Wojna Stanów Zjednoczonych z Iranem miała być krótka, sprawnie przeprowadzona i oczywiście… zwycięska. Ponad pół roku od jej wybuchu żadna z tych zapowiedzi się nie ziściła.
***
Kto jest odpowiedzialny za taki rozwój wypadków? Gdyby spytać tego, który ją rozpoczął, odpowiedziałby, że wszyscy, tylko nie on. Usprawiedliwianie ataku na strategicznie dla transportu ropy naftowej położony kraj nie trzyma się kupy.
Nie nastąpił w nim upadek rządów ajatollahów, nie załamała się gospodarka, przeciwnie, kwitnie w najlepsze, doprowadzenie do wyrzeczenia się produkcji wzmocnionego uranu i zaprzestania prac nad budową broni jądrowej nie zostało osiągnięte, cena ropy poszybowała w górę.
Wszystko to spowodowało ogromny spadek poparcia dla Trumpa, który szoruje po dnie i notuje najniższy poziom w drugiej kadencji, który jest wyrównaniem najgorszego wyniku z pierwszych czterech lat urzędowania, odnotowanego w grudniu 2017 roku.
Dziura, z której ciężko będzie się wydostać, nie poprawia brak jakiekolwiek strategii oferowanej przez Biały Dom, który kluczy i ciągle zamienia wyznaczone ruchy. Trump, znanym sobie stylem, oświadcza o czymś, o czym przeciwna strona nic nie wie, na co się nie zgadza i w ogóle, czego nie rozważa. Prezydent USA, nie mając asa w rękawie, robi dużo hałasu i stwarza pozory, że to on ma konflikt z Iranem pod kontrolą i szuka jego najlepszego rozwiązania, żeby pokazać światu, jak wielkim jest strategiem, wizjonerem i zbawcą.
Jeżeli prezydent USA tak postrzega sprawy, najwyraźniej błądzi, bo nic nie wskazuje na to, że Stany Zjednoczone mają przewagę, a grając na czas, pociągną przeciwnika na jeszcze większe straty, z których nie wygrzebie się przez lata.
Iran widzi to inaczej. Nie dąży do zakończenia konfliktu, ba, nawet nie naciska na zawarcie jakiegokolwiek kompromisu, gdyż jest przekonany, że wojnę może rozstrzygnąć na własnych warunkach. Wie, że Amerykanie nie zdecydują się na inwazję lądową, gdyż naraziłoby to ich na ogromne straty żołnierzy, czego społeczeństwo by Trumpowi nie wybaczyło. Dostrzega też ich ograniczenia militarne, na przykład w postaci wyczerpujących się zapasów amunicji.
Iranowi, w przekonaniu, że zdobywa przewagę, pomagają pochopne i niezrozumiałe działania Trumpa, który zagroził swojemu sprawdzonemu sojusznikowi – Omanowi – zbombardowaniem za jego negocjacje z Teheranem dotyczących Cieśniny Ormuz, które rzekomo utrudniają porozumienie z Iranem w sprawie swobody żeglugi przez te wody. Próbuje też obarczyć Koreę Południową odpowiedzialnością za jego niepowodzenia.
Wojna USA i Izraela z Iranem to nie tylko destabilizacja na rynku paliwowym, co pociąga za sobą wzrost cen benzyny, gdyż przed konfliktem przez Cieśninę Ormuz transportowano 20 procent światowego wydobycia tego surowca, to także przeobrażanie Bliskiego Wschodu, które będzie miało długotrwałe skutki dla Waszyngtonu. Brak sukcesów Amerykanów w odblokowaniu strategicznie ważnej cieśniny i uderzenia Iranu na cele w państwach Zatoki Perskiej sprawiają, że kraje te nabierają wątpliwości co do pozycji USA jako głównego gwaranta ich bezpieczeństwa. Na dodatek Stany Zjednoczone skrzyknęły się z Izraelem, który przez arabskich przywódców jest postrzegany jako siła destabilizująca region.
Trump miota się na wszystkie strony, a oczekiwanych rezultatów brak. Najwyraźniej nie przewidział scenariusza, że może przegrać. Dotychczasowe posunięcia nie skutkują, więc wdraża nowe. Ustami sekretarza Skarbu Scotta Bessenta zapowiedział pakiet sankcji, które określił jako „najostrzejsze w historii”. Chce w ten sposób zmusić Teheran do ustępstw, a jednocześnie ostrzega państwa utrzymujące relacje gospodarcze z Iranem, że również i one mogą ponieść poważne konsekwencje, ale nie podał szczegółów.
Amerykanom coraz bardziej doskwierają wysokie ceny paliwa, które uszczuplają ich domowe budżety. Gdy słyszą, jakie są koszty konfliktu, na który się nie godzili, nie pozostawiają na prezydencie suchej nitki. Są wśród nich także wcześniejsi zagorzali zwolennicy, którzy stali za nim murem.
Jeżeli do połówkowych wyborów, które odbędą się w listopadzie, wojna z Iranem nie zostanie zakończona, pokażą Republikanom czerwoną kartkę, co spowoduje utratę przez nich obu izb Kongresu, a wtedy droga do pozbawienia prezydenta urzędu będzie szeroka i gładka.
Autor: Wiesław Cypryś