New York, NY
64°
Clear
7:07 am6:16 pm EDT
Feels like: 64°F
Wind: 7mph NNW
Humidity: 67%
Pressure: 30.04"Hg
UV index: 0
3 am4 am5 am6 am7 am
63°F
61°F
61°F
59°F
59°F
FriSatSunMonTue
75°F / 52°F
57°F / 41°F
59°F / 45°F
66°F / 50°F
72°F / 52°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wiadomości
Sport
Polska
Ameryka
Wywiady
Polonia

Bogusław Leśnodorski: Legia mogłaby być klubem Polonii amerykańskiej

02.01.2026


„Za moich czasów w Legii uważaliśmy, że Stany Zjednoczone są naszym naturalnym terytorium do ekspansji. Mieliśmy plan, żeby sprowadzać stamtąd chłopaków do naszej akademii, budując popularność Legii wśród Polaków mieszkających w Stanach. Legia mogłaby być klubem Polonii amerykańskiej” – mówi Bogusław Leśnodorski, były prezes i współwłaściciel Legii Warszawa, w rozmowie z nowojorskim „Nowym Dziennikiem”.

***

Kiedy w 2012 roku Pan zostawał prezesem Legii, ja chodziłem na Żyletę. Nie byłem żadnym rozrabiaką, ale byłem zaangażowany, chodziłem na wszystkie mecze. I pamiętam, że Pana pierwsze tygodnie w klubie przyniosły ogromny powiew świeżości. Okazało się, że prezes klubu może być normalnym gościem, a nie sztywniakiem pod krawatem. Miał Pan świadomość, że jest Pan tak odbierany?
Tak, zdawałem sobie sprawę, że w porównaniu do ludzi z ITI, faktycznie wnosiłem pewien – nazwijmy to – powiew świeżości.

To było wtedy coś nowego nie tylko w Legii, ale na skalę całej Polski.
I akurat z tego już sobie sprawy nie zdawałem. Nie przypuszczałem w tamtym momencie, że w całym kraju zarządzanie klubami piłkarskimi wygląda tak siermiężnie.

Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to Pana podejście do klubu, do kibiców, miało w sobie sporo „amerykańskiego luzu”. Pan ogólnie z tego luzu słynie. To m.in. efekt mieszkania w Stanach?
Na pewno mój pobyt w USA w dużym stopniu miał na mnie wpływ. W jakiś sposób mnie ukształtował. Zwłaszcza, że do Stanów wyjechałem w wieku, gdy człowiek jak gąbka chłonie wszystko, co go otacza.

No właśnie, skąd w ogóle pomysł na przeprowadzkę do USA?
Ciężko to nazwać przeprowadzką. To był raczej długi wyjazd. Ja jako dzieciak byłem trochę nieznośny. Jeździłem dużo na nartach, w szkole zawsze miałem dużo nieobecności, ogólnie nie bardzo do szkoły pasowałem. Do tego byłem dość oporny, jeśli chodzi o naukę języków. W końcu moja mama postanowiła, że lepiej będzie, jak wyjadę uczyć się do Stanów. To były lata 90. i początek tego rodzaju wymian uczniów. No i trafiłem na high school do Kansas.

Domyślam się, że wielu pokus dla młodego chłopaka tam nie było.
Ale właśnie dzięki temu, że było to miejsce oddalone od pokus wielkich metropolii, spędziłem tam super czas. Trafiłem doskonale, bo miałem bardzo fajnych nauczycieli. Zdałem maturę i skończyłem liceum mając siedemnaście lat. W szkole dość dobrze szła mi gra w futbol amerykański, ogólnie byłem mocno wkręcony w sport. Fajnie było.

Mieszkał Pan później również w Nowym Jorku.
Miałem przyjaciela na Wschodnim Wybrzeżu, więc w pewnym momencie pojechałem do niego i mieszkałem w Connecticut i w Nowym Jorku. W sumie przez kilka ładnych miesięcy.

Miał Pan w NY swoje ulubione miejsca?
No jasne. Było np. takie słynne boisko do kosza, gdzie często graliśmy i nawet znany koszykarz John Starks tam przychodził. Bardzo lubiłem tam przebywać. Ja ogólnie podczas pobytu w Nowym Jorku miałem kumpli głównie wśród osób czarnoskórych. Bywaliśmy wszędzie. To były początki rapu, więc chodziliśmy na przykład na koncerty Tupaca.

Poważnie?
Pewnie, poznałem go. Nie to, żebyśmy byli jakimiś kolegami, ale byłem wtedy w tym środowisku, chodziłem na undergroundowe koncerty, miałem dziewczynę, która też była wkręcona w te klimaty. Pojawialiśmy się sporymi ekipami na koncertach i wtedy wszyscy się tam znali.

A miał Pan jakieś kontakty ze środowiskiem Polonii amerykańskiej?
Bywałem na Jackowie, Greenpoint też wiele razy odwiedzałem. Nigdy tam nie mieszkałem, ale chętnie się tam pojawiałem. Traktowałem to jako kulturowe zjawisko, jako wycieczkę do pewnego rodzaju skansenu. To było dla mnie bardzo ciekawe w kontekście poznawczym, bo był to czas, kiedy Greenpoint czy Jackowo to była taka Polska z lat – powiedzmy – 60. albo 70. Na mnie to robiło pewne wrażenie, że z jednej strony mamy lata 90., a tu nagle cofasz się do głębokiego PRL-u. To było bardzo ciekawe. Lubiłem tam wpadać, ze dwa czy trzy razy pojechaliśmy ze znajomymi specjalnie na Greenpoint w niedzielę do kościoła. Podejrzewam, że teraz wygląda to inaczej, ale wtedy tak to odbierałem.

Pamięta Pan, co najbardziej zaskoczyło Pana po przyjeździe do USA?
Podobało mi się przede wszystkim to, że Stany są bardzo różnorodne. Kiedy mieszkałem w Kansas, to miałem okazję pojeździć dużo na nartach, podobała mi się bardzo kultura sportu. Ale dosłownie wszystko było inne, niż w Polsce. Nastoletnie dzieciaki jeździły do szkoły truckami, a w samochodzie trzymały sztucer. Brzmi mocno, nie? Zwłaszcza na początku to robiło wrażenie. Żyłem w miasteczku, które liczyło dwa tysiące mieszkańców, a średnia widzów na naszych meczach futbolu amerykańskiego w high school wynosiła ze dwa i pół tysiąca osób. W Polsce czasem mniej ludzi przychodzi pewnie na mecze pierwszej ligi piłkarskiej. Bardzo fajnie to wspominam. Duża przygoda. Później spędziłem też sporo czasu w Kalifornii, bywałem w wielu innych miejscach. I dzięki temu zobaczyłem, że Stany Zjednoczone to nie jest jeden kraj, tylko właśnie miks bardzo wielu regionów, kultur, społeczności.

Oglądał Pan na żywo amerykańskie wydarzenia sportowe?
Wiadomo, chodziłem na wszystko, na co się dało – oczywiście nie codziennie, ale w miarę możliwości pojawiałem się na meczach. Byłem fanem Charlesa Barkleya, można powiedzieć, że takim skrajnym fanem. I akurat tak się złożyło, że w 1993 roku w finale NBA Chicago Bulls z Michaelem Jordanem w składzie mierzyli się z Phoenix Suns, gdzie grał Barkley. Kapitalna sprawa, to było naprawdę coś wyjątkowego. My się wtedy w Polsce wychowywaliśmy na nocnych transmisjach meczów NBA, więc możliwość oglądania tych wszystkich gości na żywo była ogromną frajdą. I to nie tylko jeśli chodzi o koszykówkę, bo interesowałem się też futbolem amerykańskim i w jakimś stopniu również baseballem.

A soccerem?
Nie, wtedy soccer jeszcze zupełnie raczkował. Oczywiście mówię to z mojego punktu widzenia. Ja ze środowiskami soccerowymi nie miałem nic wspólnego, akurat tak mi się ułożyło życie w USA. Wtedy piłka nożna była bardzo popularna głównie wśród Meksykanów, Portorykańczyków, generalnie ludzi hiszpańskojęzycznych.

Wielu ludzi, również Polaków, wyjeżdżało do USA w nadziei na przeżycie swojego american dream – amerykańskiego snu. Ta wizja przez dekady działała na ludzi jak magnes. Pan też odbierał USA jako kraj wielkich możliwości?
Przede wszystkim w Stanach jest o wiele bardziej akceptowalne społecznie szeroko pojęte próbowanie wielu rzeczy w życiu – na bardzo różnych polach. Spójrzmy chociażby na biznes. W USA jest cała masa ludzi, którzy w ciągu swojego życia zbankrutowali kilka razy, a na sam koniec zostali milionerami czy miliarderami. Natomiast w Europie, a już zwłaszcza w Polsce, jeśli ktoś zbankrutuje, to wszyscy podchodzą do tego, jakby to był koniec świata. Moim zdaniem Amerykanie mają w sobie mocny pierwiastek takiej życiowej odwagi. Próbujesz, wywracasz się, wstajesz i próbujesz znowu. W tym świecie porażka jest po prostu częścią życia, a nie końcem gry. Bo to prawda, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz.

A jest coś, co mają Polacy, a Amerykanie nie?
Jest wiele rzeczy, które my mamy lepsze – na przykład relacje międzyludzkie. Mogę to powiedzieć na swoim przykładzie – miałem w życiu wielu bardzo dobrych kumpli z różnych krajów. I właściwie tylko z kumplami z USA wszystkie relacje mi się urwały. Moim zdaniem to jest kraj, w którym co do zasady definicja przyjaźni jest zupełnie inna, niż na przykład u nas.

Amerykański system polityczny się Panu podoba?
Już w czasach, kiedy mieszkałem w USA, czyli w latach 90-tych, amerykański system partyjny, cały ten niby podział na Demokratów i Republikanów (w sensie liberałów i konserwatystów) był moim zdaniem sztuczny. Ale trzeba pamiętać, że ja chodziłem do high school w środkowych stanach, gdzie styl życia i kultura są zupełnie inne, niż np. na Wschodnim Wybrzeżu.

Pana zdaniem polskie władze powinny zachęcać Polaków mieszkających za granicą do powrotu do kraju?
No jasne. Powiem szczerze – mieszkałem w życiu w wielu krajach na różnych kontynentach, w Europie, Ameryce, w Afryce i moim zdaniem Polska jest zdecydowanie najlepszym miejscem do życia na świecie. Zwłaszcza dla ludzi młodych. Warszawa to jest absolutny światowy top, ale inne polskie miasta też dystansują zagraniczne metropolie. Polecam Polskę.

Polska faktycznie przeszła ogromną transformację i zmieniła się diametralnie na plus. Ale mam wrażenie, że o tym sukcesie nie potrafiła opowiedzieć. Wielu ludziom na świecie Polska ciągle nie kojarzy się z nowoczesnością, z szansami na rozwój i na fajne życie.
Zgadzam się, bo my – Polacy – nie umiemy się chwalić. W dodatku cała ta polaryzacja polityczna, która w ostatnich latach opętała Polskę, polega w zasadzie na tym, że jedni w drugich non stop nawalają – i odwrotnie. Więc pozytywny, spójny przekaz nie ma szansy się przebić. Nie umiemy się chwalić, a tymczasem w Polsce żyje się wspaniale. I oby tak było jak najdłużej. Jedyny poważny minus, który przychodzi mi do głowy, to szeroko pojęta wolność gospodarcza. U nas niestety wszelkiego rodzaju procedury i próby mierzenia się z administracją są bardzo uciążliwe. Ale poza tym jest znakomicie.

Czyli jeśli prowadzenie biznesu, to raczej w Stanach, niż w Polsce?
Wiesz, zależy co chcesz robić. W Polsce mimo wszystko nadal jest mnóstwo szans na rozwój. Jesteśmy kopalnią talentów w wielu dziedzinach i nie umiemy tego wykorzystać.

Ten amerykański sen, o który wcześniej pytałem, kojarzy mi się z metamorfozą, jaką Legia przeszła pod wodzą Pana, Dariusza Mioduskiego i Macieja Wandzla. Wcześniej w XXI wieku mistrzostwo Polski zdobywała rzadko, przez lata oglądała plecy Wisły Kraków, wyprzedzał ją Lech Poznań, Śląsk Wrocław czy Zagłębie Lubin, a tu nagle – bach. Z roku na rok Legia zaczyna seryjnie zdobywać mistrzostwa, Puchar Polski, grać w Lidze Europy i w upragnionej Lidze Mistrzów.
No tak, faktycznie coś w tym jest. Nie wiem, czy to się jeszcze powtórzy za naszego życia. Wydaje mi się, że niekoniecznie. W skali całej ligi taka seria przez długi czas może się już nie zdarzyć.

Dlaczego?
Obecnie w Legii jest tworzona kultura organizacji, która nie pozwala na coś takiego. Podobnym przykładem jest Lech Poznań. Przecież tam wszystko się zgadza, poza tym, że mistrzostwo Polski wygrywają raz na pięć lat. Sposób funkcjonowania tych projektów jest zupełnie inny, niż Legii, którą tworzyliśmy. Za mało odwagi, za mało fantazji, za mało jest tam ciężko pracujących ludzi z pasją, którzy naprawdę chcą i nie boją się zrobić czegoś wielkiego.

Dlaczego w ogóle zdecydował się Pan na wejście do Legii, skoro nie był Pan wielkim fanem futbolu?
Za piłką nożną istotnie niespecjalnie przepadałem, ale od dziecka byłem legionistą. Trenowałem w Warszawie pięciobój na Fortach Bema i wychowałem się w kulturze Legii. Nie w kulturze piłki nożnej, ale właśnie Legii, jako klubu wielosekcyjnego. Można powiedzieć, że Legia była częścią tożsamości mojej i moich kolegów. A podejmując decyzję o zajęciu się piłką uważałem, że to musi być przyjemne. W sporcie, ale w futbolu szczególnie, jest tyle emocji, że musi to dawać frajdę. Jasne, jest stres i są sytuacje kiepskie, kiedy przegrywasz, ale ogólnie to jest naprawdę dobra zabawa.

Kiedy wchodził Pan do Legii, w Polsce trwała akurat wojna rządu z „kibolami”. Środowisko kibicowskie było przedstawiane jako wylęgarnia patologii, odpowiadało choćby skandowanym na stadionach hasłem „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Dochodziło do takich sytuacji, jak pamiętna i niesławna „akcja widelec”. Relacje Legii z miastem czy z samorządem również były napięte. To mocno przeszkadzało w codziennym funkcjonowaniu klubu?
No pewnie. Gnębili nas dosłownie o wszystko. Ze mnie robili kibola, pierwsza strona „Gazety Wyborczej” co chwilę była czerwona od zdjęć rac odpalanych na stadionach. I jeszcze ten wojewoda Kozłowski, który zamykał nam trybuny… To było chore. Patrząc przez ten pryzmat, pierwsze dwa-trzy lata, odkąd trafiłem do klubu, kosztowały mnie naprawdę dużo energii i czasu. Ale wydaje mi się, że jako Legia podeszliśmy do tego dobrze. Ja sam jakoś wziąłem to na klatę, postawiliśmy się w bierny sposób, to znaczy robiliśmy swoje, dostawaliśmy łomot, ale koniec końców obroniliśmy się jako klub. I w tym sensie wygraliśmy. Dzisiaj jest już absolutnie czymś normalnym to, że kibice zrobią oprawę. Nawet jak raz na jakiś czas wydarzy się coś niefajnego, to nie robi się z tego nie wiadomo czego, wszystkie media w kraju nie rozpalają się do czerwoności i nie chcą zaraz linczować wszystkich kibiców. Bo to są sytuacje marginalne, incydentalne. Stereotyp kibica-bandyty moim zdaniem odchodzi, w zasadzie już jest w dużej części reliktem przeszłości. Dzisiaj mamy zupełnie inne czasy.

Ale jednak momentami oddech starych czasów wraca. Ostatnio „Staruch” [gniazdowy Legii – przyp. red.] dostał zakaz stadionowy za prowadzenie dopingu kibiców Legii w Lublinie. Miał odpowiednie pozwolenie od organizatora, a jednak sąd wlepił mu zakaz stadionowy na dwa lata.
Chore. Każdy zdrowy człowiek widzi, że ten zakaz to jakiś totalny kretynizm. Zwłaszcza, że przecież miał ten identyfikator od klubu, miał pozwolenie, że może tam przebywać… Brak słów.

Kibice na polskich stadionach regularnie odpalają race i wykorzystują je do opraw oraz prezentacji, mimo że pirotechnika na stadionach jest prawnie zakazana.
To ogólnie też jest chore, taka gra w kotka i myszkę. To całe przemycanie rac, wnoszenie ich na różne sposoby na stadion. Nawiasem mówiąc, kilka dni temu przeczytałem informację, że Legia zajęła siódme miejsce na świecie w rankingu Ultras World za ostatni rok. W czasach, kiedy ja byłem w Legii, nasi kibice zawsze byli w tym zestawieniu pierwsi albo drudzy. I to pomimo tego, że robienie opraw i ich prezentowanie było dużo trudniejsze.

Pirotechnika na stadionach powinna być legalna?
W jakimś sensie – mimo zakazu – już jest, bo przecież te race były, są i pewnie będą. Ale chyba jednak nie powinna być legalna. I nie chcę, żeby ktoś odniósł wrażenie, że ja chwaląc oprawy uważam, że można odpalać pirotechnikę na pałę. No nie, nie można. Wszystko powinno być robione z głową. Czasem jedziesz samochodem, jest ograniczenie prędkości do 50 km/h, ale pojedziesz 60 km/h – każdemu to się zdarzy. Łapie cię policja, dostajesz mandat, punkty karne i następnym razem pilnujesz się podwójnie, żeby nie złamać przepisów. Natomiast jeśli w terenie zabudowanym prujesz 150 km/h, to jesteś wariatem i powinni ci zabrać prawo jazdy, bo stanowisz zagrożenie. Możesz po prostu kogoś zabić. I w przypadku opraw jest to samo – jeśli z głową, przy zachowaniu bezpieczeństwa odpalisz race, to nic się nie stanie. Ale jak zaczniesz napieprzać fajerwerkami na lewo na prawo, albo rzucać hukowymi petardami w innych ludzi, to możesz komuś zrobić poważną krzywdę.

A propos opraw – ma Pan swoją ulubioną?
Absolutnie epickie były oprawy prezentowane z okazji zdobywanych mistrzostw Polski. Z reguły idealnie odzwierciedlały emocje, które wszyscy czuliśmy. Coś kapitalnego, pojawiały się ciarki na plecach. No i przede wszystkim była ta oprawa zaprezentowana przy okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, na której niemiecki oficer przykłada pistolet do głowy polskiego dziecka. To było bardzo mocne.

Nieraz ultrasi za pośrednictwem opraw wbijali też szpilki innym klubom. Uśmiechał się Pan czasem pod nosem, widząc takie prezentacje?
Pewnie, że tak. W sumie prawie zawsze.

Szerokim echem odbiła się zwłaszcza oprawa ze świnią, tuż po tym jak UEFA ukarała Legię walkowerem za mecz z Celtikiem Glasgow.
Pamiętam, to też była mocna oprawa. Oczywiście były również przypadki, kiedy myślałem sobie: „Nie no, to jest już o krok za daleko”. Raz nawet w tego typu sytuacji nagrał mnie Canal Plus. Nie pamiętam, co to był za mecz, ale wiem, że Żyleta odpaliła fajerwerki, które zaczęły odbijać się od membrany dachu. Staliśmy wtedy na dole z Kubą Szumielewiczem i ktoś nagrał, jak mówię: „O k***, ale mamy Kuba prze***”. Na całe szczęście tego nie wyemitowali. Tak, bywały trudniejsze momenty, ale życzyłbym sobie, żeby tylko takimi rzeczami człowiek mógł się przejmować.

Bywa Pan jeszcze na meczach Legii?
Ostatnio byłem na Żylecie. I doszedłem do wniosku, że to już jest zupełnie co innego, niż jeszcze 10 lat temu. Teraz jest więcej dzieciaków, nastolatków, momentami miałem wrażenie, że jestem w środku jakiegoś happeningu hipsterskiego. Oczywiście Żyleta to ciągle Żyleta. Ale nie da się ukryć, że cała masa ludzi, którzy wychowali się na Żylecie – będących w twoim wieku, starszych, czy nawet sporo starszych ode mnie – przestała chodzić na mecze. Bo to przestało być przyjemne.

W swoim programie na Weszło.com powiedział Pan, że bałagan w Legii mógłby ogarnąć trener Stanisław Czerczesow.
To były czysto teoretyczne rozważania, bo jego powrót do Legii nie ma już dzisiaj absolutnie racji bytu. Z wiadomych względów.

To prawda. Ale również wtedy, gdy zatrudnialiście go dziesięć lat temu, Rosjanie nie byli przesadnie lubiani w Polsce. Braliście to pod uwagę przy rozważaniu jego kandydatury?
To były jeszcze czasy, kiedy wielu Polaków z przeszłością w Legii grało w Rosji. Był Janek Gol, Kuba Wawrzyniak czy Maciek Rybus, który grał u Czerczesowa w Tereku Grozny. Więc mieliśmy dość dobry research i wiele opinii na temat trenera – i to z pierwszej ręki. Czuliśmy, że on się sprawdzi. A jeśli mam być zupełnie szczery, to fakt, że był Rosjaninem wydawał mi się wtedy nawet na plus.

W poprzedniej dekadzie wydawało się, że Legia może zostać hegemonem ligi na lata. Ale podobnie ludzie myśleli o Wiśle Kraków na początku XXI wieku, a dziś Biała Gwiazda gra w 1. lidze. Legia odzyska wielkość, czy podzieli los Wisły?
Dla mnie Legia, była, jest i będzie wielkim klubem. No dobra, obecnie nie jest, ale liczę, że jeszcze będzie. Oczywiście wielkim na skalę Polski, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by Legia na stałe wskoczyła też do grona klubów będących tuż za plecami europejskich hegemonów. Do Realu, Barcelony, Bayernu, Manchesteru City itd. najprawdopodobniej nigdy się nie zbliży, ale już wśród takich klubów jak Ajax Amsterdam czy FC Porto spokojnie mogłaby się odnaleźć. Za naszych czasów uważałem, że w ciągu kilku lat Legia zagra w finale Ligi Europy. Rywalizowaliśmy jak równi z równym ze Sportingiem Lizbona, z Ajaksem…

Tych dwóch przegranych dwumeczów z Ajaksem trochę z dzisiejszej perspektywy szkoda.
Wiesz, wszystkiego się trzeba nauczyć. Myśmy się wszyscy wtedy uczyli gry w Europie, więc siłą rzeczy popełnialiśmy błędy. Ale pamiętaj, że np. od Celtiku byliśmy już zdecydowanie lepsi, a wywalili nas z rozgrywek tylko przez ten nieszczęsny błąd ze zmianą Bartka Bereszyńskiego. Uczyliśmy się, wyciągaliśmy wnioski i wszystko naprawdę szło w bardzo dobrą stronę. Smutne, że cała ta praca została zaprzepaszczona. Nauczyliśmy się funkcjonować jak sensowny klub europejski, ale zostało to zburzone.

Jak ocenia Pan reformę europejskich rozgrywek piłkarskich? Jedna, duża tabela, zamiast fazy grupowej, to dobra zmiana?
Na pewno jest to jakaś zmiana i pewien powiew świeżości – przynajmniej na kilka lat. W Ekstraklasie swego czasu też wprowadzono podział na dwie grupy – mistrzowską i spadkową. Było to coś nowego, chociaż z perspektywy czasu raczej ani to nie zaszkodziło, ani nie pomogło. Mam natomiast niejednoznaczny stosunek do Ligi Konferencji. Z jednej strony uważam, że to fajnie, że można sobie pojeździć po Europie, pograć z rywalami z innych krajów, nauczyć się czegoś nowego, zdobyć punkty do rankingu. To jest spoko. Natomiast traktowanie tej Ligi Konferencji jako rozgrywek europejskich uważam za pewne nadużycie, ponieważ kluby, które tam grają, w większości nie są poważnymi drużynami. Teraz mamy trzeci rok LK, a ja dalej na starcie rozgrywek złapałem się na tym, że o połowie drużyn nigdy wcześniej nie słyszałem. Więc to nie jest do końca poważne. Można zarobić parę złotych, więc dobrze, że Liga Konferencji istnieje. Ale uważam, że nazywanie tego europejskimi pucharami jest pewnym nadużyciem.

W USA wielu młodych chłopaków polskiego pochodzenia chodzi na treningi soccera. Szczerze mówiąc trochę się dziwię, że żaden z polskich dużych klubów nie wyciągnął jeszcze ręki po ten niezagospodarowany potencjał. Przecież tu aż się prosi o wyszukanie jakiegoś „wonderkida” i sprowadzenie go do Ekstraklasy. Polonia amerykańska miałaby kogoś, komu szczególnie mogłaby kibicować, a klub mógłby zyskać rzesze nowych fanów.
Zgadzam się. Uważam, że to jest bardzo dobra droga. Za moich czasów w Legii mieliśmy co do zasady właśnie taki pomysł. Później Darek Mioduski przez chwilę go kontynuował, ale ostatecznie to nie wyszło. Nie wiem dlaczego. Natomiast w w 2015 roku mieliśmy taką wizję. Uważaliśmy, że przynajmniej trzeba spróbować. Byliśmy wtedy po dosyć dużym sukcesie projektu Legia Soccer Schools, czyli piłkarskich zajęć dla najmłodszych – udało się to zrobić w całej Polsce, szczególnie na prowincji. Wiadomo, w dużych ośrodkach miejskich, typu Łódź czy Poznań, ciężko byłoby coś takiego przeprowadzić, ale już w Ustrzykach Dolnych czy całej masie różnych miejscowości rozsianych po Polsce taka inicjatywa ma szansę powodzenia. Skala tego projektu była bardzo duża, a jednak udało się, więc siłą rzeczy zastanawialiśmy się nad kolejnym krokiem. Wielkie kluby, takie jak Real Madryt, Barcelona, Chelsea, Manchester United, inne kluby angielskie, kluby włoskie, niemieckie, francuskie są bardzo mocno aktywne na całym świecie – zwłaszcza w Azji czy Ameryce Południowej. Uważaliśmy, że Stany Zjednoczone są naszym naturalnym terytorium do ekspansji. W USA jest tak dużo Polonii, że statystycznie powinni być tam też chłopcy z talentem do gry w piłkę. No i faktycznie mieliśmy plan, żeby takich chłopaków sprowadzać do naszej akademii, jednocześnie budując popularność Legii wśród Polaków mieszkających w Stanach.

Legia mogłaby być klubem… Polonii amerykańskiej?
Zawsze miałem wrażenie, że wśród Polonii, szczególnie amerykańskiej, nie ma aż tak dużych kibicowskich podziałów i animozji, jakie są w Polsce. Więc jak najbardziej, moim zdaniem Legia mogłaby być takim klubem Polonii amerykańskiej. Zwłaszcza, że z mojego doświadczenia wynika, że Polonia naprawdę interesuje się piłką. Kiedy biorę udział w jakiejś piłkarskiej dyskusji na Twitterze, zawsze pojawia się masa komentarzy od kibiców mieszkających w Stanach. To jest nieraz aż zdumiewające.

Jednym z piłkarzy, który w ostatnich latach łączył Legię i USA, jest Nemanja Nikolić. W Warszawie kibice wzdychają za nim do dzisiaj, a w MLS poradził sobie równie fantastycznie, bo w barwach Chicago Fire został królem strzelców całych rozgrywek. Za Pana czasów – zwłaszcza porównując do obecnych – tego typu kozaków było wielu. Zdarzały się mocne wtopy, ale generalnie były też złote transfery. Jak wyszukuje się takie perełki?
W pewnym sensie nie jest to aż tak skomplikowane. Dla mnie podstawą we wszystkich moich działaniach było rozmawianie o danym pomyśle z innymi ludźmi, którzy na piłce znają się lepiej ode mnie. Zawsze słuchałem ich rad. Dobrym przykładem był Jarek Niezgoda – super chłopak, którego wzięliśmy z drugoligowej Wisły Puławy, a który później odszedł z Legii do Portland Timbers. Pamiętam, że kiedy zastanawialiśmy się, czy Jarek w Legii się sprawdzi, to zadzwoniłem do Zbigniewa Bońka i powiedziałem mu o tych rozterkach. A on na to: „Ja ci powiem jedną rzecz – jak ktoś umie strzelać gole, to zawsze będzie strzelał gole”. No i trochę tak jest. Jeśli ktoś umie strzelać, to będzie strzelał. Oczywiście, my jako klub musieliśmy takiemu Niezgodzie czy Nikoliciowi stworzyć odpowiednie warunki, żeby mogli te bramki zdobywać. Tak samo było z innymi snajperami – chociażby z Aleksandarem Prijoviciem czy z Orlando Sa. Oni po prostu umieli strzelać, a drużyna im w tym pomagała, stwarzając okazje bramkowe. I tyle. To naprawdę nie jest skomplikowane.

Nie jestem ekspertem od biznesu, ale na logikę wydaje mi się, że jeśli ktoś chce kupić – powiedzmy – jakąś firmę, to składa ofertę, kiedy ta firma jest w dołku. Legia teraz niewątpliwie jest w dołku. Nie pojawiają się u Pana z tego powodu pewne myśli w głowie?
Wiesz co… No pojawiają się różni ludzie z różnymi pomysłami. Ale nie wiem, czy akurat w przypadku klubu piłkarskiego należałoby w taki sposób to rozpatrywać. Poza tym w przypadku Legii to wszystko może się jeszcze bardzo różnie potoczyć.

Marek Papszun uratuje Legię?
Nietrudno sobie wyobrazić, że w następnych kilku okienkach dojdzie do całej masy przetestowań w drużynie. Prawdopodobnie wiele się zmieni i może być tak, że sportowo wcale nie będzie w Legii od zaraz dużo lepiej.

Czyli co, do ostatniej kolejki obrona przed spadkiem?
Taki scenariusz jest możliwy. Chociaż gdybym miał stawiać dzisiaj, to uważam, że Legia zagra w przyszłym sezonie w europejskich pucharach. Marek Papszun jest moim zdaniem na tyle mądrym gościem, że nie będzie tam robił rewolucji, postawi jednak na ewolucję. Przez rok, albo przez dwa lata Legia będzie drużyną z górnego środka tabeli. A to oznacza, że będzie biła się o puchary, bo ta liga jest mega spłaszczona – wystarczy spojrzeć na obecną tabelę Ekstraklasy. Wisła Płock w ostatnich pięciu kolejkach nie wygrała ani jednego meczu, a jest liderem ligi. Więc mimo że Legia jest w kryzysie, mimo że zajmuje miejsce w strefie spadkowej i już dawno powinna mieć kompletnie przegrany sezon, to i tak bardzo wiele rzeczy Legii sprzyja. Wydaje mi się, że zwycięży pragmatyczne podejście i w kolejnym sezonie zagramy w tych pucharach.

A czy istnieje szansa, że Bogusław Leśnodorski będzie jeszcze kiedyś właścicielem albo współwłaścicielem Legii Warszawa?
Taka szansa jest. Ale na pewno jeszcze nie teraz.

Rozmawiał: Kacper Rogacin

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE