Irański reżim wykazuje ciągłość władzy, a opozycja pozostaje podzielona i rozbrojona; stopniowe zmiany mogą się wyłonić z samego systemu, lecz Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) prawdopodobnie pozostanie jego kręgosłupem – ocenił ekspert brukselskiego think tanku EPC, Paul Taylor.
Zdaniem eksperta, choć zabity przywódca Iranu Ali Chamenei przez dekady był znienawidzony za represje, w oczach wielu Irańczyków stał się kolejnym męczennikiem zagranicznej ingerencji.
Chamenei „dołącza do nacjonalistycznego premiera Mohammada Mosaddegha, obalonego w wyniku zorganizowanego przez USA zamachu stanu w 1953 roku po nacjonalizacji irańskich zasobów ropy, a także do setek tysięcy Irańczyków zabitych podczas wspieranej przez Zachód inwazji Iraku w 1980 roku, rozpoczętej w celu powstrzymania islamskiej rewolucji, która obaliła wspieranego przez USA dyktatora, szacha Mohammada Rezę Pahlawiego” – napisał Taylor w opublikowanej w poniedziałek analizie.
Dodał, że poparcie amerykańskiej interwencji przez mieszkającego w USA syna szacha, który przedstawia się też jako potencjalny przywódca demokratycznej transformacji, „nie świadczy o tym, że historia zatoczyła koło (…), ale jest raczej dowodem na to, że zachodni przywódcy ignorują lekcje z przeszłości i powtarzają błędy”.
W opinii analityka, „tak jak demokracja nie została przyniesiona Irakowi na skrzydłach bombowców B-52, gdy amerykańska inwazja obaliła Saddama Husajna, tak samo niewielkie są szanse, że trafi ona do Irańczyków, wykształconego, 90-milionowego społeczeństwa, wraz z pociskami manewrującymi czy bombowcami B-52”.
Taylor zaznaczył, że irański system władzy pokazał już swoją odporność, utrzymując się po 12-dniowej wojnie z Izraelem i USA w czerwcu 2025 roku czy brutalnie tłumiąc styczniowe protesty uliczne, w których zabito tysiące demonstrantów.
Jak podkreślił ekspert, irański reżim nadal zachowuje monopol na użycie siły. „Siły bezpieczeństwa nie wykazują oznak podziałów ani dezercji. Opozycja pozostaje podzielona i rozbrojona. Stopniowe zmiany mogą wyjść od wewnątrz systemu, lecz Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej, mimo że był celem intensywnych ataków, prawdopodobnie pozostanie jego kręgosłupem” – czytamy w analizie.
Paul Taylor uważa jednak, że nowe władze w Teheranie mogą okazać się bardziej skłonne do ustępstw w negocjacjach dotyczących programów nuklearnego i rakietowego. USA zaatakowały Iran w trakcie trwających od tygodni rokowań w tej sprawie.
Wówczas prezydent USA Donald Trump mógłby ogłosić zwycięstwo i wstrzymać bombardowania bez doprowadzenia do realnej zmiany reżimu, podobnie jak uczynił to wcześniej w Wenezueli – podsumował ekspert.
Z Brukseli Łukasz Osiński (PAP)
luo/ adj/
Szanse na polityczne zmiany w Iranie są niewielkie, bo nie ma tam realnej siły, która może przejąć władzę – uważa prof. UŁ. Robert Czulda. Według niego, opcja, że zabicie najwyższego przywódcy Iranu spowoduje paraliż państwa, a ludzie wyjdą na ulice, raczej się nie sprawdzi.
W rozmowie z PAP prof. Uniwersytetu Łódzkiego Robert Czulda ocenił, że szansa na pozytywną zmianę wewnętrzną w Iranie jest jeszcze mniejsza, niż była przed izraelsko-amerykańskimi atakami lotniczymi. Według profesora nie ma tam realnej siły, która mogłaby przejąć i utrzymać władzę, a założenie, że zabicie najwyższego przywódcy Iranu wywoła paraliż państwa, masowe protesty i dezercję armii, nie sprawdziło się i raczej się nie sprawdzi.
– To jest państwo rewolucyjne, więc walka z kontrrewolucją jest wpisana w jego DNA i działania – zauważył prof. Robert Czulda, adiunkt w Katedrze Teorii Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych UŁ.
Jak zauważył, jeżeli Amerykanie liczyli, że zabicie najwyższego przywódcy Iranu wywoła masowe protesty, albo spowoduje załamanie się system władzy od środka, choćby przez dezercję oddziałów czy przychodzenia wojska na drugą stronę, to już widać, że do tego nie doszło.
– Była narracja, że jak spadną rakiety, to Irańczycy wyjdą na ulice i dojdzie do przewrotu. To się nie stało m.in. dlatego, że w Iranie nie ma „drugiej strony”. Nie istnieje opozycja, która może przejąć władzę. Są jedynie pewne twory medialne. Ale ani w Iranie, ani poza Iranem nie ma obecnie realnej siły, która mogłaby władzę przejąć i ją utrzymać – powiedział Czulda.
Dodał, że zarówno Amerykanie jak i Izraelczycy mogą dozbrajać istniejące lokalnie grupy, takie jaki Beludżowie lub Kurdowie, ale należy pamiętać, że irańska władza do takiego kryzysu zarówno w postaci agresji zewnętrznej, jak i problemów wewnętrznych, szykuje się od kilkudziesięciu lat.
– Mając świadomość tego, jak upadł ich poprzednik – szach – przygotowuje się na scenariusz siłowej próby przejęcia władzy. Regularne wojsko jest więc bardzo mocno kontrolowane, zinfiltrowane i musi być lojalne wobec reżimu. Poza armią jest Korpus Strażników Rewolucji. To straż przyboczna reżimu, a jego główną funkcją jest ochrona systemu władzy Republiki Islamskiej. To są ludzie, którzy raczej łatwo nie poddadzą się. Będą walczyć, czy to z siłami inwazyjnymi, czy też z opozycją wewnętrzną, czy protestami wewnętrznymi – podkreślił profesor.
Według niego pojawiają się w Iranie głosy krytyczne wobec reżimu, więc byłaby szansa, żeby postawić u władzy kogoś takiego, o ile Amerykanie widzieliby na stanowisku osobę pochodzącą z tego systemu.
– Mam na myśli na przykład byłego prezydenta Hassana Rouhaniego, który jest elementem obecnego establishmentu, ale jednocześnie jest umiarkowanym politykiem irańskim. Miał dobre relacje z Zachodem, choć z drugiej strony to właśnie podczas jego prezydentury Iran stał się bardzo aktywny w Syrii. Pytaniem otwartym jest, czy takiego polityka posłucha wówczas Korpus Strażników Rewolucji, który w Iranie czasem działa wbrew politycznej linii rządu – zauważył Czulda.
Nie wykluczył scenariusza, w którym Korpus Strażników Rewolucji przejąłby władzę, przyjąłby politykę pragmatyczną i porozumiał się z Amerykanami, ale za cenę tego, że wewnętrznie Iran będzie robił, co chce.
– Gdybyśmy założyli scenariusz, w którym operacja wojskowa trwa dłużej i reżim upada, Amerykanie na bagnetach mogą zamontować na stanowisku tymczasowego przywódcę, np. Rezę Pahlawiego, potomka ostatniego szacha. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że ten człowiek był w Iranie jako dziecko, nie zna współczesnego Iranu i nie ma większego zaplecza politycznego – podkreślił profesor. – Jeżeli kandydat na przywódcę Iranu, siedząc w fotelu w Stanach Zjednoczonych mówi, że on mógłby przejąć władzę, gdyby Irańczycy przelali krew za niego, to jest trochę kuriozalne – zaznaczył ekspert.
Według Czuldy, dobrym momentem do interwencji w Iranie był czas niedawnych masowych protestów, ale wtedy Amerykanie nie mieli sił do działania i ten moment został utracony. Teraz, kiedy „gniew ulicy” ustąpił, ciężko będzie go ponownie wywołać – ocenił profesor. Tym bardziej – dodał – że po styczniowych pacyfikacjach ludzie wiedzą, że kiedy ponownie wyjdą na ulice, władza nie będzie miała żadnych oporów, żeby do nich strzelać.
– Jeżeli Republika Islamska przetrwa, a nic nie wskazuje na to, że miałaby w najbliższym czasie upaść, to Iran zamieni się w państwo zamknięte wewnętrznie, z rozbitą gospodarką, bez przyjaciół i sojuszników, bez partnerów, a więc bez inwestycji zagranicznych, za to z sankcjami. Taka sytuacja będzie dla Irańczyków jeszcze gorsza. Jeżeli ktoś naiwnie, czy może romantycznie zakłada, że w wyniku tych działań Irańczykom będzie się żyło lepiej, to ja podejrzewam, że będzie im się żyło jeszcze gorzej niż dotychczas – powiedział prof. Czulda.
Ocenił, że poza atakami z powietrza, inwazja lądowa na Iran jest mało prawdopodobna i byłaby trudna z szeregu powodów: finansowych, politycznych czy logistycznych, a przeciwko takiej opcji przemawiają także uwarunkowania historyczne.
– Musimy wspomnieć o doświadczeniach z wojen w Afganistanie i Iraku. Uważam, że taki scenariusz, że Amerykanie wkroczą do Iranu, możemy na ten moment wykluczyć, choć sekretarz obrony Pete Hegseth niedawno o tym wspominał. Oczywiście pytanie, jaki jest cel Amerykanów, bo pierwotnie prezydent Donald Trump mówił, że operacja będzie trwała kilka dni, ale już słyszeliśmy, że może to być nawet 5-6 tygodni – zauważył Czulda.
Według eksperta z UŁ, na polityczne profity z wojny z Iranem mogą liczyć obaj przywódcy: Izraela, jak i USA. Wyjaśnił to nawiązując do myśli teoretyka wojny Carla von Clausewitza, że wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami, a wojsko jest instrumentem polityki zagranicznej, ale szczególnie polityki wewnętrznej.
– Wojna jest oczywiście straszną rzeczą dla ludzi, bo bomby spadają na ich głowy, ale dla polityków wojna jest czymś często bardzo korzystnym. Benjamin Netanyahu ma problemy wewnętrzne, więc kolejna wojna jest po prostu odsunięciem uwagi publicznej od niego samego. Izrael nie ponosi przy tym kosztów, bo rachunek za chaos na rynku ropy, ataki na państwa regionu, płaci ktoś inny. Jeśli nawet nie uda mu się obalić reżimu Republiki Islamskiej, to ograniczy potencjał irański, co dla Izraela będzie zwycięstwem – podkreślił Czulda.
Dodał, że także dla Donalda Trumpa krótka, szybka wojna byłaby sukcesem, dlatego „nie można wykluczyć, że ten konflikt szybko się zakończy, a prezydent Trump na Twitterze ogłosi, że jeszcze raz wygrał”. – Ale tak naprawdę Amerykanie póki co nic konkretnego nie osiągają, bo ta wojna z ich perspektywy jest delikatnie mówiąc, mało korzystna. Sam fakt, że Iran nie ustąpił i ciągle walczy na miarę swych ograniczonych sił, zdaje się być dla Amerykanów pewnym zaskoczeniem – powiedział prof. Robert Czulda.(PAP)
jus/ par/