New York, NY
61°
Clear
7:07 am6:16 pm EDT
Feels like: 61°F
Wind: 1mph NNE
Humidity: 71%
Pressure: 30.1"Hg
UV index: 0
6 am7 am8 am9 am10 am
59°F
59°F
59°F
61°F
61°F
FriSatSunMonTue
77°F / 54°F
57°F / 41°F
59°F / 45°F
66°F / 50°F
70°F / 52°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Publicystyka
Warto przeczytać
Turystyka

Rejs w Zatoce Tajlandzkiej

05.05.2026

Każdy z nas ma swoje powody, gdy wybiera się w wakacyjną podróż. Lecąc do Tajlandii, jedni nastawiają się na zwiedzanie buddyjskich świątyń i architektury związanej z tą religią, drudzy realizują marzenie wylegiwania się na plaży, jeszcze inni udają się do tego dalekiego kraju, żeby pożeglować.

***

Zaliczam się do tych ostatnich. Z grupą kilkunastu rodaków, z częścią których już wcześniej pływałem, w lutym br. spotkaliśmy się w Bangkoku. Większość poprzedniego dnia przyleciała z Polski, a zaprzyjaźnione małżeństwo i ja przybyliśmy z Laosu, który razem objechaliśmy.

Po jednodniowym pobycie w stolicy i zwiedzeniu najważniejszych zabytków, następnego ranka zamówionymi minibusami wyruszyliśmy na wschód, aby dotrzeć do wyspy Koh Chang znajdującej się w Zatoce Tajlandzkiej na Oceanie Spokojnym. Po około pięciu godzinach jazdy dojechaliśmy do przystani, skąd kursują promy na wyspę. Niespodziewanie, gdyż nie był to okres ferii szkolnych, wiosennej studenckiej przerwy ani wakacji, długo staliśmy w kolejce, aby się nań dostać. Promy zabierają pasażerów, ale także samochody. Przeprawa trwa około pół godziny.

Ta trzecia co do wielkości wyspa Tajlandii (po Phuket i Koh Samui) znana jest z piaszczystych plaż, nieskażonej przyrody, urokliwych wiosek rybackich i klasztorów. Zaletą jej jest także to, że nie zalewają ją zagraniczni „wakacjusze”, jak ma to miejsce na Phuket, gdzie w okresie urlopowym jest tłoczno.

Po przybyciu do mariny, gdzie jeszcze tego samego dnia musieliśmy odebrać dwa zarezerwowane i opłacone katamarany, podzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna grupa pojechała do supermarketu na zakupy, które w większości miały nam wystarczyć na cały okres pływania. Zadaniem drugiej było odebranie łódek. Z uwagi na znajomość angielskiego, trafiłem do tej ostatniej.

Ależ to było żmudne zajęcie. Młoda Tajka, która przekazywała nam jednostki, pocztą elektroniczną wysłała listę wyposażenia, która obejmowała absolutnie wszystko, co się na nich znajdowało. Musieliśmy sprawdzić każdy drobiazg i odfajkować, czy jest, czy go nie ma, czy działa, czy nie i w przypadku, gdy się coś nie zgadzało, musieliśmy to jej zgłosić. Było to o tyle ważne, że często się zdarza, że firmy wynajmujące łodzie motorowe i żaglówki celowo wpisują w dokumencie inwentaryzacyjnym, że coś jest, a w rzeczywistości tego nie ma, że coś działa, jak powinno, a w rzeczywistości to coś jest zepsute. Wynajmujący pobieżnie przeglądają stan, czy to z pośpiechu, lenistwa, czy zmęczenia, i gdy oddają jednostkę po rejsie są obciążani kosztami napraw bądź płacą wysoką cenę za brakującą rzecz.

W naszym przypadku nie funkcjonowała odsalarka wody, która w ponad tygodniowym pływaniu jest niezbędna, a naprawa droga. Podejrzenie, że firma dobrze wiedziała, że jest zepsuta jest bezsprzeczne, gdyż parę godzin wcześniej katamaran zdała poprzednia grupa żeglarzy, co musiało być odnotowane w raporcie.

Niektórych rzeczy ujętych na liście nie mogliśmy znaleźć, kilku brakowało, co musieliśmy zgłosić. Ponieważ katamarany przekazano nam ponad dwie godziny, jak to było wcześniej uzgodnione, zastała nas noc zanim skończyliśmy. Dopiero następnego dnia ta sama przedstawicielka firmy sprawdziła z nami, co się nie zgadzało i wprowadziła poprawki. Zleciła ekipie, która usuwa usterki, żeby naprawiła system odsalania wody. Opóźniło to wypłynięcie z mariny, a żeby było gorzej, musieliśmy jeszcze długo czekać, aż przypłynie pilot i nas „wypuści” z portu. Ten manewr jest o tyle śmieszny, że miejsce, gdzie cumują żaglówki tylko z nazwy mieni się portem, w rzeczywistości to prywatna przystań, gdzie średnio co godzinę albo rzadziej ktoś wypływa lub wpływa.

Ledwo ruszyliśmy, udając się w kierunku wyspy Ko Wai, gdzie na boi zamierzaliśmy się zatrzymać na noc, na horyzoncie zauważyliśmy kilka małych punkcików, którymi okazały się statki wojenne Kambodży albo Tajlandii, czego nie udało się nam ustalić.

Co one tam robiły? Otóż wyspa Koh Chang i sąsiednie, które mieliśmy w planie odwiedzić, znajdują się w pobliżu granicy obu krajów. Są one uwikłane w długotrwały spór terytorialny, którego głównym punktem niezgody jest świątynia Perah Vihear, sięgający czasów kolonialnych. Co prawda porozumienie ws. zawieszenia broni zostało podpisane 27 lipca 2025 roku, ale napięcie dalej się utrzymuje i od czasu do czasu dochodzi do potyczek.

Obraliśmy kurs na wyspę Koh Wai. Ponieważ słabo wiał wiatr, w pewnym momencie zdecydowaliśmy włączyć silnik, bo w przeciwnym razie ślimaczylibyśmy się do wieczora. Po około dwóch godzinach dopłynęliśmy w pobliże wyspy i zacumowaliśmy na jednej z kilku przymocowanych do dna boi. Wiedząc, że jest to niewielki kawałek ziemi ( 2 km x 1 km ), gdzie nie ma dróg, sklepów ani żadnej wioski, jest tylko jedna restauracja i parę skromnych drewnianych domków ciągnących się wzdłuż plaży. W związku z tym nie schodziliśmy na ląd. Kolację przygotowaliśmy na żaglówce, przy której prowadziliśmy nocne Polaków rozmowy.

Następnego dnia, po śniadaniu, ruszyliśmy w drogę z głównym punktem postoju na Phrao Beach na wyspie Koh Kood, zachwalanej we wszystkich przewodnikach i przez indywidualnych podróżnych, którzy zaznali na niej całkowitego spokoju i pełni obcowania z naturą. Można na niej wylegiwać się na piasku lub w hamaku, zanurzyć się w ciepłej, krystalicznie czystej wodzie, posłuchać ciszy, której wielu z nas brakuje. Zakotwiczyliśmy około trzystu metrów od brzegu, gdyż bliżej się nie dało z uwagi na płytkie dno. Spuściliśmy ponton i prawie całą załogą popłynęliśmy do lądu.

Plaża rzeczywiście jest piękna, ale ma swoje minusy. Najbardziej raziły mnie śmieci, które wyrzucił ocean. Plastikowe butelki po napojach gazowanych, reklamówki, części garderoby, a raczej jakieś szmaty i styropianowe pojemniki na jedzenie to głównie te rzeczy szpeciły piękność tego majestatycznego miejsca. Nie brakowało też mniejszych i większych kawałków drewna, desek, części mebli. Z reklamowaną ciszą też nie było tak, jak miało być. Z pobliskich restauracji, niemających ścian, dochodziły mocne dźwięki muzyki, której nie można zaliczyć do relaksującej. Zatrzymaliśmy się w jednej, gdzie było cicho. Ku naszemu zdziwieniu, miała długą listę dań. Świeże krewetki, ryby, kalmary oraz tajskie klasyki: sałatkę z papai (Som Tam), zupę kokosową, zupę z krewetkami oraz curry w kilku odmianach. Podstawowymi jej składnikami są warzywa, zioła i mleko kokosowe, podawane w formie zupy. Jeden z załogantów, mój przyjaciel Wojtek tak ją posmakował, że gdziekolwiek spożywaliśmy posiłek, zamawiał curry, oczywiście za każdym razem inną i nie było takiej, którą by się nie zajadał. Ja postawiłem na znane mi potrawy (kombinacje kurczaka, ryżu i sałaty), żeby nie paliły mi gardła i żebym mógł je spożyć do końca. Inni eksperymentowali i często nacinali się na bardzo pikantne dania, których nie dało się zjeść pomimo popijania wodą.

Nigdzie nam się nie spieszyło, więc zostaliśmy do wieczora, popijając lokalne soki i piwo. Ja kilkakrotnie zamawiałem sok z mango, mojego ulubionego owocu.

Przez następne trzy dni kontynuowaliśmy żeglowanie między wyspami wchodzącymi w skład archipelagu Ko Chang. Na niektórych zatrzymywaliśmy się na krótko, bo dosłownie nie było co na nich robić, jeżeli wyłączyć wylegiwanie się na dzikich plażach. Na niektórych urządzaliśmy sobie pisze wędrówki pośród gęstych tropikalnych lasów. Część z nich jest tak mała, że przechodziliśmy je z jednego końca na drugi. Na dwóch niezamieszkałych skrawkach ziemi nie spotkaliśmy żadnego człowieka. Wszystkie są do siebie bardzo podobne i opisywanie każdej z nich nie ma większego sensu. Należy tylko podkreślić, że są malownicze, otoczone plażami, gdzie można zachłysnąć się ciszą i boskim spokojem. Dla kronikarskiego porządku podaję ich nazwy: Koh Lao, Koh Ngam, Koh Bai Dang.

Na koniec rejsu w Zatoce Tajlandzkiej zakotwiczyliśmy na zachodnim brzegu Koh Chang, gdzie znajduje się najwięcej hoteli, ośrodków wypoczynkowych i domków przeznaczonych na wynajem. Na próżno szukać tu było ciszy i szumu oceanu, który towarzyszył nam przez tydzień. Tu już w pełniejszym składzie, czyli także z większością załogi drugiego katamaranu, z którą często rozmijaliśmy się na wodzie, spożyliśmy pożegnalny obiad. Po nim długo spacerowaliśmy po plaży w oczekiwaniu na zachód słońca, który w tej okolicy wygląda spektakularnie. Chowające się na horyzoncie promyki odbijają się od tafli wody, dając niezapomniany efekt. Zachłystywaliśmy się chwilą.

Ciekawostką nie tylko Koh Chang, ale także całej Tajlandii jest to, że licznie przyjeżdżają tu Rosjanie, którzy od inwazji Rosji na Ukrainę natrafiają na ograniczenia w podróżowaniu do Europy, jakimi są wyższe opłaty, dłuższy okres oczekiwania i konieczność przedstawienia większej liczby dokumentów.

Jak w większości krajów świata, w Tajlandii rodacy Putina nie należą do lubianych nacji. Piją, zachowują się chamsko, są głośni i pretensjonalni. Z tego, co zauważyłem, kilka żaglówek w marinie, gdzie pożyczyliśmy naszą łódkę, wynajmowali Rosjanie. Na wodzie spotykaliśmy jednostki z nimi na pokładzie. Żadna z nich nie miała niczego, co wskazywałoby na narodowość załogi. My, dla odmiany, umieściliśmy polską flagę na bocznej linie masztu, co nie jest obowiązkowe, ale zgodne z etyką żeglarską. Niektóre napotkane jednostki, widząc nasze barwy narodowe, pozdrawiały nas. Rosjan na ten gest nie było stać. My nie mamy się czego wstydzić, oni mają i to wiele.

Widok zachodzącego słońca był zwieńczeniem wspaniałego rejsu, który na długo zachowamy w naszej pamięci. Było już ciemno, gdy przypłynęliśmy do mariny. Przedstawicielka wypożyczalni poinformowała nas, że na zdanie katamaranów jest za późno. Poprosiliśmy, żebyśmy mogli oddać je jak najwcześniej następnego dnia, gdyż wracaliśmy do Bangkoku, skąd część uczestników leciała do Wietnamu, a część wracała do domu.

Na szczęście przekazanie naszych jednostek poszło gładko. Zwrócono nam całą kaucję, od której odliczono tylko koszty paliwa. Zadowoleni, opaleni, naładowani energią i z pełnymi plecakami wspomnień pożegnaliśmy Zatokę Tajlandzką i ruszyliśmy w stronę stolicy.

Autor tekstu i zdjęć: Wiesław Cypryś

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE