, ale tytuł to tytuł.
Do tej pory właśnie występ na kortach im. Rolanda Garrosa był dla niej przełomowym, ale po wygranej w Chinach będzie mogła określić tak cały 2026 rok. Choć nie ma już szans na udział w kończącym go turnieju WTA Finals, jest 14. w zestawieniu tego sezonu, w poniedziałek awansuje na najwyższe, 11. miejsce w światowym rankingu, co sprawia, że można o niej zacząć mówić, jak o zawodniczce z czołówki.
Chwalińska urodziła się 11 października 2001 roku, niespełna sześć miesięcy po Świątek. W czasach juniorskich ich drogi były mocno związane. Razem zdobyły tytuł najlepszej drużyny globu do lat 16, w 2017 roku dotarły wspólnie do finału debla w juniorskim Australian Open. Przyjaźnią się do dziś, o czym można było się przekonać choćby w sobotę, gdy serdecznie się wyściskały po półfinałowym pojedynku w Wuhan.
Teraz ich sportowe drogi znowu się złączyły i zaczęły przeplatać, ale wcześniej mocno się rozjechały.
W 2020 roku Świątek sensacyjnie wygrała French Open, a Chwalińska uważana za zbyt niską, aby odnieść sukces w tenisie, znalazła się na zakręcie. Kontuzja nadgarstka, brak wiary w siebie, aż w końcu zdiagnozowana depresja. W czerwcu 2021 oficjalnie poinformowała o swoich problemach i zawieszeniu kariery.
– Sama przerwa nie była najgorsza. Najtrudniejszy był czas tuż przed nią. Próbowałam być twarda i zmuszać się do treningów, ale doszłam do momentu, w którym nie mogłam wstać z łóżka — wspomniała trudny czas.
– Potrzebowałam przerwy, bo po prostu nie byłam w stanie tak żyć. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam wtedy, czy kiedykolwiek wrócę do tenisa — dodała.
Karierę wznowiła po kilku miesiącach. Latem 2022 przebrnęła kwalifikacje do Wimbledonu i zaliczyła wielkoszlemowy debiut. W drugiej rundzie, po trzysetowym meczu, przegrała z rozstawioną z numerem 28. Amerykanką Alison Riske. Wydawało się, że wszystko zaczyna iść po jej myśli. Wkrótce jednak czekała ją kolejna przerwa – tym razem półroczna z powodu kontuzji kolana.
Tak na dobrą sprawę dopiero sezon 2024 był tym, w którym zawodniczka BKT Advantage Bielsko-Biała mogła bez większych problemów rywalizować. Zwieńczyła go pierwszym tytułem w imprezie WTA 125, gdy w grudniu okazała się najlepsza w brazylijskim Florianopolis.
We wrześniu 2025 roku wygrała kolejne zawody tej rangi – w szwajcarskim Montreux, a w kwietniu tego roku w portugalskim Oeiras. Wszystkie te turnieje rozgrywane były na kortach ziemnych, podobnie jak French Open, którego w tym roku była prawdziwym objawieniem.
Zaczęła od kwalifikacji, wygrała łącznie dziewięć spotkań, docierają aż do wielkiego finału, w którym zmęczona prawie trzytygodniową batalią nie sprostała silniejszej fizycznie Andriejewej. Zyskała jednak sympatię kibiców i uznanie ekspertów urozmaiconą, techniczną, nieco już zapomnianą grą oraz tenisową inteligencją. Przesunęła się z 114. na 21. lokatę w klasyfikacji tenisistek, czym otworzyła sobie drzwi do innego, lepszego sportowego świata.
– Ciężka praca i cierpliwość się opłaciły. Tak się złożyło, że akurat w tym momencie to wszystko złożyło się w całość — podkreśliła po powrocie z Paryża.
Wskazywała na rolę przygotowania fizycznego, w czym od kilkunastu miesięcy pomaga jej m.in. Maciej Ryszczuk, odpowiadający za ten sam aspekt w zespole Świątek.
– Pierwsze co zrobiliśmy, to zmniejszyliśmy objętość treningów. Troszeczkę odjęliśmy debla na turniejach, żeby mogła się skupić tylko na singlu — zdradził Ryszczuk, który po odpadnięciu Świątek został z Chwalińską w Paryżu.
Kłopoty zdrowotne nie opuściły jej jednak na dobre, o czym przekonała się w 1. rundzie Wimbledonu, do którego dostała od organizatorów „dziką kartę”. Przy stanie 6:2, 5:3 w meczu z Mananchayą Sawangkaew z Tajlandii Polka poślizgnęła się na korcie przy piłce meczowej, później musiała skorzystać z pomocy medycznej, która nie pomogła na tyle, by była w stanie normalnie grać.
Wróciła na kort po miesięcznej przerwie, ale długie tygodnie nie mogła złapać właściwego rytmu. Dopiero w drugiej połowie września w Singpurze, gdzie dotarła do półfinału, wróciła na wysoki poziom, a w Wuhan, tym razem na twardej nawierzchni, zaprezentowała wszystkie swoje tenisowe atuty, z kombinacyjną grą, skrótami, a zaraz potem lobami punktowała kolejne rywalki, na czele z Amerykanką Ivą Jovic czy Świątek.
Trenowana przez Czecha Jaroslava Machovsky’ego zawodniczka przed tegorocznym French Open nie miała na koncie żadnej wygranej z tenisistką z czołowej „60” rankingu. Przez ostatnie pół roku odniosła ich 13, w tym siedem z rywalkami z top 30.
Zachowująca dystans do sukcesów i popularności oraz ostrożność w prognozach Chwalińska nie ukrywała, że celem na ten sezon był awans do grona najlepszych… stu tenisistek globu. Jest u bram czołowej dziesiątki, o dwie pozycje niżej Świątek, z którą do tej pory nie wytrzymywała porównań pod żadnym względem. (PAP)
pp/ wkp/ krys/