„Chcę pobić rekord Guinnessa i przebiec maraton na każdym kontynencie w rekordowym czasie” – mówi w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” ultramaratończyk Tomasz Sobania, który co chwilę stawia sobie kolejne cele do osiągnięcia, w dodatku zawsze wyglądające na nierealne do wykonania. On jednak pokonuje wyznaczone granice i w dodatku bije różne rekordy.
***
Tomku, minęło już trochę czasu od momentu, w którym na Times Square zakończyłeś swój niesamowity wyczyn w hołdzie Ameryki, która w tym roku obchodzi 250-lecie podpisania Deklaracji Niepodległości. Przebiegłeś maratony w każdym z 50 stanów i to w dodatku w ciągu 49 dni pobijając w ten sposób rekord świata. Jak czujesz się teraz, po chwili wytchnienia i odpoczynku, oraz jak wspominasz ten niesamowity wyczyn ?
Fizycznie trochę już odpocząłem, ale naprawdę ten bieg kosztował bardzo mnie bardzo dużo wysiłku. Przez te trzy minione tygodnie starałem się trochę zregenerować, jednak ciągle pozostały jeszcze pewne kontuzje, które muszę wyleczyć. Poza tym jestem bardzo zadowolony i szczęśliwy. To że udało mi się zrealizować ten plan, tak jak tego chciałem, oraz że dodatkowo pobiłem rekord, sprawia mi ogromną radość i przynosi dumę. W dodatku dzięki temu odwiedziłem i zobaczyłem wiele pięknych miejsc.
Należy też podkreślić, że pobiłeś rekord swojego idola, ultramaratończyka Deana Karnazesa, który właściwie zainspirował Cię do tego wyczynu.
Tak. On mi pokazał, że takie rzeczy w ogóle są możliwe i nigdy by mi do głowy nie przyszło, że ja kiedyś pobiję jego rekord.
A czy do niego dotarła w jakiś sposób wiadomość, że podjąłeś się podobnego wyzwania jak on w 2006 roku?
Tak. Miałem przyjemność spotkać się z nim i chwilę porozmawiać będąc w Illinois. Był bardzo wspierający i cieszył się, że to robię. Był ciekawy, jak to wszystko wygląda z mojej strony i nie okazywał żadnej zazdrości. Wręcz przeciwnie, cieszył się, że zamierzam zrealizować podobne wyzwanie do jego wyczynu sprzed lat.

No ale chyba wtedy jeszcze nie wiedział, że zmierzasz pokonać jego rekord.
Oczywiście, że nie wiedział. Wtedy nawet ja sam nie byłem pewny i się zastanawiałem, czy w ogóle dam radę powtórzyć jego wyczyn, czy starczy mi na to sił.
Okazało się, że nie tylko dałeś radę zaliczyć 50 maratonów w 50 amerykańskich stanach, ale nawet zrobiłeś to w 49 dni przebiegając dwukrotnie królewski dystans w ostatnim dniu tego wyczynu. To jest osiągnięcie wręcz niemożliwe do zrealizowania przez wielu biegaczy.
Tak, to było coś bardzo odważnego, zwłaszcza, że miałem już wtedy wiele kontuzji.
50 maratonów w 50 stanach w ciągu 49 dni to był Twój kolejny wyczyn na amerykańskiej ziemi. Wcześniej – niczym filmowy Forrest Gump – przebiegłeś wszerz Stany Zjednoczone realizując ekstremalny projekt „Run Across USA”. Który z tych biegów był dla Ciebie trudniejszy i kosztował więcej wysiłku?
One były bardzo różne. Pierwszy, który trwał sto trzydzieści dziewięć dni, był po prostu psychicznie strasznie trudny. Był tak długi, że czasami zastanawiałem się czy go kontynuować. To były dla mnie bardzo trudne decyzje. Pamiętam, że po powrocie do domu fizycznie szybko do siebie doszedłem, ale mentalnie i psychicznie musiałem jeszcze odpoczywać ponad trzy miesiące zanim miałem ochotę, żeby cokolwiek robić. Z kolei podczas drugiego biegu dużo bardziej cierpiałem fizycznie. Miałem o wiele mniej czasu na regenerację. W dodatku szybko zmieniały się warunki pogodowe oraz strefy czasowe, co bardzo wpływało na moje samopoczucie. A poza tym biegałem maraton bez dnia przerwy, co w ostatnich dwóch tygodniach fizycznie dało mi się bardzo we znaki.
Ameryka znana jest z tego, że praktycznie każdy stan charakteryzuje się nieco innymi warunkami atmosferycznymi oraz ukształtowaniem terenu. Który ze stanów był dla Ciebie najtrudniejszy do pokonania?
Na trudności z jakimi musiałem się zmierzyć w kolejnych stanach wpływ miał nie tyle rodzaj ich ukształtowania czy też pogoda, ale raczej to jak czułem się w danym dniu. Po prostu wszystko zależało od mojego samopoczucia. Na przykład w Utah strasznie słabo się czułem, bo się przeziębiłem. Byłem po maratonie na Alasce i na Hawajach oraz po powrocie z wyspy na kontynent. To wszystko spowodowało, że biegłem przeziębiony i to był bardzo trudny maraton. Tak samo w Luizjanie, chociaż akurat tam pogoda – a było wówczas czterdzieści stopni Celsjusza i panowała duża wilgotność powietrza – też nie ułatwiała mi biegu.

A jeśli byś miał porównać te stany pod względem atrakcyjności, który z nich najbardziej Ci się podobał?
Ameryka jest bardzo różnorodna i fajnie było zobaczyć ją na własne oczy. Na pewno Alaska była piękna, taka dzika i potężna. Montana również nas – bo nie tylko mnie ale także towarzyszącą mi ekipę – zaskoczyła. Była piękna. Nikt z nas się nie spodziewał, że będzie tam naprawdę tak ładnie. Podobnie było w Utah. W ogóle zachodnia część Stanów Zjednoczonych jest bardzo piękna. Gdy biegłem, to nie miałem za bardzo czasu, żeby się cieszyć tymi widokami, ale w trakcie przejazdów pomiędzy stanami była okazja żeby to piękno zobaczyć i podziwiać.
Wspomniałeś o tym, że biegłeś bezpośrednio po sobie w dwóch dosyć odległych od siebie ale także bardzo zróżnicowanych klimatyczne stanach. Myślę tu Alasce i Hawajach. Czy ta szybka zmiana pogody miała na Ciebie jakiś wpływ?
Raczej nie miałem z tym jakiegoś kłopotu. Mój organizm szybko się przestawił z jednych warunków atmosferycznych na drugie. Zresztą żadna zmiana kolejności pokonywania poszczególnych tras i stanów nic by tu nie zmieniła, tym bardziej, że przecież musiałem pobiec w każdym z nich. Tak więc przyjmowałem wszystko tak jak było ustalone i radziłem sobie na bieżąco.
W jaki sposób była wyznaczona ta kolejność?
Musiałem brać pod uwagę przede wszystkim pogodę, jaka akurat będzie w tych miejscach podczas mojego biegu. Również logistycznie to wszystko musiało się zgrywać, dlatego że chcieliśmy zaoszczędzić jak najwięcej czasu na przejazdach. No i jestem z tego bardzo dumny, bo nikt mi nie pomagał w opracowaniu tego planu, który doskonale zadziałał. Zaczęliśmy w San Francisco, później był Oregon, Seattle w stanie Waszyngton, Alaska, Hawaje, Las Vegas w Nevadzie, Grand Canyon w Arizonie, następnie Nowy Meksyk, Kolorado i dalej już jeździliśmy na zasadzie góra-dół.

A jeśli chodzi o trasy poszczególnych maratonów to kto ją wytyczał?
Robiłem to z Piotrkiem, który był filmowcem w naszej ekipie. On znajdował głównie jakieś ciekawe miejsca w danych stanach. Ja wcześniej sugerowałem, gdzie mniej więcej chciałbym pobiec, a później on przygotowywał konkretną trasę. Każda z nich musiała liczyć 42,2 km. Czasami jednak gdzieś musiałem podbiec trochę dalej lub coś zmienić, ale zawsze wychodziło tyle, ile trzeba było.
Czyli kierowałeś się atrakcyjnością danego miejsca.
Tak. Sprawdzaliśmy wcześniej co ciekawego można znaleźć i co atrakcyjnego jest w pobliżu naszej trasy, pod warunkiem, że było to także sensowne logistycznie.

Jak ludzie reagowali na Twój bieg?
Amerykanie byli bardzo pozytywnie nastawieni. Pamiętam takie spontaniczne spotkania, podczas których ludzie byli pod wrażeniem, że można być w każdym stanie w tak krótkim czasie i jeszcze przebiec maraton. Więc dla nich to było coś niesamowitego. Miałem też dużo dobrych spotkań z Polonią. Naprawdę bardzo sobie je chwalę. Okazuje się, że Polacy mieszkają w wielu różnych miejscach i stanach.
Na pewno najwięcej Polaków witało Cię w Chicago, Nowym Jorku czy też w Kalifornii. A jak to wyglądało w takich miejscach, gdzie byłeś raczej pewny, że nie spotkasz naszych rodaków?
Masz rację. Oczywiście w tych największych skupiskach zawsze było dużo większe zainteresowanie i ogólnie więcej ludzi. A w tych stanach, gdzie było mniej Polonii, to raczej nie wybieraliśmy trasy przez główne miasta, tylko ich peryferia. Tak było chociażby właśnie we wspomnianej Montanie, gdzie biegłem jakąś doliną na obrzeżu stanu, i to zaraz po tym jak wyjechaliśmy z Yellowstone. Tam nie było ludzi, czy też miejsc, w których mogliby oni przyłączyć się do mnie i pobiec ze mną kawałek trasy. Wtedy moim towarzyszem była natura. Bardzo sobie to chwaliłem, bo ja lubię ludzi, ale też uwielbiam powietrze, spokój i naturę. W bieganiu lubię właśnie to, że nic mnie nie ogranicza, po prostu biegnę przed siebie i podziwiam jakiś ładny widok.
Czy podobnie jak w przypadku „Run Across USA” udało wam się te piękne widoki w jakiś sposób uwiecznić?
Tak, właśnie teraz powstają jeszcze z naszych materiałów vlogi, które będą dostępne na moim kanale na YouTubie, a także pracujemy nad filmem dokumentalnym.

Kończąc nasza rozmowę chciałbym zapytać o Twoje dalsze plany. Podejrzewam, że mimo iż wspomniałeś na początku, że aktualne ciągle się regenerujesz i leczysz kontuzje, to jednak w myślach pewnie już opracowujesz kolejne ciekawe plany biegowe.
Oczywiście, że tak. W planach mam już kolejną wyprawę bo lubię i potrzebuję mieć zawsze jakiś cel przed oczami. Tak więc chcę pobić rekord Guinnessa i przebiec maraton na każdym kontynencie w rekordowym czasie. W tej chwili ten rekord wynosi sześć dni i osiemnaście godzin.
Czyli teraz to nie będzie tylko wyczyn ilościowy, jeśli chodzi o pokonane kilometry, ale także wyzwanie czasowe.
Taki mam plan. Chcę zrobić to jeszcze szybciej i przebiec wszystko poniżej wspomnianego czasu. Natomiast w tym biegu nie chodzi o to żeby każdy maraton był zaliczony najszybciej w historii, tylko o to, że końcowy czas wszystkich siedmiu maratonów na siedmiu kontynentach musi być mniejszy niż sześć dni i osiemnaście godzin.
Tak więc pewnie te końcowe maratony będą wręcz sprinterskie, żeby ostatecznie ten czas maksymalnie zminimalizować.
Być może ten ostatni tak właśnie będzie wyglądał, ale teraz powoli sobie to planuję i analizuję ponieważ będzie to naprawdę poważne wyzwanie.

Kiedy zamierzasz zrealizować te plany?
Myślę o wiośnie przyszłego roku. Jednak jeśli tylko uda mi się szybko znaleźć sponsorów na pokrycie kosztów tego biegu, to wystartuję wcześniej.
Tak więc trzymam kciuki i czekam z niecierpliwością na Twój kolejny sukces oraz wpis z Twoim rekordem w Księdze Guinnessa. Dziękuję za rozmowę.
Ja również dziękuję bardzo.
Rozmawiał Wojtek Maślanka