New York, NY
61°
Fair
7:07 am6:16 pm EDT
Feels like: 57°F
Wind: 10mph ENE
Humidity: 76%
Pressure: 30.23"Hg
UV index: 1
11 am12 pm1 pm2 pm3 pm
63°F
63°F
64°F
66°F
66°F
FriSatSunMonTue
77°F / 52°F
55°F / 41°F
59°F / 45°F
66°F / 50°F
70°F / 52°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wywiady
Polonia

Brała udział w akcji ratowniczej 11 września. Żyje dzięki Opatrzności Bożej

11.09.2026

„Gdy wyszłam na zewnątrz, to moim pierwszym wrażeniem było przerażenie, myślałam, że tam wybuchła jakaś bomba. Wszędzie dookoła leżał biały pył, który był prawie po kolana. Poza tym było strasznie cicho, w powietrzu latały tylko kawałki papierów, samochody miały powybijane szyby. A ta cisza była ogromnie przerażająca” – wspomina emerytowana sierżant NYPD Milena Moryc Meehan, która brała udział w akcji ratowniczej po atakach terrorystycznych na World Trade Center 11 września 2001 roku. 

***

Mija dwadzieścia pięć lat od ataków terrorystycznych na World Trade Center. To ćwierć wieku, kawał czasu, a wydaje się jakby to było tak naprawdę wczoraj, zupełnie niedawno. Jak zapamiętałaś ten dzień? Jak wyglądał 11 września 2001 w Twoim przypadku? 

Na pewno tego dnia nie zapomnę do końca życia. Byłam wtedy kilka miesięcy po ukończeniu akademii policyjnej i pracowałam na 94. posterunku na Greenpoincie. Wówczas moje normalne godziny pracy były od dwunastej w nocy do ósmej rano, ale akurat w ten dzień musiałam przyjść na godzinę siódmą rano, ponieważ miałam później iść do sądu złożyć zeznania w jakiejś sprawie. Po przyjściu do pracy powiedzieli mi: „Weź samochód i jedź do parku McCarrena, sprawdź czy wszystko jest tam w porządku, a jak zadzwonią z sądu, że masz iść zeznawać, to się z tobą skontaktujemy”. Tak więc podjechałam do parku i zauważyłam, że na znajdującym się tam placu stoją ludzie patrzący w stronę Manhattanu. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że pierwszy samolot uderzył w północną wieżę. Byłam oszołomiona. Każdy z nas stał i patrzył się w tamtą stronę, ponieważ z Greenpointu było widać budynki WTC. W ciągu paru minut dostałam rozkaz stawienia się z powrotem na komendzie. Tam powiedzieli nam, że sądy i wszelkie patrole są wstrzymane, a ja, siedmiu policjantów i sierżant zostaliśmy wysłani na Manhattan, żeby pomóc w ewakuacji budynków. Będąc już w drodze dowiedzieliśmy się przez radio, że drugi samolot uderzył w południową wieżę. Wtedy już każdy z nas miał świadomość, że to nie jest wypadek, tylko że dzieje się coś niedobrego. Po przyjechaniu na Manhattan od razu przydzielono nas do poszczególnych służb. Do pomocy przy ewakuacji północnego budynku były wysłane trzy policyjne vany. Każdy miał sierżanta i ośmiu policjantów. Przed nami jechał samochód osobowy z dwoma przełożonymi. Jeden z nich był chyba kapitanem, a drugi inspektorem. My z 94. posterunku mieliśmy za zadanie pomóc przy ewakuacji północnej wieży. Tak więc wyruszyliśmy w kierunku  Ground Zero. Ja byłam kierowcą ponieważ zawsze lubiłam jeździć. Podjechaliśmy na skrzyżowanie Broadway’u i Fulton Street, i zatrzymaliśmy się obok znajdującego się tam małego kościółka (św. Pawła). Tam stali strażacy i niestety nie pozwolili nam dalej jechać. Oni chyba już wiedzieli, że coś się szykuje, oraz że najprawdopodobniej wieżowce się zawalą. Nie mam pojęcia jakich argumentów używali, ale nie zapomnę tego, bo moi przełożeni kłócili się z nimi. Zresztą takie słowne sprzeczki są prawie przy każdej akcji, bo wszyscy chcą jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki, a nie do końca wiadomo czyje decyzje są ważniejsze. Kapitan tych strażaków powiedział, że w żadnym wypadku nas tam nie wpuści ponieważ nie chce za nas ponosić odpowiedzialności. 

