New York, NY
57°
Clear
7:20 am5:58 pm EST
Feels like: 57°F
Wind: 4mph S
Humidity: 59%
Pressure: 30.37"Hg
UV index: 0
8 pm9 pm10 pm11 pm12 am
55°F
55°F
55°F
55°F
54°F
WedThuFriSatSun
66°F / 52°F
72°F / 59°F
75°F / 50°F
64°F / 48°F
68°F / 52°F
Jesteśmy z Polonią od 1971 r.
Wywiady

Między tradycją a własną ścieżką. Świat według Marianny Stuhr

27.10.2026

Nosi nazwisko, które w polskiej kulturze otwiera niemal każde drzwi, ale ona sama od lat konsekwentnie buduje własny, osobny świat. Marianna Stuhr – graficzka, malarka i doktor sztuk pięknych, konsekwentnie unika blasku fleszy, wybierając zamiast tego ciszę swojej pracowni. Choć dorastała w domu, gdzie teatr, kino i muzyka były codziennością, jej naturalnym językiem ekspresji stały się sztuki wizualne.

***

Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z malarstwem? Czy już jako dziecko przejawiałaś talent plastyczny? Czy lubiłaś malować?

Rysować i malować lubiłam od zawsze. Przypominam sobie, że moja mama, która jest skrzypaczką i przez wiele lat grała w Filharmonii Krakowskiej, zabierała mnie często do pracy i tam zdawała mi do wykonania rysunki, które miały być interpretacją, czy raczej ilustracją zasłyszanej muzyki. Musiała to być dla mnie bardzo ważna część dzieciństwa, ponieważ do dzisiaj bardzo dokładnie pamiętam te chwile. Poza tym nie chodziłam na żadne dodatkowe zajęcia plastyczne. Stało się tak dopiero wtedy, gdy zdecydowałam, że będę zdawać na uczelnię – do Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie.

A czy wydarzyło się w Twoim życiu coś wyjątkowego, co przesądziło o tym, że postanowiłaś zostać malarką? Coś co spowodowało, że pomyślałaś: tak, to jest moja droga życiowa?

Byłam już wtedy studentką, ale jak wiadomo, potrzeba czasu, aby odnaleźć swoją tożsamość artystyczną. W wieku 22 lat miałam bardzo poważny epizod zdrowotny. Zdiagnozowano u mnie guza na kręgosłupie w odcinku szyjnym, który musiał zostać usunięty. Przeszłam również radioterapię. Medycznie wszystko zakończyło się dobrze, dla mnie jednak były to wydarzenia traumatyczne. Odbyłam bardzo przyspieszoną lekcję dorastania. Szargały mną ogromne emocje, z których nawet nie zdawałam sobie sprawy. Podczas którejś wizyty w Muzeum Narodowym w Krakowie obejrzałam wystawę i zetknęłam się z pracami Aliny Szapocznikow. Po raz pierwszy poczułam wtedy tak głębokie poruszenie sztuką innego artysty, aż do samych trzewi. Były to odlewy części ciała jej syna, bardzo mocno zdeformowane, uszkodzone… Właśnie tak się wtedy czułam i zrozumiałam, że jest to swego rodzaju pobudka do dalszych poszukiwań. Zresztą później swój dyplom magisterski zatytułowałam „Alina”. Była to dla mnie absolutnie pierwsza i najważniejsza fascynacja artystyczna.

Marianna Stuhr w rozmowie z kuratorką wystawy – Lilly Wei

Mówisz o sobie, że jesteś humanistką , a jednocześnie interesuje Cię astrofizyka, wszechświaty równoległe… Po co Ci ta wiedza?

Po pierwsze, i z domu i z uczelni krakowskiej wyniosłam przeświadczenie o tym, że należy zawsze dbać o zaplecze teoretyczne odnośnie tematu, nad którym pracujemy. Po drugie, fascynuje i ciekawi mnie to, na ile mój humanistyczny umysł jest w stanie pojąć, nad czym pracują umysły ścisłe. I jak opisują nasz świat, który jest zupełnie inny od tego, który my znamy. Zdaję sobie sprawę, że na swoich barkach dźwigają odpowiedzialność za rozwój cywilizacji. Kiedy ja pracowałam nad tematem na przykład ludzkiej pamięci, inspirowałam się animacjami i zdjęciami mikroskopowymi komórek ludzkich, tych iskier które przewodzą. W pewnym sensie są to piękne obrazy, właściwie gotowce, które można wykorzystać. Te mikroskalowe zdjęcia są jednocześnie łudząco podobne do zdjęć makroskalowych, przedstawiających odległe galaktyki. W końcu cały wszechświat składa się z tylko kilkudziesięciu pierwiastków. Fascynujące…

W ostatnich miesiącach życia swojego ojca, Jerzego Stuhra, stworzyłaś cykl kilkunastu prac malarskich, który nazwałaś „Ku pamięci”. Tu znów nawiązujesz do neurobiologii. Czy sięgając po raz kolejnych do nauk ścisłych chcesz oswoić swoje emocje?

Nie, tak nie jest. Nauki ścisłe to tylko, jak już wspomniałam wcześniej, zaplecze teoretyczne, natomiast z emocjami radzę sobie poprzez uprawianie sztuki. To jest moja metoda.

Podczas pobytu w Maroku, zachwyciłaś się krajobrazem pustynnym, o czym mówisz w innych wywiadach czy podcastach. Pomyślałam wtedy, że pasuje do Ciebie cytat „jestem piasku ziarenkiem w klepsydrze”. Zgadzasz się z taką figurą retoryczną?

Absolutnie tak! Cały nasz świat, wszystko co o nim wiemy, to jest tylko jakaś mikrocząsteczka czegoś wielkiego, na co zupełnie nie mamy wpływu. Świadomość tego faktu pomaga mi mieć dystans w życiu codziennym. Nie rozdrabniam się za bardzo. Jednocześnie w sztuce, kiedy maluję, chwytam to jedno ziarenko czasu, tę jedną emocję lub światło i zamrażam je na płótnie, czyniąc je nieśmiertelnym.

Marianna Stuhr z autorką wywiadu

Na początku swojej dorosłej drogi artystycznej tworzyłaś głównie grafiki. Odeszłaś od tej techniki i teraz malujesz farbami akrylowym na płótnie. Dlaczego tak się stało?

To nie do końca prawda. Od czasu do czasu tworzę cykle grafik, szczególnie jeśli wiąże się to z jakimiś dużym zamówieniem, na przykład dla hotelu, gdzie potrzebny jest duży wolumen. Robię to z wielką przyjemnością i nawet teraz, po dwóch, trzech latach przerwy mam znowu apetyt, by wrócić do tej techniki. Jednakże rzeczywiście nastąpił taki moment w moim życiu, gdy ta forma ekspresji przestała mi wystarczać. Wiązało się to ściśle z wydarzeniami w moim życiu prywatnym. Siedem lat temu wyjechałam z Polski, ten wyjazd bardzo mnie przewartościował i przebudował. Otworzył na nowe możliwości, nagle odważyłam się i zaczęłam malować. Było to tak świeże, nowe uczucie, które nagle, po dwudziestu latach pracy przy biurku nad kartką papieru, zaczęło mnie bawić i sprawiać ogromną przyjemność. Poczułam się jak małe dziecko, któremu po raz pierwszy podarowano kolorowe kredki.

Mówisz, że kilka lat temu wyjechałaś z Polski i zamieszkałaś w Niemczech. Moje pytanie brzmi: czy czujesz się emigrantką?

W ogóle nie! Choć z mężem śmiejemy się, że jesteśmy idealnymi emigrantami, ponieważ nasz związek z tym krajem polega na tym, że płacimy w nim podatki. Ja swoje prace sprzedaję głównie w Polsce, choć staram się, aby znalazły swoje miejsce w różnych krajach na całym świecie. Muszę się przyznać, że mam pewien problem z życiem w Niemczech. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie rezonuję z tym krajem. To nie jest „my cup of tea”. Mój mąż ma polskie korzenie, ale jest Amerykaninem, urodzonym w Niemczech. Przyjechał do Polski na kilka miesięcy, a został ze względu na mnie trzynaście lat. Teraz sytuacja się zmieniła, nasza przeprowadzka spowodowana była stricte jego ścieżką zawodową, ponieważ ja mogę tworzyć w dowolnym miejscu na ziemi. Nie mówimy ostatniego słowa, cały czas uśmiechamy się do Ameryki, w końcu moje dzieci mają amerykańskie obywatelstwo i kto wie, może wiatr nas tutaj przywieje na dłużej.

Pochodzisz z wielopokoleniowej rodziny, której korzenie znajdują się w Galicji, okolicach Wiednia, a której część przodków dotarła w XIX wieku na Podgórze, które dzisiaj jest dzielnicą Krakowa. Czy masz wrażenie, że ten patriarchat, który towarzyszył Twojej rodzinie przez pokolenia odcisnął jakieś piętno na Tobie, jako artystce?

Nie wiem czy jako artystce, ale na pewno jako osobie. Kiedyś przeczytałam, że w rodzinie, w której jest silny patriarchat, to dziecko, które szuka siebie, najczęściej wyjeżdża za granicę. Dotykamy tu tematu pewnych międzypokoleniowych relacji, epigenetyki – nie wiem, jak to nazwać. W każdym razie ja dzisiaj czuję bardzo silne ruchy energetyczne, które sprawiają, że moja historia życiowa jest taka, a nie inna. Teraz potrafię to jakoś zwerbalizować i wiem, że ten patriarchat był dla mnie klatką. Szczerze mówiąc, dopiero po wyjeździe z Polski udało mi się odetchnąć pełną piersią. Zauważ, że nie tylko ja, ale również mój brat (Maciej Stuhr – przyp. red.) uciekł z Krakowa i mieszka obecnie w Warszawie. Dla pokolenia moich rodziców to było niewyobrażalne. Z racji zawodu taty, rodzice w czasach komuny zjeździli pół świata. Był to w tamtych czasach ewenement. Ale nigdy nie wyobrażali sobie życia poza Polską. Mój tata, pomimo ogromnych sukcesów i rozpoznawalności zawsze czuł się obywatelem drugiej kategorii w świecie. Ciężar tej „żelaznej kurtyny” był dla niego zbyt przytłaczający. Reasumując powiem, że nawet kiedy siedem lat temu zdecydowałam się na wyjazd do Niemiec, oboje moi rodzice byli zbulwersowani i przez kilka miesięcy panowały między nami „ciche dni”.

Wernisaż wystawy, zdjęcie grupowe

Na koniec chciałabym zapytać Cię o Nowy Jork. Czy pęd tego miasta nakręca Cię czy przeraża?

Pamiętam moje pierwsze pobyty w tym mieście. Miałam chyba dwanaście lub trzynaście lat. Wtedy zaprzedałabym duszę diabłu, żeby tu mieszkać. Po raz pierwszy samodzielnie przyleciałam do mojej ukochanej cioci do Pittsburgha jak miałam lat szesnaście. Byłam zachwycona. Zresztą Ameryka zawsze dawała mi dużo dobrego. Przecież mój mąż, moje dzieci są Amerykanami, więc i ja czuję się, można chyba tak powiedzieć „przyszywaną Amerykanką”. W tej chwili nie byłabym w stanie mieszkać w mieście Nowy Jork. Kocham las, naturę, potrzebuję spokoju. Z biegiem lat natura woła mnie coraz głośniej. Miasta bardzo mnie męczą, choć uwielbiam tu przyjeżdżać na chwilę, przy okazji różnych wydarzeń kulturalnych, których, jak wiadomo w Wielkim Jabłku nie brakuje.

Bardzo dziękuję za poświęcony czas i wspaniałą rozmowę, a naszych Czytelników zapraszam do oglądania wystawy prac Marianny Stuhr pt. „In-Betweenness: Landscapes of Suspension” w siedzibie Fundacji Kościuszkowskiej na Manhattanie. Wystawę można oglądać do początku 2027 roku, a następnie zostanie ona przeniesiona do centrum kulturalnego Fundacji Kościuszkowskiej w Waszyngtonie.

Ja również bardzo dziękuję.

Autor:

Ella Wojczak

Polish Theatre Institute in the USA

Autor zdjęć: Marta Jonik

Podobne artykuły

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE