Niedawno minęła 163. rocznica wybuchu powstania styczniowego. Z tej okazji w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku zorganizowano wystawę zawierającą unikatowe pamiątki i eksponaty związane z jego uczestnikami. Wyeksponowane artefakty pochodziły z prywatnej kolekcji Fundacji Rodziny Blochów.
Wojtek Maślanka
„Było to rewelacyjne spotkanie” – powiedział „Nowemu Dziennikowi” konsul generalny Mateusz Sakowicz. Był on nie tylko gospodarzem powstańczej wystawy, ale również przeprowadził rozmowę i moderatorem dyskusji z mec. Przemysławem Blochem, właścicielem unikalnej kolekcji, w dodatku liczącej około 3000 artefaktów, zawierających militaria, dokumenty oraz zdjęcia z okresu powstania styczniowego.
„To, co mi zaimponowało to nie tylko posiadanie jakiegoś obiektu, bo każdy kogo stać, kto ma nosa do różnych aukcji, albo do kogo trafia odpowiednia informacja może coś kupić i postawić na półce w gablocie. Mnie najbardziej imponuje cała historia wokół danego obiektu, bo dopiero w takiej całości ta historia staje przekonująca. Artefakt to jedno, ale w tym przypadku z każdym obiektem – a mamy ich na wystawie ponad sto czterdzieści – związana jest fascynująca historia, i wydany przy tej okazji katalog najlepiej to ilustruje. I właśnie to dotarcie do historii konkretnej osoby związanej z danym przedmiotem było bardzo inspirujące i zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Po prostu mnie urzekło” – podkreślił dyplomata podsumowując spotkanie i wystawę „Drogi do wolności – doświadczenia powstańców styczniowych”.

Miała ona miejsce w siedzibie Konsulatu Generalnego RP na Manhattanie, w dodatku w wyjątkowym czasie, bo 21 stycznia, w przededniu 163. rocznicy wybuchu powstania styczniowego.
„Udało nam się znaleźć datę, która tak symbolicznie w Polsce była już dwudziestym drugim dniem stycznia, a więc dokładną rocznicą wybuchu powstania” – wyjaśnił Mateusz Sakowicz. Jak dodał konsul generalny, dodatkowym aspektem przemawiającym za tą ekspozycją był fakt, że we wrześniu tego roku Fundacja Rodziny Blochów posiadająca pokaźną kolekcję pamiątek związanych z historią Polski i naszym dziedzictwem narodowym będzie obchodziła 20-lecie formalnego istnienia, bo w rzeczywistości działa nieco dłużej. Dzięki temu po raz kolejny wybrane obiekty z jej zbiorów zostały pokazane szerszemu gronu podczas spotkania w Konsulacie Generalnym RP.
„A wystawa była wyjątkowa i kompletnie unikalna bo zawierała rzeczy często istniejące wręcz w jednostkowym egzemplarzu. Przykładem może być bagnet oraz książka, która ilustruje jego historię. Okazuje się, że nie ma takiego drugiego bagnetu nigdzie indziej, a przynajmniej nikt o nim nie wie” – podkreślił dyplomata.

Wyeksponowanych było 147 wybranych przez kolekcjonera artefaktów z największej – jak twierdzą znawcy – kolekcji poświęconej powstaniu styczniowemu na świecie. Wśród pokazanych obiektów znalazły się m.in.: broń palna, szable, bagnety, nakrycia głowy, odznaczenia, dokumenty, biżuteria, pamiątki osobiste powstańców oraz przedmioty codziennego użytku. Ten unikalny zbiór to efekt wieloletnich poszukiwań pamiątek sprzed ponad 160 lat na różnych aukcjach i forach historycznych oraz zamiłowania i osobistych sympatii mec. Przemysława Blocha do historii.
„W naszej rodzinie było dwóch powstańców styczniowych. Prapradziadek Franciszek Bloch był krakusem, czyli służył w straży przybocznej naczelnika województwa mazowieckiego i walczył praktycznie od stycznia do października, kiedy został ranny w jednej z bitew. Wtedy też zakończył swoją powstańczą działalność. Natomiast drugim powstańcem to był Leopold Pluciński, który ożenił się z bratanicą prapradziadka Franciszka, Marią Blochówną” – wyjaśnił prezes Fundacji Rodziny Blochów podczas spotkania.

Jak łatwo się domyślić najcenniejszy eksponat w tej kolekcji to pamiątka rodzinna.
„Jest to sygnet herbowy po moim prapradziadku z herbem Ogończyk, którego na co dzień nie noszę. Jest on trzymany w sejfie jako bardzo wartościowa pamiątka” – zdradził mecenas. Nie był też wyeksponowany na wystawie w Konsulacie Generalnym RP, ale jego zdjęcie można zobaczyć w specjalnym, wirtualnym katalogu przygotowanym na to spotkanie. Również pokazane podczas spotkania obiekty są praktycznie bezcenne.
„Są to unikaty, które w dużym stopniu powinny być w polskich muzeach, i pewnie kiedyś tam trafią, bo taka też jest misja naszej fundacji. Ona nie dotyczy tylko zbierania różnego rodzaju pamiątek, ale również przekazywania ich do Polski, co robiliśmy od dwudziestu lat, czasem z rozgłosem, a czasami bez. W tym także wiele różnego rodzaju ciekawych przedmiotów, zwłaszcza tych, które były zrabowane w czasie wojny” – wyjaśnił Przemysław Bloch.

Do najważniejszych eksponatów udostępnionych publiczności na pewno należała tzw. Mierosławka, czyli legendarny karabin projektu gen. Ludwika Mierosławskiego.
„Kupiłem go w Teksasie, a osoba sprzedająca reklamowała go jako sztucer Marynarki Wojennej Saksonii. Pamiętam, że Saksonia nie miała żadnego dostępu do morza, więc mnie to zaciekawiło i w momencie, w którym zobaczyłem jego kolbę, na której jest wygrawerowany napis Mierosławka, wiedziałem, że mam do czynienia ze skarbem” – opowiadał z dumą kolekcjoner. Dodał, że obecnie znane są tylko trzy egzemplarze tego karabinu na świecie. Jeden jest w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, drugi w Muzeum Armii w Liege w Belgii, a trzeci w Nowym Jorku w kolekcji Fundacji Rodziny Blochów.
Innym niesamowicie unikatowym obiektem był bardzo mały rewolwer systemu Lefaucheux z okresu powstania styczniowego wraz ze świetne zachowaną kaburą z brązowej skóry.

„Można powiedzieć, że wygląda jak zabawka, a ciekawostką jest to, że na jego lufie wygrawerowany jest napis 'Witkowski w Paryżu’, zawierający nazwisko konstruktora, który stworzył ten rewolwer” – wyjaśniał mecenas. Dodał, że jednak w tym przypadku nie chodzi o stolicę Francji, tylko o małą miejscowość koło Poznania, która również nazywa się Paryż. Inną ciekawostką związaną z tym maleńkim rewolwerem był fakt, że w związku z brakiem metalu był on odlany z brązu pochodzącego ze stopionego dzwonu z kościoła parafialnego w Juncewie, niedaleko Paryża. Stanowi on także przykład bardzo unikatowej broni wykonanej na terenie Polski przez samych powstańców styczniowych. Takich bardzo rzadkich artefaktów z tego okresu było zaprezentowanych na wystawie o wiele więcej. Można je także zobaczyć w wirtualnym katalogu dostępnym pod adresem: www.adwokatbloch.com/katalog-wystawy-1863-r.
„Bardzo dobrze, że mecenas przeznaczył swoje środki, energię oraz swoje szczęście na znajdowanie tych eksponatów, bo dzięki temu powstała wspaniała i bezcenna kolekcja, która jest wartością samą w sobie. Myślę, że śp. powstańcy byliby bardzo zadowoleni, że ktoś docenia to, na co poświęcili młode życie i za co przelewali krew, a także za to, że dał tym pamiątkom praktycznie drugie życie” – powiedział „Nowemu Dziennikowi” obecny na spotkaniu Bogusław Winid, były ambasador RP przy ONZ.


Na wystawie wyeksponowana była zarówno broń palna jak i biała, a także różne powstańcze dokumenty, książki, zdjęcia i pamiątki / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK
W trakcie spotkania dyskutowano także o znaczeniu powstania styczniowego, które – jak większość naszych narodowych zrywów – zakończyło się klęską. W opinii mec. Przemysława Blocha, mimo że powstańcy styczniowi odnieśli porażkę, to jednak z perspektywy czasu należy stwierdzić, że przyczyniło się ono do przekazania patriotyzmu i woli walki o wolność kolejnym pokoleniom Polaków.
„Dla powstańców osobiście była to klęska, bo spotkały ich represje i zsyłki na Sybir” – podkreślił kolekcjoner. Zwrócił jednak uwagę na dysproporcje jakie były pomiędzy nimi a wojskiem zaborcy.
„Ci leśni partyzanci, gdzie poszczególne oddziały nie miały więcej niż dwieście, trzysta lub najwyżej czterysta osób, potrafiły przez dwa lata szafować dwustutysięczną armię carską. I to nie byli zawodowi żołnierze. Owszem, niektórzy dowódcy byli byłymi oficerami armii pruskiej, rosyjskiej, czy austriackiej, ale większość żołnierzy to byli normalni, prości ludzie, którzy poszli i walczyli, i niejednokrotnie ginęli” – wyjaśniał mecenas. Podkreślił jednak, że ta walka na pewno miała swój wpływ na to w jakiej formie Polska odzyskała swoją niepodległość w 1918 roku.
„Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” – stwierdził Przemysław Bloch.