Jak wyglądała sytuacja wokół tego miejsca? 

W czasie, gdy moi przełożeni kłócili się ze strażakami o wjazd w pobliże WTC, z miejsca, w którym staliśmy było widać palącą się wieżę i ludzi, którzy wisieli na oknach, bo nie chcieli spłonąć. Szczególnie ci powyżej miejsca, w które uderzył samolot. Wielu z nich skakało, bo nie nie chcieli spłonąć żywcem. 

Decydowali się na taki desperacki krok wiedząc, że pewnie i tak zginą podczas upadku. 

Tak. Wybierali lżejszą śmierć, no bo przecież skacząc z takiej wysokości nie było szans, żeby ktoś przeżył. A tych odgłosów, gdy te ciała uderzały o ziemię chyba nie zapomnę do końca życia. Mimo że podczas pracy w policji widziałam wiele różnych rzeczy, to jednak tego po prostu nie mogę zapomnieć.

Milena Moryc Meehan bardzo przeżywała swoje wspomnienia związane z akcją ratowniczą po atakach terrorystycznych na WTC / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

A jak zakończyły się rozmowy waszych przełożonych z komendantem strażaków?

Gdy okazało się, że faktycznie szef strażaków nas nie przepuści dalej, nasz kapitan powiedział, że w takim razie nie będziemy go słuchać, tylko objedziemy kościółek naokoło, bo naszym obowiązkiem jest pomóc w ewakuacji. Tak więc wsiadłam z powrotem do samochodu i okazało się, że nie mogłam go odpalić. 

Miał jakąś awarię? 

Tak, samochód, którym jeździłam bardzo często nagle nie odpalił, co prawdopodobnie uratowało nam wszystkim życie. Oczywiście szukaliśmy pomocy i od razu podjechał do nas drugi policyjny van. Gdy stałam z kablami w ręku i próbowałam je założyć na akumulator ludzie wokół mnie zaczęli biec. Ja w ogóle nie wiedziałam o co chodzi i nagle ktoś zaczął krzyczeć: „Uciekaj, uciekaj, uciekaj!”. Ja jednak dalej próbowałam założyć te kable, ale w pewnym momencie jeden z policjantów, z którymi byłam, szarpnął mnie i zaczęliśmy uciekać. Wszyscy się rozdzieliliśmy i wtedy nagle uderzyła w nas pierwsza chmura pyłów, przez co nie mogliśmy oddychać. Od tego momentu już niewiele pamiętam, ale na pewno były dwie takie gęste chmury. Jedna była biała, druga czarna. 

Czyli były to chmury powstałe z gruzu i dymu podczas zawalenia się pierwszej wieży.

Tak, zwierały bardzo dużo pyłu przez co kompletnie nic nie było widać. Ja nie mogłam oddychać i przykucnęłam w jakimś zaułku, próbowałam schować twarz pod swój mundur…. i zaczęłam się modlić, bo naprawdę kompletnie nie było nic widać, ani w ogóle nie było czym oddychać. Nagle usłyszałam, że za mną otwierają się jakieś wrota. Okazało się, że byłam w pobliżu rampy rozładunkowej dla samochodów dostawczych. Ktoś otworzył tę bramę, złapał mnie za tył munduru i z całej siły wciągnął do środka. Po chwili te drzwi opadły i kazano mi wejść do piwnicy. Wydawało mi się, że spędziłam tam pół dnia, a w rzeczywistości byłam tam około pół godziny, a może trochę dłużej. Mówiąc szczerze, do dzisiaj nie wiem dokładnie kto mnie tam wciągnął, ale dzięki temu prawdopodobnie dzisiaj możemy rozmawiać. 

Milena Moryc Meehan ze względu na stan zdrowia po 19 latach pracy w NYPD przeszła a wcześniejszą emeryturę / Foto: ARCHIWUM MILENY MORYC MEEHAN

Pamiętasz coś z tego pobytu w piwnicy? Kto tam jeszcze był?

Było tam bardzo dużo ludzi. Prócz mnie był tam też jakiś sierżant, jednak nie wiem z jakiego był posterunku i jak się tam znalazł. W pewnym momencie jakaś kobieta zaczęła strasznie panikować. Wtedy ten sierżant powiedział do mnie: „Słuchaj, musimy ją jakoś uspokoić, bo jak nie, to przestraszy wszystkich i reszta ludzi też zacznie panikować”. Usłyszał to pewien mężczyzna, który widząc, że faktycznie pod wpływem jej krzyków inni ludzie zaczęli się denerwować, podszedł do niej i po prostu uderzył ją z otwartej ręki w twarz. Szczerze mówiąc byliśmy mu za to bardzo wdzięczni, bo nam, jako służbom mundurowym, czegoś takiego nie wolno robić. 

Rozumiem, że po tym uderzeniu kobieta się uspokoiła. 

Tak, dzięki temu wybił ją z szoku w jakim była, i to chyba było najlepsze, co mogło się wtedy stać, bo kobieta się uspokoiła i wszyscy pozostali również. Później ten sierżant poprosił mnie, żebym poszła na górę, sprawdziła i oceniła sytuację na zewnątrz. Po jakimś czasie wróciłam i zaczęliśmy tych ludzi eskortować do wyjścia. Później ten sierżant znalazł jeszcze kogoś z jego komendy i wspólnie przeprowadzili tych ludzi w pobliże mostu brooklyńskiego, żeby mogli przejść na drugą stronę.  

A co się wtedy działo z Tobą? Jak zareagowałaś na sytuację panującą na powierzchni?

Gdy wyszłam na zewnątrz, to moim pierwszym wrażeniem było przerażenie, myślałam, że tam wybuchła jakaś bomba. Wszędzie dookoła leżał biały pył, który był prawie po kolana. Poza tym było strasznie cicho, w powietrzu latały tylko kawałki papierów, samochody miały powybijane szyby. A ta cisza była ogromnie przerażająca. Zaczęłam też szukać reszty moich znajomych z posterunku. Gdy podeszłam do naszego samochodu to zobaczyłam tylko jego wrak. Nie było w nim żadnych szyb, a maska, chyba pod wpływem siły uderzenia tej chmury, była cała powyginana. Wszystko było pokryte pyłem, a mój mundur, który był granatowy, wydawał się zupełnie szary. Po chwili ta cisza przerodziła się w ogromny chaos. Tego po prostu nie da się opisać. Ludzie, którzy przeżyli to wszystko byli w szoku. Wszyscy byli pokryci, a nawet wręcz oblepieni pyłem i zakrwawieni. Wielu z nich miało na sobie nie swoją krew. Każdy był jak w transie. Z tego co pamiętam, to wtedy wydawało mi się, że wszystko było w zwolnionym tempie. Ci ludzie już nie biegli, ale szli powoli. Pamiętam, że nawet trzeba było ich poganiać ponieważ chcieliśmy, żeby jak najszybciej i jak najwięcej ludzi wyszło powyżej Canal Street. Natomiast niektórzy z nich chcieli się dostać z powrotem w okolice WTC, ponieważ jedni tam mieszkali, inni szukali bliskich, dzieci, znajomych, itd. Niestety my nie mogliśmy nikogo tam wpuścić. Moim najważniejszym celem było spróbować odnaleźć ludzi, z którymi byłam. Bo w pewnym momencie pomyślałam sobie: „Ja przeżyłam, bo mnie ktoś wciągnął do piwnicy, ale gdzie są wszyscy pozostali?”. Po jakimś czasie udało nam się odnaleźć. Zgrupowaliśmy się i zaczęliśmy powoli pomagać ludziom opuszczać Manhattan. Wówczas nic nie działało, telefony milczały a pociągi i autobusy nie jeździły. Najważniejszym celem było uratowanie jak najwięcej ilości ludzi. W dodatku nie wiedzieliśmy jeszcze jak ten pył będzie działał na ludzki organizm. Później okazało się, że był bardzo szkodliwy. Dlatego chodziło nam o to, żeby jak najwięcej ludzi opuściło dolną część Manhattanu. Przez następne prawdopodobnie 7-8 godzin było odnajdywanie ludzi, szukanie karetek. Niektórzy mężczyźni, nawet na rękach nosili rannych do szpitala. Wtedy ze mną były dwie dziewczyny i razem pomagaliśmy opatrywać osoby z lekkimi ranami. Tak wyglądała nasza praca do samego wieczora. Niestety nie udało nam się odnaleźć jednego z naszych kolegów, który jak się później okazało, podczas tej ucieczki, gdy zawalił się pierwszy wieżowiec, najprawdopodobniej został potrącony przez inny policyjny samochód i nieprzytomny trafił do szpitala, gdzie walczył o życie. Dzięki Bogu przeżył, ale już nigdy nie wrócił do pracy w policji. 

Milena Moryc Meehan prezentuje jedno z wyróżnień jakie otrzymała za swoją „odwagę, męstwo i bohaterstwo” podczas akcji ratowniczej po atakach terrorystycznych na WTC / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Czyli pozostała część waszej ekipy się odnalazła.

Tak, z tym, że do szpitala trafił także drugi kolega, który podczas ucieczki wpadł w szybę i kawałki szkła zraniły mu oczy. Z nim przynajmniej mieliśmy kontakt poprzez krótkofalówki i wiedzieliśmy, że żyje. Natomiast z tym pierwszym nie mieliśmy żadnego kontaktu, dopiero po jakimś czasie ktoś ze szpitala zadzwonił na naszą komendę ponieważ zauważył, że ranny policjant na kołnierzu munduru miał napis – „94 komenda”. Dowiedzieliśmy się wtedy, że żyje, oraz że był operowany ponieważ miał połamane nogi, ręce i żebra oraz uszkodzone wewnętrzne organy, a także wewnętrzny krwotok mózgu.   

Jak długo pracowaliście wówczas przy ewakuacji ludzi? 

W tym dniu byliśmy tam do drugiej w nocy. Gdy później, po jakichś 30 minutach, wróciliśmy na posterunek, oznajmiono nam, że o szóstej rano musimy wracać do pracy. Tak też codziennie pracowaliśmy przez trzy miesiące, bez żadnych wolnych dni. W większości czasu zajmowaliśmy się ochroną rejonu Ground Zero. Natomiast 19 września moja grupa – sierżant i trzech innych policjantów – została częścią Rescue Recovery. To był czas, gdy do odgruzowywania nie używano jeszcze ciężkich maszyn, bo każdy miał jakąś nadzieję, że odnajdzie się jeszcze więcej żywych ludzi. W tym dniu zostaliśmy wysłani do ręcznego usuwania gruzu. Pracowaliśmy godzinę, odpoczywaliśmy godzinę i tak cały czas się zmienialiśmy. Podczas mojej pracy nie natrafiliśmy na żadne całe ciało, ale znaleźliśmy buta ze stopą w środku. Ja również znalazłam fragment ludzkiego mięsa, na którym był kawałek spalonego ubrania. Takie szczątki były od razu przenoszone do namiotu lekarza medycyny sądowej. A reszta gruzu odkładana na bok i wysyłana na Staten Island, gdzie detektywi przeszukiwali kawałek po kawałku, szukając jakichkolwiek materiałów DNA. 

Czyli do ekipy Rescue Recovery byliście przydzieleni tylko przez jeden dzień, ale ogólnie przy Ground Zero pracowaliście przez trzy miesiące.

Tak, na gruzach byliśmy tylko 19 września, natomiast ochroną rejonu Ground Zero zajmowaliśmy się codziennie przez trzy miesiące. Później już pojawialiśmy się tam rzadziej ponieważ ludzie byli strasznie wypaleni. Wielu z nich odchodziło, bo po prostu nie dawało sobie rady z emocjami oraz nie było w stanie tak długo pracować. Ja wtedy byłam młoda, co prawda miałam męża, ale nie miałam dzieci, więc mogłam sobie pozwolić na pracę przez siedem dni w tygodniu po 16-18 godzin dziennie, ale wiele osób niestety dłużej tak nie mogło. Ludzie zaczęli też mieć różne problemy ze zdrowiem, z oddychaniem oraz z PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego. Te wszystkie pyły unoszące się w powietrzu po zawaleniu się budynków po prostu zaczęły skutkować, a wraz z upływem czasu było to coraz bardziej widoczne. Ja również w 2016 roku zachorowałam. Zemdlałam w pracy i okazało się, że mam chorobę płuc. Oczywiście zostało to powiązane z 11 września, przez co po 19 latach służby w policji odeszłam na wcześniejszą emeryturę i do tej pory jestem pod ścisłą opieką lekarzy z kliniki World Trade Center.  

Wyróżnienie, które Milena Moryc Meehan otrzymała za swoją „odwagę, męstwo i bohaterstwo” podczas akcji ratowniczej po atakach terrorystycznych na WTC / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Wynika z tego, że faktycznie w tym budynku było dużo szkodliwego i rakotwórczego azbestu. 

Był azbest, ale nie tylko. Parę miesięcy po atakach, ja i moja koleżanka byłyśmy zatrute rtęcią. Jeżeli dobrze pamiętam to wskaźnik dopuszczalnej górnej granicy wynosił 90, a my obie miałyśmy wówczas prawie sześciokrotnie przekroczoną normę.  

Słuchając Twoich opowieści nasuwa się jedno ważne pytanie. Wierzysz w przeznaczenie, w Opatrzność?

Wierzę na sto procent. Jestem katoliczką i osobą wierzącą. Nie sądzę, że przez przypadek zostaliśmy zatrzymani. Były trzy vany i tylko nasz stanął naprzeciwko drzwi frontowych kościoła. W dodatku samochód ten miał dwa, może trzy lata i nie odpalił. To też trudno wytłumaczyć zwykłą awarią.

No a później zostałaś jeszcze wciągnięta przez kogoś do tej piwnicy.

Tak, to też, chociaż w kwestii Opatrzności, najbardziej przemawia do mnie ten samochód i kościół. Zresztą warto zwrócić także uwagę na to, że prócz obu wież WTC później zawaliło się także kilka innych budynków w ich okolicy, a znajdujący się tuż obok kościół został nietknięty i stoi tam do dnia dzisiejszego. To wszystko oznacza dla mnie Opatrzność Boską. Ja w to bardzo wierzę. 

Milena Moryc Meehan wraz z kolegami z NYPD biorącymi udział w akcji ratowniczej na WTC. Zdjęcie zrobione podczas jednego ze spotkań w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku / Foto: ARCHIWUM MILENY MORYC MEEHAN

Na zakończenie naszej rozmowy powiedz, jak po tych 25 latach patrzysz na ten atak, na to całe tragiczne wydarzenie i swój udział w akcji ratowniczej?

Powiem szczerze, że – tak jak mówiłeś na początku – wydaje mi się, jakby to było wczoraj. Jednocześnie mam wrażenie, że to wszystko jest takie trochę nierealne i prawie nie do uwierzenia, że się wydarzyło naprawdę, oraz że zginęło tam tak wielu ludzi. A jednak to prawda, którą ja znam z własnego doświadczenia. Muszę też podkreślić, że bardzo mi się nie podoba, jak się do tego obecnie podchodzi np. w szkole, do której chodzą moje dzieci. Niektórzy nawet nie mają pojęcia, co się wtedy stało, dlatego myślę, że powinno to być cały czas przypominane. Jeżeli nie chcą mieć tego w podręcznikach, to przynajmniej powinni robić jakieś spotkanie podczas kolejnych rocznic. Nawet napisałam list do dyrekcji szkoły, że myślę, że uczniowie powinni być wysyłani do miejsca pamięci, które jest w naszym mieście, bo stąd także zginęło kilka osób. Moje dzieci o tym wiedzą, bo mają świadomość, że ja w tym uczestniczyłam, ale sporo uczniów nie ma pojęcia, co się wtedy stało, ilu ludzi zginęło, i jaki ten atak terrorystyczny miał wpływ na nas, na gospodarkę, na Stany Zjednoczone, a nawet na cały świat.  

Dziękuję bardzo za spotkanie i rozmowę, a zwłaszcza za to, że zechciałaś wyrzucić z siebie te traumatyczne przeżycia i podzielić się nimi z Czytelnikami „Nowego Dziennika”.

Ja również dziękuję bardzo. 

Rozmawiał: Wojtek Maślanka

Pamiątki Mileny Moryc Meehan związane w atakami terrorystycznymi na WTC / Foto: WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE