New York
75°
Fair
5:46 am8:18 pm EDT
4mph
88%
30.05
FriSatSun
86°F
86°F
88°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wiadomości
Ameryka
Publicystyka
Opinie i Analizy

Kto jest frajerem

29.08.2023
FOTO: DREAMSTIME Większość Amerykanów łączy poczucie lęku o to, jak będzie wyglądała ich emerytura i czy wystarczy im środków, by przeżyć.

Gdzie żyjemy? W jakim kraju? Dokąd ten kraj zmierza? To pytania o Amerykę, które robią się pilniejsze niż kiedykolwiek.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Pan B. najbardziej w świecie nie chce być frajerem. Ma 76 lat i wciąż nadzieję, że nim nie zostanie. Rodzina ma nadzieję, że wygra w totolotka, bo to jedyny sposób, by przestał być frajerem, którym jest od dawna.

Nie znam pana B. osobiście, znam jego zięcia, i to on, w przypływie szczerości i desperacji, podzielił się z nami opowieścią o niesamowitych przypadkach swego teścia (aluzja do kultowego tytułu pewnej młodzieżowej, polskiej książki zamierzona), choć trudno oprzeć się wrażeniu, że w Ameryce tego typu „przypadki” nie są ani niesamowite, ani nie są przypadkami. Są częścią systemu, który robi z ludzi frajerów, tylko w sposób tak genialny i dopracowany, że nigdy nie pozbawiając ich poczucia, iż wystrychnięcie na dudka to przykra okoliczność, niefart, skutek niewystarczającego „postarania się”. Mantra o sprawczej mocy wystarczającego „postaranie się” to filar amerykańskiej kultury sukcesu i chyba całej amerykańskiej kultury w ogóle.

Osiągając wiek emerytalny wcześniej niż statystyczny obywatel, bo jako weteran pan B. znajdował się w bardzo dobrej sytuacji, jeśli porównać go do reszty społeczeństwa. Ze szczodrym federalnym uposażeniem emerytalnym przysługującym weteranom był nadto właścicielem po części już spłaconej posesji nad jeziorem w jednym z miast w Kolorado. Status weterana gwarantował mu wiele innych przywilejów: od intratnych stawek ubezpieczeniowych po rozmaite zniżki i okazje, jeśli chodzi o finansowanie wielu aspektów codziennego życia.

Ale pan B. żyje w Ameryce, gdzie siedzący każdemu na ramieniu od kołyski diabeł powtarza, że zawsze i w każdym momencie życia można więcej i tylko frajerzy zadowalają się tym, co już mają. Skuszony wizją bogactwa pan B. zaczął od sprzedaży posesji i przeprowadzki do mniejszego domu, by z zarobkiem z transakcji dołączyć do grona biznesmenów inwestujących w cudowne filtry do powietrza. Filtry nie okazały się rynkowym hitem, o jakim opowiadał producent rekrutując swoją armię głodnych sukcesu akwizytorów, do których dołączył pan B., ale pan B. wciąż nie miał zamiaru być frajerem. Zaczął „inwestować” na potęgę. Najpierw w smart zegarki, a potem w kolejne „cuda”, które miały wrócić mu inwestycje z nawiązką. Nie zawahał się, by kolejne przedsięwzięcia finansować za pieniądze ze sprzedaży kolejnego domu kosztem przeprowadzki do mniejszego, potem do jeszcze mniejszego, potem do mieszkania własnościowego, by w końcu sprzedać nawet i je. Następne w kolejce do likwidacji były ostatnie oszczędności, a w końcu nastąpiło spieniężenie również konta emerytalnego. W międzyczasie oboje z żoną wrócili do pracy, bo zaczęło brakować na czynsz za wynajmowaną klitkę, a nawet opłaty i jedzenie. Temat niezostania frajerem wciąż jednak jest aktualny, bo pan B. czyta amerykańskie poradniki sukcesu i wie, że już za chwilę jego los się odmieni.

Zięć pana B. zastanawia się tymczasem, jak sfinansuje utrzymanie teściów, gdy wiek i zdrowie przestaną im pozwalać na kontynuowanie pracy zarobkowej w jakimkolwiek wymiarze. Poczynił nawet wstępne szacunki, jak przeorganizować własny dom, by przyjąć teściów pod dach, bo że taki będzie finał sukcesu pana B., nie ma wątpliwości. Co to oznacza dla jego własnej rodziny – ma trojkę dzieci do odchowania i wykształcenia – usiłuje nie myśleć. Stres odbiera zdrowie, a on potrzebuje go bardzo, bardzo dużo, by się nie zdarzyło, że wszyscy, kupą, wielopokoleniowo wylądują na ulicy. Określenie „zafrajerowany przez system” pasuje mu nie tylko do teścia, ale i do niego samego.

Nie muszę chyba wyjaśniać, że model biznesowy, który ma uchronić pana B. przed frajerstwem to piramidy finansowe. Nie każdy jest na ich zgubny urok tak podatny jak pan B., jednak wielu Amerykanów – większość, jeśli mogę dywagować – łączy z panem B. bardzo realne poczucie lęku o to, jak będzie wyglądała ich emerytura i czy wystarczy im środków, by przeżyć. Lęk ten z biegiem czasu robi się tylko większy i bardziej powszechny, bo nikt już dzisiaj nie ma złudzeń, że najbardziej przyzwoita emerytura z Social Security pozwoli przeżyć, dzieciom zaś powtarza się już od zerówki, że będą musiały być „mądre” i o środki na starość zatroszczyć się same.

Jak? Gdzie? Za pomocą jakich narzędzi mają się zatroszczyć? Tu dochodzimy do sedna sprawy. Od tego bowiem amerykański „system” coraz bardziej umywa ręce. Tzw. emerytury pracownicze (z miejsca pracy, nie SS) dostępne są dzisiaj już chyba tylko pracownikom federalnym, w sektorze prywatnym robią się rzadkie jak kwiaty na pustyni. Kurczy się pula przedsiębiorstw oferujących pracownikom emerytalne plany oszczędnościowe – inwestycje pokroju 401K. W czasach, gdy statystyczny uczeń szkoły publicznej opuszcza ją nie zawsze posiadając zdolność czytania ze zrozumieniem, system z typowym dla siebie od zarania

amerykańskich dziejów „optymizmem” kontynuuje celebrację idei, że wszyscy są wystarczająco genialni, obrotni i zaradni, by być w życiu Warrenami Buffetami i dzięki indywidualnym inwestycjom zabezpieczyć się na starość. Jeśli zdarzy się, że amatorzy sukcesu pokroju pana B. lekkomyślnie dadzą rynkowi połknąć swoją emeryturę, c’est la vie. Rynek ma swoje prawa, a rynek jest zawsze najważniejszy. Efekt tej systemowej beztroski? Z doniesień National Institute of Retirmenet Security wynika, że już ponad 40 procent amerykańskich seniorów usiłuje w chwili obecnej przeżyć wyłącznie za pieniądze otrzymywane z racji wypłat Social Security. Innymi słowy lawinowo rośnie w Ameryce liczba rodzin w sytuacji zięcia pana B., wściekłych na „system”, na kapitalizm i na kulturę, które to z nich, aktywnie pracujących i wydzierających sobie żyły w pogoni za wiązaniem końca z końcem, robią największych „frajerów”.

Rozmyślam o tym wszystkim w kontekście nie tylko opowieści naszego znajomego, ale i sypiących się ostatnimi czasy jak z rękawa rozmaitymi doniesieniami o tym, jak spada w Amerykanach, szczególnie w młodszych pokoleniach, poparcie dla mechanizmów regulujących podstawowe aspekty amerykańskiego życia społecznego i ekonomicznego. Rozmyślam o tym przysłuchując się wystąpieniom kandydatów na prezydenta piętnujących młodych za ten „skandaliczny” brak patriotyzmu i „winiących” za ten stan rzeczy wszystko, tylko nie owe rujnujące nam życie mechanizmy. Nie schematy myślowe i zgubne kulturowe „nawyki” – bo przecież w obyczajowości nie o żadne święte prawdy ani absoluty chodzi! (sic!). Rozmyślam przyglądając się z rosnącą trwogą, ile energii i realnych środków idzie na kompletnie subiektywne spory o to, jakie książki mają stać na bibliotecznych półkach, podczas gdy cisza na temat choćby sytuacji emerytów i utrzymujących ich rodzin rozsadza uszy.

Gdy podczas spotkań autorskich w Polsce w związku z moją ostatnią książką o USA („Amerykański reset”) mówiłam o tym, że już co piąty Amerykanin powyżej 65. roku życia i więcej niż co 10. powyżej 70. roku życia pracuje, bo nie stać ich, by przejść na emeryturę, spotykałam się z bezbrzeżnym zdumieniem, nawet ze strony osób uważających się za Amerykofilów. A potem często padało (odkrywcze!) stwierdzenie: Boże, jak dobrze, że my nie żyjemy w tak dzikim kraju.

Gdzie żyjemy? W jakim kraju? Dokąd ten kraj zmierza? To pytania o Amerykę, które robią się pilniejsze niż kiedykolwiek. Wolałabym się mylić, ale mam ciężkie przeczucie, że popiołem po spalonych książkach czy rozporządzeniem Sądu Najwyższego, która wiara religijna ma być w Ameryce traktowana priorytetowo, nie rozwiąże.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

baner