New York
37°
Clear
7:08 am4:28 pm EST
8mph
60%
30.27
SatSunMon
43°F
43°F
41°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Warto przeczytać
Opinie i Analizy

Rodzicielstwo i jak je przeżyłam

25.10.2022
FOTO: PEXELS

Moje nowe życie w odsłonie matki samodzielnych dzieci przebiega tak, jak zakładałam. Z ulgą zanurzam się w porankach nienaznaczonych stresem drogowym (dojazdy do szkoły) i spokojną, dowolnie długą chwilą na zjedzenie śniadania, wypicie kawy, a nawet pogapienie się w okno, za którym przyroda o każdej porze dnia i roku funduje miłe oku niespodzianki.

 Eliza Sarnacka-Mahoney

Początek roku szkolnego nieuchronnie uruchamia jednak wspomnienia i refleksje. Nie wiem, jakim byłabym rodzicem w Polsce. Może byłoby mi łatwiej, bo mogłabym sięgać do doświadczeń i odczuć z własnego dzieciństwa. Gdybym musiała o coś walczyć lub się przed czymś bronić – doskonale znałabym przeciwnika. Kultura, obyczaje i zbiorowy światopogląd nie zmieniają się tak szybko. Rodzicem zostałam jednak w Ameryce i nigdy nie kryłam, że rodzicielstwo po tej stronie świata było dla mnie wyzwaniem, na jakie przygotowana nie byłam. Było nim począwszy od pierwszych dni w przedszkolu Starszej, a na ostatnich dniach liceum Młodszej kończąc. Od chwili, gdy usłyszałam: „Ile razy w tygodniu będzie pani przychodzić do przedszkola razem z córeczką? Wszystkie mamy się udzielają i nam tutaj pomagają. Pani córeczce będzie bardzo przykro, jeśli pani z nami nie będzie!” – i trzy razy poprosiłam o powtórzenie pytania, bo pierwsze słyszałam, że pracujący rodzic ma zostawać z dzieckiem w przedszkolu i brać na to konto wolne w pracy. Do momentu, gdy dowiedzieliśmy się, że nauczycielka Młodszej zaległa z omicronem na dzień przed uroczystością zakończenia jej nauki w liceum i Młodsza padła na kanapę lamentując: „To nie miała również tego? Ile jeszcze najważniejszych i jedynych w życiu wydarzeń zostanie mi odebrane?”.

Nie byłam przygotowana na klasy o pozabijanych gwoździami oknach i kuloodpornych tablicach (zabezpieczenie przed wtargnięciem uzbrojonego mordercy), na kulturowe wojny, które rozgrywają się w szkołach nie mniej intensywnie niż w komitetach partyjnych i przy kościelnych pulpitach. Nie byłam w ogóle gotowa na oświatę, w której jedenastolatek zaczyna się kształcić w systemie, którego sama doświadczyłam dopiero na uniwersytecie. Bez klasy, bez wychowawcy, bez żadnego planu wychowawczego ani żadnych celów uspołecznienia dziecka ze strony szkoły. Nie byłam przygotowana na problemy psychiczne i psychologiczne, z jakimi przyszło się mierzyć moim dzieciom i większości ich znajomych. Nie byłam przygotowana na odkrycie, że w następstwie myśli lub wręcz prób samobójczych psychiatrycznie leczy się dzisiaj już prawie każdy amerykański nastolatek.   

Podczas tegorocznego pobytu w Polsce przydarzyła mi się niemiła przygoda na drodze. Pół godziny przed miejscowością, do której wiozłam Młodszą na kolonie, zepsuło nam się auto. Pech tym większy, że na autostradzie. Ledwie zdążyłam zjechać na boczny pas.  Byłyśmy ponad dwieście kilometrów od domu i od wypożyczalni, z której pochodził samochód. Pogotowie drogowe ściągnęło nas na najbliższy parking. Po trzech godzinach dotarła do nas wypożyczalnia. Młodsza dojechała na kolonie z sześciogodzinnym opóźnieniem, ja po raz pierwszy w życiu jechałam autolawetą. Okazało się, że kierowca przez dziesięć lat mieszkał z rodziną w USA, wrócił do Polski pod koniec pierwszego roku pandemii. Zeszliśmy na tematy szkolne i wychowawcze. 

– Starszy synek na szczęście dobrze odnalazł się w polskiej szkole – opowiadał mężczyzna. – Ale gnębią nas wyrzuty sumienia, że zrobiliśmy dzieciom krzywdę odbierając im szansę na amerykańską edukację. Podstawówka synka była fantastycznym miejscem. Przyjazna atmosfera, opiekuńcza kadra, potrzeby dziecka zawsze na pierwszym miejscu. Tymczasem w szkole w Polsce nie zmieniło się nic. Najważniejsze to wyrobić się z programem! 

 – Amerykańskie podstawówki rzeczywiście są fantastyczne. Niestety, potem bywa już bardzo różnie, jeśli to pana pocieszy – odpowiedziałam.

 – Mieszkaliśmy w dobrej dzielnicy, słynącej z bardzo dobrych szkół – upierał się. 

 – Punkt dla was. Niestety, renoma szkoły ma się nijak do doświadczeń, jakie tam mogą czekać na dziecko. W dzisiejszych przedziwnych czasach zauważalny jest wręcz trend, że im ambitniejszy program nauczania i ambitniejsze dziecko, tym częściej robi się z tego mieszanka wybuchowa. Najgorzej mają introwertycy i wrażliwcy. Na nich trzeba uważać najbardziej, bo system rozjeżdża ich najbardziej. 

Jak podejrzewałam, mój rozmówca – wychowany i wykształcony w Polsce (jego żona również) – miał nikłe pojęcie o realiach współczesnej amerykańskiej szkoły. Nasza rozmowa przypominała wiele innych, jakie na przestrzeni lat przeprowadziłam z ludźmi spoza Ameryki. Swoisty reality-check, który wpędzał ich w zdumienie, niedowierzanie, niekiedy przerażenie, a przy tym refleksje na temat ich własnego rodzicielstwa. Nie obyło się bez „sakramentalnego”: „I jak rodzic ma sobie z czymś takim poradzić?”. Na co ja i tym razem odpowiedziałam moim „sakramentalnym”: „Bezwarunkowo wspierać. Być dla dziecka i przy dziecku zawsze, gdy tego potrzebuje, nawet kosztem własnych planów. Jak najszybciej zapominać o wyrzeczeniach i cierpieniu, bo dziecko musi budować swoją przyszłość, a nie przepraszać nas za przeszłość. Wreszcie – modelować jego odpowiedzi na niepowodzenia własnym, dobrym przykładem. Co jest oczywiście najtrudniejszą rzeczą na świecie, bo to znaczy, że my sami w sytuacjach stresu i kryzysu musimy umieć zachować opanowanie i rozsądek”.

– A propos opanowania – przypomniał sobie mój rozmówca. – Dziękuję pani za pani dzisiejszą postawę. Że jak na mnie czekałyście te trzy godziny, to nie dręczyła mnie pani SMS-ami i telefonami z pytaniem, kiedy w końcu dojadę. I w ogóle, że pani tak to wszystko przyjęła ze spokojem. Z pani taki idealny, egzystencjalny stoik?

– O, bynajmniej! – poczułam się rozbawiona. – Z natury jestem niecierpliwa i wybuchowa. Tylko widzi pan, to jest to, o czym właśnie mówiłam. W aucie była przecież ze mną córka. To jej pierwsze takie zdarzenie na drodze. Zachowałam się tak, jak chciałabym, by ona się zachowała, gdy będzie sobie kiedyś musiała poradzić z czymś podobnym zupełnie sama.  

– A niech mnie! Nigdy tak na te rzeczy nie patrzyłem. Dziękuję pani! Wracam do domu z nowym spojrzeniem na życie.  

Rozmowa tak nas pochłonęła, że podróż minęła nie wiadomo kiedy. A że człowiek często dopiero w debacie z innymi wypowiada po raz pierwszy niektóre swoje sądy i argumenty, nasza pogawędka okazała odkrywcza nie tylko dla młodego ojca i kierowcy autolawety, ale również dla mnie. Nie wiem, co jeszcze przede mną. Moje córki dopiero stawiają pierwsze kroki w dorosłym życiu. Moje rodzicielstwo nie było wolne od błędów i jest milion rzeczy, które zrobiłabym inaczej, gdybym jakimś cudem dostała na to szansę. Ale ze spraw najważniejszych nie zmieniłabym niczego. To uskrzydlające i nawet wzruszające uczucie na nowy etap moich relacji z dziećmi.

 •

Eliza Sarnacka-Mahoney z okazji 8. Polonijnego Dnia Dwujęzyczności – podczas weekendu 14, 15, 16 października – odwiedziła kilka ośrodków edukacyjnych w naszej metropolii w ramach spotkań autorskich z serią książek dla dzieci pt. „Maja Orety” oraz wykładów pt. „Jak przeżyłam rodzicielstwo w USA: o dwujęzyczności i nie tylko”. Rozmowę z panią Sarnacka Mahoney – pomysłodawczynią i współorganizatorką Dnia Dwujęzyczności, a także dziennikarką, m.in. „Nowego Dziennika” – zamieścimy w jednym z najbliższych numerów naszego tygodnika.

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

CO GDZIE KIEDY