New York, NY
54°
Cloudy
6:34 am4:44 pm EST
Feels like: 52°F
Wind: 13mph W
Humidity: 76%
Pressure: 29.9"Hg
UV index: 0
11 am12 pm1 pm2 pm3 pm
59°F
61°F
61°F
63°F
63°F
MonTueWedThuFri
61°F / 48°F
66°F / 48°F
66°F / 52°F
61°F / 48°F
52°F / 41°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Wywiady
Społeczeństwo
Opinie i Analizy

Prof. Kolczyński: politycy nie potrzebują racjonalnych wyborców, ale ich emocji

07.11.2026

Negatywne emocje skutecznie mobilizują wyborców, dlatego przed wyborami będziemy świadkami kolejnych konfliktów, afer i ataków na przeciwników – powiedział PAP politolog prof. Mariusz Kolczyński z Uniwersytetu Śląskiego. Jego zdaniem najcięższe polityczne haki zostawia się na koniec kampanii.

 

PAP: Do wyborów parlamentarnych pozostał mniej więcej rok. Patrząc na to, co dzieje się dziś w polskiej polityce, mam wrażenie, że kampania wyborcza już się zaczęła, choć nikt jej oficjalnie nie ogłosił. Pan też to widzi?

 

Prof. Mariusz Kolczyński, medioznawca, politolog, Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Medialnej UŚ: Żyjemy w warunkach permanentnej kampanii wyborczej. Dziś trudno wskazać moment, w którym jedna kampania się kończy, a zaczynają przygotowania do następnej. Każda partia musi nieustannie dbać o wizerunek i zabiegać o poparcie. W świecie ogromnego natłoku informacji i dynamicznych zmian politycznych nie ma miejsca na bezczynność. Jeśli jedno ugrupowanie przestaje działać, konkurenci wykorzystują ten czas. Dlatego właściwie każdą dzisiejszą aktywność polityczną można interpretować w kontekście przyszłorocznych wyborów.

 

PAP: Ale rok przed wyborami temperatura wyraźnie rośnie. Jeśli wcześniej mieliśmy jedną aferę tygodniowo, teraz mamy przynajmniej jedną dziennie. Czy politycy mają już rozpisane scenariusze na najbliższe miesiące?

 

M.K.: Każde ugrupowanie, które poważnie myśli o zdobyciu władzy albo uzyskaniu wpływu na jej sprawowanie, powinno mieć już przygotowany przynajmniej wyjściowy wariant strategii wyborczej.

 

Mamy dwa dominujące ugrupowania, Koalicję Obywatelską i Prawo i Sprawiedliwość, ale również mniejsze podmioty, które muszą zdecydować, jaką rolę chcą odegrać w przyszłym parlamencie. Czy startować samodzielnie? Budować wspólną listę? Zawierać porozumienia przed wyborami czy dopiero po nich? Te decyzje wymagają badań i analiz. Nie można czekać do ostatniej chwili.

 

PAP: Zajrzyjmy więc do politycznej kuchni. Od czego zaczyna się pisanie scenariusza wyborczego? Od badania nastrojów społecznych, szukania słabości przeciwników, wyboru głównego wroga, a może od wymyślenia opowieści, którą chce się sprzedać wyborcom?

 

M.K.: Podstawą racjonalnego działania politycznego jest gromadzenie i analizowanie informacji. Dawniej opierano się przede wszystkim na tradycyjnych badaniach opinii publicznej. Dziś mamy również ogromne możliwości analizy danych pochodzących z internetu, czyli big data.

 

Każda partia musi odpowiedzieć sobie na trzy pytania: gdzie jesteśmy, gdzie chcielibyśmy być i jak możemy osiągnąć ten cel?

 

Współczesne badania elektoratu nie ograniczają się do ustalenia, na kogo ludzie zamierzają głosować. Partie interesują się również stylem życia wyborców, ich przyzwyczajeniami, zainteresowaniami, tym, co oglądają w telewizji i jak korzystają z internetu. Dzięki analizie ogromnych zasobów danych możliwe jest bardzo szczegółowe profilowanie wyborców, w skrajnych przypadkach nawet pojedynczych osób.

 

PAP: Partie zamawiają własne, niepublikowane badania. Tymczasem sondaże, które trafiają do mediów, same stają się elementem politycznej rozgrywki. Mogą mobilizować jednych wyborców, a innych przekonywać, że nie warto głosować na ich partię.

 

M.K.: Oczywiście. Są badania, które rzeczywiście służą rozpoznaniu nastrojów społecznych, ale są również takie, których publikacja ma przede wszystkim określony cel polityczny. Mogą promować własne ugrupowanie albo przedstawiać konkurenta jako podmiot bez większych szans na sukces.

 

Dobrym przykładem są różnice w prezentowaniu sondażowych notowań Rozwoju Plus Mateusza Morawieckiego. W jednych badaniach ugrupowanie to jawi się jako potencjalnie istotny uczestnik przyszłych rozmów koalicyjnych, w innych jako formacja, która może mieć problem z przekroczeniem pięcioprocentowego progu wyborczego.

 

Przeciętny odbiorca najczęściej nie wie, kto zamówił badanie i w jakim celu. A przecież sondaż może nie tylko opisywać rzeczywistość polityczną, lecz także wpływać na zachowania wyborców. W niektórych przypadkach mamy do czynienia z działaniami manipulacyjnymi.

 

PAP: Jednym z najgorętszych konfliktów politycznych stał się spór o Trybunał Konstytucyjny. Czy może być jedną z głównych osi tej kampanii?

 

M.K.: Nie przeceniałbym znaczenia samego sporu prawnego. Przeciętny wyborca ma niewielką wiedzę na temat zasad funkcjonowania Trybunału Konstytucyjnego czy uprawnień jego sędziów. Natomiast zapamiętuje zachowania polityków i emocje, które im towarzyszą.

 

Emocje negatywne są szczególnie skutecznym narzędziem podtrzymywania mobilizacji elektoratu. Gniew, oburzenie, poczucie zagrożenia czy niechęć wobec przeciwnika sprawiają, że ludzie silniej angażują się w politykę.

 

Z perspektywy skuteczności kampanii takie działania mogą być bardzo efektywne. Natomiast z perspektywy jakości demokracji niekoniecznie są korzystne.

 

PAP: Czyli właściwie nie ma znaczenia, o co się kłócimy, byle konflikt trwał, bo wtedy wyborcy pozostają w gotowości bojowej?

 

M.K.: Konflikt wymaga zaangażowania. Zmusza do opowiedzenia się po jednej ze stron, mobilizuje do udzielenia poparcia albo wyrażenia dezaprobaty.

 

Co więcej, konflikt generowany przez polityków jest wzmacniany przez media. W Polsce znaczna część mediów jest wyraźnie zorientowana na jedną lub drugą stronę sporu politycznego. Przedstawianie polityki jako nieustannego starcia jest dla nich wygodne. W ten sposób politycy i media wzajemnie wzmacniają emocje wyborców.

 

PAP: Porozmawiajmy o mniej eleganckiej stronie politycznej kuchni. Jak się dziś szuka haków na przeciwników? Partie zatrudniają specjalnych ludzi, którzy sprawdzają, co można znaleźć w życiorysie konkurenta?

 

M.K.: Rozpoznawanie słabości konkurentów jest rutynowym elementem przygotowań do kampanii. Część dotyczy działalności publicznej: jakości sprawowania władzy, podejmowanych decyzji czy popełnionych błędów. Ale coraz większego znaczenia nabiera również to, co kiedyś traktowano jako prywatną otoczkę polityki.

 

Chodzi o biografie polityków, ich zachowania, przyzwyczajenia, przestrzeganie norm społecznych i etycznych. Wiele takich informacji można znaleźć w internecie. Istnieją też wyspecjalizowane podmioty świadczące usługi na rzecz ugrupowań politycznych, które zajmują się analizowaniem tego rodzaju informacji.

 

Możemy różnie oceniać tę praktykę, ale jest ona częścią współczesnej rywalizacji wyborczej.

 

PAP: Załóżmy, że sztab zdobywa materiał kompromitujący ważnego polityka. Ujawnić go od razu i przez kilka miesięcy grillować przeciwnika? Czy zachować na ostatnie tygodnie kampanii, kiedy nie będzie już czasu na odbudowanie wizerunku ani na kontratak?

 

M.K.: To zależy od przyjętej strategii i przebiegu kampanii. Nie da się wszystkiego wcześniej zbadać i precyzyjnie zaplanować. Potrzebne jest również polityczne wyczucie.

 

Atak personalny jest ryzykowny nie tylko dla osoby atakowanej, ale również dla tego, kto go przeprowadza – wyborcy mogą uznać jego formę za niegodziwą. W wyborach parlamentarnych skutki źle przeprowadzonego ataku mogą być szczególnie dotkliwe, ponieważ odbijają się na wyniku całego ugrupowania. Mogą kosztować partię nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt mandatów.

 

Dlatego brutalniejsze ataki personalne częściej obserwujemy w kampaniach, w których wybieramy jedną osobę, na przykład prezydenta czy burmistrza.

 

PAP: Kiedy najlepiej odpalić polityczną bombę?

 

M.K.: Najcięższe ataki personalne, zwłaszcza te obarczone dużym ryzykiem dla atakującego, są z reguły pozostawiane na końcówkę kampanii. To moment, w którym sztab może uznać, że nie ma już wiele do stracenia. Mówiąc potocznie: wóz albo przewóz.

 

Natomiast krytykę dotyczącą sprawowania władzy czy programu konkurenta można rozłożyć na całą kampanię, stopniowo podnosząc temperaturę sporu.

 

PAP: Tyle że hak nie musi być prawdziwy. Czasem wystarczy sugestia, półprawda albo spreparowany materiał. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy sztuczną inteligencję.

 

M.K.: To jedna z najważniejszych zmian we współczesnych kampaniach: Internet stworzył ogromną liczbę kanałów rozpowszechniania informacji. Można wprowadzać do obiegu nawet najbardziej brutalne czy zmanipulowane treści w taki sposób, aby ich rzeczywisty nadawca nie był kojarzony z atakiem.

 

Sztuczna inteligencja dodatkowo zwiększa możliwości tworzenia przekazów dezinformacyjnych. Mamy do czynienia nie tylko z fałszywymi informacjami, ale również z bardzo subtelnymi manipulacjami obrazem i treścią.

 

Jeszcze dwa czy trzy lata temu przeciętny odbiorca miał większą szansę rozpoznać fałszerstwo, dziś jest to coraz trudniejsze. A przecież ludzie już teraz są przeciążeni nadmiarem informacji i nie mają czasu, żeby weryfikować każdą wiadomość.

 

PAP: Od dawna mówi się, że jedną aferę przykrywa się drugą. Ale czy wyborcy w końcu nie powiedzą: mamy dość? Czy ten nieustanny ostrzał informacyjny nie sprawi, że po prostu przestaną interesować się polityką?

 

M.K.: Mogą przestać interesować się informacjami, ale to nie znaczy, że przestaną reagować emocjonalnie.

 

Człowiek może ograniczyć kontakt z wiadomościami, może coraz mniej wiedzieć o bieżących wydarzeniach, ale jego stosunek emocjonalny do polityków czy ugrupowań pozostaje. Co więcej, te emocje mogą się nawet nasilać.

 

Możemy więc mieć do czynienia z sytuacją, w której wyborca wie coraz mniej, ale coraz silniej kogoś lubi albo nie znosi.

 

Z punktu widzenia racjonalnego podejmowania decyzji jest to zjawisko niepokojące. Tylko czy politykom rzeczywiście zależy na racjonalnych wyborcach? Nie sądzę.

 

PAP: Wróćmy do mniejszych ugrupowań. Jakie scenariusze mogą dziś rozważać?

 

M.K.: Sytuacja poszczególnych partii jest bardzo różna. Konfederacja Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka ma już wyraźnie ukształtowaną pozycję i zapewne wystartuje samodzielnie. Podobnego scenariusza spodziewam się w przypadku ugrupowania Grzegorza Brauna.

 

Interesująca pozostaje możliwość współpracy różnych środowisk prawicowych w wyborach do Senatu. Nie chodzi o wspólnotę wartości, bo Grzegorza Brauna i Mateusza Morawieckiego dzielą polityczne lata świetlne. Możliwa jest jednak współpraca oparta na pragmatycznym celu, jakim byłoby uzyskanie większości w Senacie.

 

Trudne decyzje czekają Rozwój Plus Mateusza Morawieckiego. Wyborcy prawicowi mogą uznać, że głos oddany na mniejsze ugrupowanie zostanie zmarnowany, i poprzeć silniejszą partię.

 

Po drugiej stronie mamy Polskę 2050, której poparcie sondażowe oscyluje wokół granicy błędu statystycznego, oraz PSL balansujące w okolicach pięcioprocentowego progu. Samodzielny start obu ugrupowań byłby ryzykowny. Swoją strategię muszą też określić Nowa Lewica i Razem, które nie potrafią znaleźć wspólnego języka.

 

PAP: Polska 2050 to przykład ugrupowania, które samo zmarnowało swoją szansę?

 

M.K.: W moim przekonaniu tak. Szymon Hołownia po wyborach prezydenckich w 2020 roku miał ogromny potencjał do zbudowania trwałego projektu politycznego. Ten potencjał istniał również po ostatnich wyborach parlamentarnych.

 

Problem polegał na tym, że Polska 2050 nie potrafiła wystarczająco wyraźnie zaznaczyć własnej odrębności w koalicji rządowej. Nie promowała konsekwentnie swoich pomysłów, nie zabiegała o realizację rozwiązań, które wyborcy mogliby jednoznacznie jej przypisać. Późniejsze dystansowanie się Hołowni od polityki dodatkowo osłabiło ten projekt.

 

PAP: Jakie tematy będą wyciągane w najbliższych miesiącach, żeby mobilizować wyborców?

 

M.K.: Przede wszystkim te, które pozwalają podtrzymywać podział sceny politycznej na dwa główne obozy. Jednym z nich jest prawo aborcyjne, regularnie wykorzystywane przez ugrupowania prawicowe i lewicowe. To temat, który pozwala mobilizować elektoraty i wzmacniać istniejące przekonania.

 

Kolejnym obszarem będą relacje polsko-ukraińskie, pomoc dla Ukrainy, świadczenia socjalne dla Ukraińców i szerzej rozumiana polityka migracyjna.

 

Istotną rolę odegrają też kwestie gospodarcze: rosnący dług publiczny, problemy budżetowe, ceny podstawowych produktów i paliw. Wyborcy oceniają sytuację przede wszystkim przez pryzmat własnego portfela. Można się spodziewać, że opozycja będzie mocno eksponowała właśnie te kwestie.

 

PAP: Jest jeszcze jeden temat, który regularnie wraca: wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej. Donald Tusk ponownie sięga po ten argument wobec PiS. Czy to nadal działa?

 

M.K.: Nadal większość Polaków opowiada się za pozostaniem w Unii, ale jednocześnie rośnie znaczenie postaw eurosceptycznych.

 

Dlatego niekoniecznie samo wyjście z Unii będzie najważniejszym przedmiotem sporu. Znacznie większy potencjał polityczny mają kwestie dotyczące sposobu funkcjonowania instytucji europejskich, decyzji Komisji Europejskiej czy zakresu wpływu prawa unijnego na państwa członkowskie. Zwłaszcza że wiedza przeciętnego wyborcy na temat mechanizmów funkcjonowania Unii pozostaje ograniczona.

 

PAP: Na koniec chciałabym zapytać nie o polityków, ale o nas, wyborców. Skoro wiemy już, jak pisze się scenariusze kampanii, szuka haków i rozgrywa emocje, to jak nie dać się w tym wszystkim zwariować?

 

M.K.: Obawiam się, że to będzie bardzo trudne i nie jestem w tej kwestii optymistą.

 

Pierwsze systematyczne klasyfikacje technik propagandowych powstały już pod koniec lat trzydziestych XX wieku. Miały pomóc obywatelom rozpoznawać manipulację. Dziś mamy mnóstwo poradników dotyczących dezinformacji, ale sama wiedza o istnieniu manipulacji nie wystarcza.

 

Musielibyśmy poświęcać bardzo dużo czasu na weryfikowanie informacji. Tymczasem politycy doskonale wiedzą, że dla przeciętnego człowieka polityka nie jest najważniejszą sprawą w życiu.

 

Kiedy chcemy sprawdzić, jaki lek powinniśmy zażyć, potrafimy długo szukać informacji w internecie. Ale kiedy nasza ulubiona partia albo polityk przedstawia jakąś wiadomość, zazwyczaj nie mamy już takiej motywacji, żeby sprawdzać, czy mówi prawdę.

 

Do tego dochodzą media wzmacniające podziały oraz algorytmy internetowe. Jeśli interesujemy się treściami zgodnymi z naszymi poglądami, właśnie takie treści będą nam podsuwane.

 

Dziś żyjemy już nie tylko w bańkach informacyjnych, lecz także w bańkach emocjonalnych. To bardzo silne połączenie, które utrudnia oddzielanie prawdy od fałszu i ogranicza zdolność racjonalnej oceny wydarzeń.

 

Jeżeli politycy nadal będą świadomie podgrzewać emocje, aby mobilizować własne elektoraty, obawiam się, że jako społeczeństwo możemy okazać się wobec tych mechanizmów w dużej mierze bezradni.

 

Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)

 

mir/ mro/

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE