New York, NY
61°
Cloudy
6:33 am4:45 pm EST
Feels like: 61°F
Wind: 6mph W
Humidity: 65%
Pressure: 29.79"Hg
UV index: 0
3 pm4 pm5 pm6 pm7 pm
59°F
59°F
57°F
55°F
55°F
SunMonTueWedThu
64°F / 52°F
61°F / 48°F
63°F / 48°F
66°F / 50°F
59°F / 45°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wywiady
Nowy Jork
Polonia

Koncertowy klimat sprzed trzech dekad

06.11.2026

„Fotografia zabrała mnie w ciekawe miejsca, ale też dała mi możliwość poznania wspaniałych ludzi” – powiedział w rozmowie z „Nowym Dziennikiem” Tomasz Jakubowicz, który od ponad 30 lat dokumentuje występy polskich zespołów w klubach metropolii nowojorskiej. Kilka miesięcy temu opublikował też najciekawsze zdjęcia w albumie zawierającym około 1000 archiwalnych zdjęć. W najbliższą sobotę będzie o nim opowiadał podczas spotkania w Centrum Polsko-Słowiańskim.

***

Niedawno pojawił się unikatowy, bo wydany w limitowanej i w dodatku numerowanej wersji, album fotograficzny „Can you feel it!? It’s NYC 90s & beyond”. Skąd pomysł na taki tytuł i co on oznacza? 

Ten tytuł zawsze mi się kojarzył ze zdjęciem, które jest na okładce albumu. Patrząc na nie, w moich myślach pojawiało się właśnie takie pytanie. Poza tym jest to takie sformułowanie, które często wykorzystujemy podczas rozmów z różnymi znajomymi np. na temat czegoś emocjonalnego. Myślę, że wiele osób używa zdań typu: „Czujesz to?”, „Czujesz to, co się dzieje? A na tym okładkowym zdjęciu właśnie bardzo dużo się dzieje. W dodatku jest to jedna z moich ulubionych fotografii. Na niej od prawa do lewa, od dołu do góry czy nawet po przekątnej, praktycznie na każdym milimetrze coś się dzieje. Tam jest pełno emocji i akcji, i każdy kto na nie patrzy ma podobne odczucia. Tak więc tytuł albumu jest właśnie związany z tym zdjęciem. Pracując nad nim, wraz z jego wydawcą Marcinem Sitko, mieliśmy różne pomysły na tytuł, ale ostatecznie doszliśmy do wniosku, że to zdjęcie i sformułowanie związane z pytaniem – „Czy czujesz to”, są najlepsze na tytuł i okładkę. 

Co to jest za fotografia? Komu i gdzie była zrobiona?

Jest to zdjęcie KNŻ czyli zespołu Kazik Na Żywo w klubie CBGB. I jak już w wcześniej mówiłem jest to jedna z moich ulubionych fotografii. Myślę że jest w niej wielka energia. 

Podejrzewam, że te emocje, o których wspomniałeś dominują nie tylko na okładce albumu, ale także emanują z pozostałych fotografii jakie się w nim znalazły.  

Oczywiście, że tak. Jest tam sporo zdjęć wykonawców na scenie, zza kulis, czy nawet z ich pobytu w Nowym Jorku. Jest tam też sporo fotografii, na których widać dużo fanów, niektórzy z nich wchodzą na scenę, skaczą z niej, tańczą, są pod sceną, itd. Dlatego też jest tam dużo różnych emocji jakie panowały na koncertach.   

Najbardziej ulubione zdjęcie Tomasza Jakubowicza, które znalazło się na okładce jego albumu fotograficznego „Can you feel it!? It’s NYC 90s & beyond” / Foto: TOMASZ JAKUBOWICZ

Powiedz, czym ten album jest dla Ciebie? Czy fotografując 30 lat temu różne koncerty planowałeś, że kiedyś w przyszłości wydasz je w takiej formie?     

Album jest dla mnie czymś niesamowitym, w pewnym sensie spełnieniem marzeń, chociaż właściwie początkowo nawet o czymś takim nie marzyłem, bo zdjęcia zacząłem robić trochę nieświadomie. Natomiast bardzo lubiłem muzykę, która była moją pierwszą miłością, moim hobby. A jako, że nie byłem muzykiem, to zacząłem fotografować artystów, żeby być blisko tej muzyki. Na początku robiłem zdjęcia lokalnym, bluesowym kapelom grającym w barach i małych klubach w mieście. I tak to się zaczęło, a po pewnym czasie fotografia coraz bardziej wypełniała moje życie. W pewnym momencie zacząłem robić zdjęcia dla „Nowego Dziennika”. Natomiast później, po kilku czy nawet kilkunastu latach, gdy miałem już spore archiwum i zbiór zdjęć w szufladach to w mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli, żeby je w jakiś sposób pokazać innym. Myślałem zwłaszcza o ludziach w Polsce, gdzie wiele osób dużo słyszało o polskich koncertach w Nowym Jorku, ale nie miało okazji nigdy ich zobaczyć, no bo przecież w tamtych czasach nie było smartfonów i publiczność nie robiła zdjęć, ani nie nagrywała krótkich filmików, jak to ma miejsce obecnie. W tym sensie ten album na pewno jest takim spełnieniem tych marzeń.  

Domyślam się, że przeglądając stare zdjęcia i wybierając fotografie do albumu na pewno była to dla Ciebie pewnego rodzaju retrospektywna podróż w czasie. A trzy dekady, to jest spory kawałek Twojego życia. Czy w związku z tym pojawiały się w Twojej głowie jakieś wspomnienia?    

To rzeczywiście był powrót do przeszłości i do młodości. Ten wybór zdjęć był dosyć długim procesem. Początkowo gdy patrzyłem na kolejne fotografie i odkładałem je na bok, to nie miałem jakiś większych emocji. Jednak gdy robiłem to już po raz kolejny, to przy wielu klatkach zatrzymywałem się dłużej, bo właśnie zaczęły wracać wspomnienia. Zacząłem przypominać sobie pewne rzeczy i sytuacje, o których w ogóle nie myślałem przez 30 lat. Tak więc była to trochę taka sentymentalna praca przywołująca miłe wspomnienia. Był to też pewnego rodzaju powrót do miejsc, których już nie ma, no bo przecież wiele klubów, w których robiłem te zdjęcia już nie istnieje. Podobnie jest z artystami, niektórzy z nich już odeszli. 

Jak wyglądał wybór tych zdjęć, na co zwracałeś uwagę? 

Kiedyś wyobrażałem sobie, że wyciąganie negatywów, oglądanie ich, robienie stykówek i skanów będzie bardzo fajnym procesem i powrotem do przeszłości. Ale w rzeczywistości gdy do tego doszło, i mimo że początkowo tak właśnie było, to po kilku tygodniach okazało się to bardzo mozolną pracą. Często jednak, gdy już przejrzałem film, zeskanowałem go, to nie zawsze wybrana klatka wyglądała tak jak na negatywie, nie zawsze była też taka, jak myślałem że jest jeśli chodzi np. o ostrość lub jakość techniczną, przez co nie nadawała się do druku. Tak więc pod tym kątem był to bardzo ciężki proces. Mimo wszystko, był to też fajny czas by na moment móc pogrzebać w przeszłości i powrócić pamięcią do ciekawych przeżyć. 

Foto: TOMASZ JAKUBOWICZ

Myślę, że w tym momencie powinniśmy wyjaśnić, zwłaszcza młodym osobom, że wówczas zdjęcia robiło się analogowo na kliszy, którą później trzeba było wywołać i zrobić odbitki. Był to także długi i kosztowny proces, a w dodatku do samego końca nie wiedziało się czy zrobione zdjęcie jest dobre, czy ujęcie będzie nas zadowalało czy nie. Teraz przy fotografii cyfrowej od razu widzimy czy wszystko jest w porządku.   

Dokładnie tak było i zapewniam, że wszystkie zdjęcia zamieszczone w albumie są robione analogowo na filmie, na negatywach. To był zupełnie inny proces od tego jaki mamy teraz z aparatami cyfrowymi. Czasami sobie myślę, jak to w ogóle było możliwe, że udało się zrobić super zdjęcia w niektórych miejscach gdzie było ciemno, panował półmrok a czasem były szybko zmieniające się światła. Wtedy jednak mieliśmy inny sposób pracy oraz technikę fotografowania. 

Nie było też możliwości sprawdzenia czy zdjęcie wyszło czy jednak należy je powtórzyć. Trzeba było mieć zaufanie do swoich umiejętności i używanego sprzętu.  

Nie było takiej opcji więc się nawet o tym nie myślało, i faktycznie każdy opierał się na swojej wiedzy i umiejętnościach. Chyba nie bez powodu czasem się mówi, że to była prawdziwa fotografia, oraz że wtedy zdjęcia robiło się bardziej świadomie. Każda klatka była bardziej przemyślana niż teraz, bo trzeba było oszczędzać filmy. 

Przez to ta praca była zdecydowanie trudniejsza i bardziej kosztowna niż obecnie. 

Dokładnie tak było. O ile wiedzę i technikę można było opanować we własnym zakresie, to jednak finansowa strona związana z fotografią mocno ograniczała możliwości wielu osób. Na szczęście ja wówczas pracowałem w laboratorium fotograficznym więc było mi nieco łatwiej. Moje wydatki związane były tylko z zakupem filmów, ponieważ ich wywoływanie miałem za niewielkie opłaty lub czasem całkowicie za darmo.   

Foto: TOMASZ JAKUBOWICZ

A jak wtedy wyglądało robienie zdjęć od strony praktycznej? Masz dużo ujęć nie tylko ze sceny i widowni, ale również za kulisami, a nawet podczas zwiedzania miasta. Obecnie trudno jest dostać zgodę na takie swobodne fotografowanie, a menedżerowie występujących zespołów często nawet ograniczają jego czas do kilku pierwszych piosenek. Czy artyści byli wówczas bardziej dostępni i otwarci?      

Na pewno było inaczej niż jest teraz. Obecnie wszystko jest bardziej uporządkowane. Wiesz co możesz, a czego Ci nie wolno. Często na koncercie menedżer zespołu pozwala na robienie zdjęć blisko sceny tylko podczas trzech, a czasem nawet tylko dwóch piosenek. Rzadko można wejść za scenę i to z reguły udaje się tylko wtedy gdy znasz się z zespołem. Natomiast ja wówczas nie miałem z tym problemu, nawet gdy nie znałem wykonawców. Często przychodziłem na koncert z moim kolegą, Łukaszem Bułką z „Nowego Dziennika”, który był zaangażowany w organizację tych koncertów i miał dobry kontakt z wykonawcami, i właściwie niczym się nie przejmowałem. Myślę, że fotografom wtedy łatwiej było robić zdjęcia ponieważ nie było smartfonów i publiczność nie robiła żadnych nagrań, przez co artyści nie byli tym zmęczeni czy rozdrażnieni. Dlatego jeśli się pojawił jakiś fotograf z aparatem to byli zadowoleni, że ktoś dokumentuje ich występ. Nie robili też żadnych problemów czy to na scenie, czy też poza nią, i wszystko było bardzo spontaniczne i naturalne. Nawet nie pamiętam sytuacji, w której ktokolwiek miałby do mnie jakieś pretensje czy uwagi, mimo że wówczas dużo zdjęć robiłem z lampą błyskową, co teraz raczej jest niemożliwe lub należy do rzadkości. Obecnie na pewno łatwiej jest robić zdjęcia młodym, początkującym zespołom niż gwiazdom, które bardzo dbają o swój image i chcą sami decydować jakie zdjęcia są wykorzystywane do publikacji. Kiedyś wszyscy byli otwarci na fotografowanie i raczej nie przejmowali się tym jak wyglądają na tych zdjęciach. A wiadomo przecież, że nikt nie chciał pokazywać złych zdjęć. 

Prócz występów polskich zespołów w nowojorskich klubach Twoje zdjęcia utrwaliły także życie Polonii w tamtych latach, bo są na nich także uczestnicy tych koncertów, a przede wszystkim są zrobione w wielu miejscach i lokalach, których już dawno nie ma.        

To był czas, gdy koncerty w jeden weekend często były organizowane w kilku miejscach, np. na Greenpoincie w klubie Exit oraz w Cricket Club w New Jersey. Wtedy, gdy dostęp do polskiej muzyki był bardzo ograniczony, wiele osób jeździło z koncertu na koncert. W jeden dzień byli w Exicie, a na drugi u Świerszcza w New Jersey. Teraz jak rozmawiam z ludźmi o moim albumie i tych archiwalnych zdjęciach to często słyszę w ich opowieściach o takich sytuacjach. Niedawno ktoś powiedział mi, że na koncerty do klubu Cricket przyjeżdżał z Connecticut, a to jest co najmniej dwie godziny jazdy samochodem w jedną stronę. Tak więc Polonia żyła występami polskich artystów. W niektórych miejscach, kończył się koncert i rozpoczynała się dyskoteka, ponieważ niektóre kluby tak funkcjonowały, i ludzie często się po prostu wymieniali, my wychodziliśmy z klubu czy znikaliśmy w garderobie, a na sali zaczynała się dyskoteka. Jedynie co wtedy często raziło to to, że niektórzy DJ-e zbyt szybko zaczynali grać mocno zbitowane utwory, jeszcze zanim opadły emocje po koncercie, zwłaszcza gdy wcześniej był rockowy koncert. 

Foto: TOMASZ JAKUBOWICZ

Na pewno ten album dla wielu osób ma wartość historyczną, no bo tak jak obaj stwierdziliśmy wcześniej, niektórych klubów już nie ma. 

Tak, nie ma już słynnego CBGB i Coney Island High oraz Continental na Manhattanie, czy też klubu Exit na Greenpoince. Cricket Club w Irvington w New Jersey też już nie istnieje. Z miejsc, z których zdjęcia są wykorzystane w albumie pozostała chyba tylko Polanka Sokołów w Somerville w New Jersey, ale takich koncertów tam już się nie organizuje. 

Wspomniałeś, że wybór fotografii był bardzo pracochłonny i mozolny. Które spośród tych wyselekcjonowanych zdjęć są Twoimi ulubionymi? Wiemy już, że na pewno to, które jest na okładce. Są jeszcze jakieś inne?  

Do takich fotografii należy też Kazik z koncertu w CBGB, Homo Twist z Maleńczukiem, Acid Drinkers oraz zdjęcia Dżemu, do których zawsze podchodzę sentymentalnie. Często jest tak, że dopiero po upływie pewnego czasu jakaś fotografia zaczyna ci się podobać. Natomiast z takiej ilości zdjęć, które zrobiłem, trudno jest wybrać kilka. Wszystkie wykorzystane w albumie są dla mnie bardzo ważne i ciekawe.  

Wybierałeś je wspólnie z wydawcą Marcinem Sitko. Z kim jeszcze współpracowałeś przy tym albumie?

Autorem wstępu jest twórca wielu biografii polskich muzyków Leszek Gnoiński, a dodatkowy felieton zamieszczony w tym albumie napisał Łukasz Bułka. To jest dla mnie niesamowite, że – tak jak się często mówi – fotografia zabrała mnie w ciekawe miejsca, ale też dała mi możliwość poznania wspaniałych ludzi. Bez niej najprawdopodobniej bym ich nie poznał. Zresztą z tobą też poznałem się przez fotografię i tak było z wieloma innymi osobami. Czasami z tych znajomości coś wynika, czasami nie. Czasem powstają wielkie przyjaźnie. Tak też jest z Marcinem Sitko, z którym poznałem się gdy wydawał duży i bardzo fajny album o Dżemie – „Wehikuł Czasu”. Szukając materiałów i zbierając zdjęcia dostał od zespołu namiary na mnie, i w ten sposób nawiązaliśmy kontakt. Potem się spotkaliśmy, wielokrotnie do siebie dzwoniliśmy i rozmawialiśmy, i tak ta znajomość przerodziła się w przyjaźń. Kiedyś mu wspomniałem, że mam bogate archiwum koncertowe, później pokazałem mu część zdjęć i tak od słowa do słowa narodził się pomysł na mój album. Tak więc dzięki takiej „dżemowej rodzinie”, bo jak wiesz od lat bardzo przyjaźnię się z muzykami tego zespołu, nawiązałem wiele ciekawych znajomości. Natomiast z Łukaszem Bułką, dzięki fotografii nasza przyjaźń zatoczyła pełne koło ponieważ to dzięki niemu zacząłem robić zdjęcia na zlecenie do „Nowego Dziennika” oraz to on ułatwił mi możliwość fotografowania koncertów polskich wykonawców, a teraz napisał bardzo miły tekst do tego albumu. Tak więc jest on dużą częścią mojej przygody z fotografią muzyczną. 

Foto: TOMASZ JAKUBOWICZ

Cieszę się, że kilkakrotnie wspomniałeś o Łukaszu Bułce, którego wiele osób kojarzy z piosenką „Natalia w Brooklynie” Kazika i zespołu El Doopa i myśli, że jest on wyimaginowaną postacią. Niejednokrotnie spotykałem się z taką opinią, gdy mówiłem, że jest to prawdziwa postać i były pracownik „Nowego Dziennika”. Niektórzy nie mogli w to uwierzyć. Ty to doskonale udowodniłeś. Poza tym jesteś kolejną osobą ze świata dziennikarskiego i fotograficznego, o której się dowiaduję, że kiedyś współpracowała z „Nowym Dziennikiem”. Tak więc śmiało mogę stwierdzić – parafrazując słynną sentencję – że wszystkie drogi prowadzą do „Nowego Dziennika”.  

Z „Nowym Dziennikiem” nawiązałem współpracę w pierwszej połowie lat 90, właśnie dzięki Łukaszowi. Nie pamiętam teraz dokładnie, który to był rok, ale doskonale pamiętam, że w 1997 roku robiłem dla „Nowego Dziennika” zdjęcia z planu filmowego „Szczęśliwego Nowego Jorku” i one są w ostatnim rozdziale albumu „Can you feel it!? It’s NYC 90s & beyond”. 

Słuchając Twoich opowieści muszę stwierdzić, że dla mnie ten album – mimo że go jeszcze nie widziałem – już jest kultowy. Myślę też, że dla miłośników muzyki i fotografii będzie on miał takie znaczenie jak legendarny album Andrzeja Tyszko „Twarze muzyki” zawierający zdjęcia polskich artystów z lat 1982-2015.

Dziękuję bardzo za miłe słowa.

Na zakończenie chyba powinniśmy podkreślić, że więcej takich ciekawych wspomnień i opowieści na temat polskich koncertów w metropolii nowojorskiej w latach 90. będzie można usłyszeć na spotkaniu autorskim w Centrum Polsko-Słowiańskim, które odbędzie się w sobotę, 7 listopada, w sali koncertowej przy 177 Kent Street o godz. 6:30 wieczorem.     

Na pewno będą ciekawe wspomnienia, pojawią się goście i mam nadzieję, że publiczność też dołączy do tego swoje ciekawe opowieści. Serdecznie zapraszam, tym bardziej, że wstęp jest wolny.  

Dziękuję za rozmowę.

Ja również i do zobaczenia w sobotę w Centrum Polsko-Słowiańskim. 

Rozmawiał Wojtek Maślanka

Foto: TOMASZ JAKUBOWICZ

 

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE