New York, NY
52°
Sunny
7:16 am6:04 pm EST
Feels like: 48°F
Wind: 11mph NNE
Humidity: 66%
Pressure: 30.31"Hg
UV index: 0
9 am10 am11 am12 pm1 pm
54°F
55°F
57°F
59°F
61°F
SatSunMonTueWed
64°F / 46°F
68°F / 46°F
73°F / 54°F
64°F / 50°F
66°F / 54°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Wywiady
Społeczeństwo

Jedyne na co narzekam, to permanentny brak czasu

05.10.2025

Rafał Olbiński to polski malarz, ilustrator i plakacista, a ostatnio również pisarz, który przez wiele lat żył i tworzył w Nowym Jorku, gdzie osiągnął sukces na skalę światową. Jest laureatem wielu międzynarodowych nagród, między innymi paryskiej Prix Savignac za najbardziej znaczący plakat roku 1994. Ukończył architekturę na Politechnice Warszawskiej. Z artystą rozmawiamy przy okazji promocji jego najnowszej książki pt. „Mój Nowy Jork”.

Urodziłeś i wychowałeś się w Kielcach. Czy jako mały chłopiec marzyłeś o tym, żeby wyjechać, uciec z Polski?

Jak miałem dziesięć lat, to marzyłem żeby być piratem. Jak miałem piętnaście, to pamiętam, że chciałem zostać pisarzem, ale jednak głównie interesowały mnie dziewczyny. Wtedy, w latach pięćdziesiątych XX wieku, przyjazd z Kielc, małego, zapyziałego i klerykalnego miasteczka do Warszawy na studia, to było dla mnie wielkie przeżycie, szok kulturowy. Dalej moja myśl nie sięgała.

No dobrze. To jak to się stało, że jednak znalazłeś się w Nowym Jorku?

W Nowym Jorku znalazłem się zupełnie przypadkiem. Chociaż studiowałem i ukończyłem architekturę, to nigdy nie pracowałem w zawodzie. Zatrudniony zostałem jako grafik, czy tam dyrektor artystyczny w piśmie „Jazz Forum”. Magazyn ten wychodził w Polsce po polsku i po angielsku. Naczelny, nieżyjący już niestety Jan Byrczek, postanowił stworzyć filię tego biznesu w Nowym Jorku. I choć było to wtedy zupełne szaleństwo, to jednak udało się i otworzył biuro na Broadwayu. Po raz pierwszy poleciałem tam w 1978 roku, żeby pomóc mu stworzyć biuletyn jazzowy. Bardzo mi się Nowy Jork spodobał. Po powrocie do Polski cały czas kombinowałem, jak mógłbym tam wrócić. I udało się, ponieważ zaproponowano mi wystawę w Polskim Instytucie Naukowym („Piasa”). Przyleciałem ponownie we wrześniu 1980 roku z rulonem plakatów pod pachą. Nie miałem jednak pomysłu, żeby zostawać. Pomyślałem: zarobię trochę pieniędzy, może zrobię jakieś ilustracje lub okładki płyt, kupię sobie nowy samochód itp. No ale wtedy historia dała o sobie znać. W Polsce wybuchł stan wojenny, a ja podjąłem decyzję, że nie wracam.

Kiedy zrozumiałeś, że tak naprawdę to nie architektura jest Twoim przeznaczeniem, tylko malarstwo, ilustracja i plakaty, z których słyniesz na całym świecie?

Już na studiach wygrałem kilka ogólnopolskich konkursów na plakat i nawet dostałem jakieś nagrody. Od razu uwierzyłem, że jestem genialny, co oczywiście było bzdurą totalną. Natomiast zrozumiałem, że bardzo lubię to robić. I tak już zostało.

Powiedziałeś kiedyś, że zupełnie „przypadkowo” znalazłeś się na okładce magazynu „Time”. Czy możesz o tym opowiedzieć?

Jako komercyjny ilustrator, którym się stałem, szukałem kontaktów, żeby swoje ilustracje sprzedawać lub ewentualnie, żeby zostać zatrudnionym jako freelancer. Zadzwoniłem więc do „Time Magazine” i zapytałem czy mogę pokazać swoje portfolio. Nie znałem wtedy za dobrze języka angielskiego, więc zrozumiałem, że sekretarka powiedziała, że dyrektor artystyczny chce ze mną zjeść lunch. Bardzo się ucieszyłem, szczerze mówiąc, byłem zaszokowany, w końcu nie byłem jeszcze taki sławny. Pomyślałem: może to dlatego, że Polska jest na okładkach wszystkich gazet. Piszą o „Solidarności”, Lechu Wałęsie, Papieżu Janie Pawle II. Następnego dnia bardzo padał deszcz i wszystko mi zmokło. Dotarłem w końcu do redakcji i wszedłem do recepcji. Wyglądałem naprawdę tragicznie. Woda po mnie ściekała, plakaty były mokre, ale powiedziałem, że przyszedłem na ten umówiony lunch. Sekretarka bardzo się zdziwiła. Jaki lunch? – zapytała. Kiedy zorientowała się, że poprzedniego dnia dzwoniłem, wyjaśniła, że chodziło jej o to, żebym zostawił swoje prace w recepcji w porze lunchu, a później je odebrał. Zły zacząłem rozkładać na podłodze mokre plakaty, a jej się chyba zrobiło mnie żal. Powiedziała, że poprosi dyrektora, aby zszedł na dół i rzucił na nie okiem. W międzyczasie przechodził obok bardzo wysoki, przystojny mężczyzna. Zapytał z jakiego kraju jestem. Powiedziałem, że z Polski. Na to on, zupełnie nie wiedziałem dlaczego, odpowiedział: „Z Polski? To fantastycznie”. A potem zapytał czy może mi zrobić zdjęcie. Oczywiście się zgodziłem. Okazało się, że robił okładkę o nowo przybyłych emigrantach. I tak rozpoczęła się moja wielka kariera w Nowym Jorku. Od okładki w „Time Magazine”.

Rafał Olbiński oraz Sabina Maria

Czy w początkowym okresie swojej kariery byli inni artyści, którzy Cię inspirowali lub byli dla Ciebie autorytetami?

Oczywiście miałem w tamtym czasie swoich Mistrzów. Nie myślałem jeszcze, że będę malarzem. Byłem przede wszystkim ilustratorem, więc fascynowali mnie tacy artyści jak: Milton Glaser, Paul Davis czy Stanisław Zagórski. Później stali się w pewnym sensie moimi kolegami. Razem startowaliśmy do tych samych projektów.

Przez jakiś czas zajmowałeś się również tworzeniem scenografii do oper. Jak do tego doszło?

Prawdę mówiąc, w Stanach zrobiłem tylko jedną, do opery „Don Giovanni” Mozarta w Filadelfii. Byłem już wtedy uznanym malarzem i ilustratorem. I tu, jak zwykle, zadziałał przypadek. W Londynie wychodzi czasopismo „Opera Now”. W którymś wydaniu pojawił się wywiad i okładka na temat moich plakatów operowych. Jednym z bardziej znanych był plakat do opery „Salome” Richarda Straussa, który przygotowałem właśnie dla opery filadelfijskiej. Był rok 1999. W pewnym momencie brytyjska dziennikarka przeprowadzająca ze mną wywiad zapytała, czy pracowałem kiedyś nad jakąś scenografią operową. Niewiele zastanawiając się, bezczelnie skłamałem, że tak. A kiedy dopytywała dalej, do jakiej opery, to desperacko szukałem w głowie takiej, której nie mogła znać. Wyznałem jej, że była to opera „Król Ubu” Krzysztofa Pendereckiego (śmiech). Ówczesny dyrektor opery w Filadelfii przeczytał ten wywiad, zadzwonił do mnie i tak oto zostałem scenografem. Opera miała bardzo dobrą prasę, w „New York Times” ukazał się na ten temat artykuł. I chociaż nie pochłonęła mnie tego typu praca, to zrobiłem jeszcze kilka scenografii do oper w Warszawie.

Dlaczego zdecydowałeś się wrócić na stałe do Polski?

Powodów było kilka. Przede wszystkim, od momentu wejścia do Unii Europejskiej, Polska bardzo się zmieniła, rozkwitła. Z Warszawy jest wszędzie blisko do Europy. Poza tym, w Nowy Jorku poczułem, że zrobiłem już wszystko, co miałem do zrobienia i że przyszedł czas na nowe wyzwania. Równocześnie zacząłem bardzo dobrze sprzedawać swoje prace właśnie w Polsce. Ten rynek się otworzył. Dzieją się fantastyczne rzeczy. Ostatnio na przykład, stworzyłem ogromną rzeźbę, takiego byka, który jest zarazem uściskiem dwóch dłoni i który najprawdopodobniej stanie się symbolem Katowic.

Napisałeś ostatnio książkę „Mój Nowy Jork”. Jak podkreślasz, to nie jest autobiografia. To w takim razie, co to jest?

To zbiór opowiadań, moich przygód, które przeżyłem mieszkając w Nowym Jorku. To opowieści o ludziach, często znanych i podziwianych, których poznałem, a z niektórymi nawet zaprzyjaźniłem się. O miejscach, które odkryłem, a których nie znajdziecie w żadnych przewodnikach turystycznych. Książka jest gruba, ciężka i droga, ale – z tego, co wiem – cały nakład rozszedł się w mgnieniu oka. To kompilacja odprysków wspomnień. Starałem się tych opowieści nie ubarwiać, choć, gdyby wszystko, co pamiętamy było prawdą, życie byłoby dosyć nudne (śmiech).

Mam wrażenie, ze na nudę nie narzekasz…

A skąd, jedyne na co narzekam, to permanentny brak czasu.

Czekamy na Ciebie w Nowym Jorku. Bardzo dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia.

Ja również dziękuję.

Autor: Ella Wojczak, Polish Theatre Institute in the USA

Autor zdjęć: archiwum prywatne artysty

Autor plakatu: Elżbieta Kieszczyńska

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE